Kiedy świat potrzebował kogoś, kto powie: mam dość
Przenieśmy się na chwilę do połowy lat dziewięćdziesiątych. Kurt Cobain nie żyje od ponad roku. Grunge stracił swojego najbardziej tragicznego bohatera, ale pozostawił po sobie przekonanie, że muzyka popularna nie musi być piękna, żeby była prawdziwa. Radio żyje własnym życiem. Z jednej strony rozbrzmiewają Oasis i Blur, z drugiej R.E.M., Pearl Jam, Radiohead, The Cranberries i Garbage. Madonna, Mariah Carey oraz Whitney Houston nadal przypominają, jak ogromną siłę ma popowa perfekcja.
Kobiety oczywiście od dawna nie są w rocku jedynie dekoracją. Patti Smith, Chrissie Hynde, Sinéad O'Connor, PJ Harvey, Tori Amos i Liz Phair zdążyły już napisać ważne rozdziały historii niezależności artystycznej. Ale Morissette robi coś szczególnego. Przenosi emocjonalną bezkompromisowość muzyki alternatywnej w sam środek światowego mainstreamu. Nie musi ukrywać gniewu w metaforach. Nie musi przekształcać bolesnych doświadczeń w eleganckie ballady o złamanych sercach. Nie musi też udawać, że po zakończeniu związku życzy byłemu partnerowi szczęścia, spełnienia i wszelkiej pomyślności.
Przeciwnie. Jest wściekła. Jest zazdrosna. Czuje się zdradzona, wykorzystana, niedoceniona. A przede wszystkim nie widzi powodu, żeby tych emocji się wstydzić. „Jagged Little Pill” ukazuje się 13 czerwca 1995 roku i staje się jednym z najważniejszych albumów dekady. W lutym 1996 roku zdobywa Grammy za Album Roku, pokonując między innymi „Daydream” Mariah Carey, „HIStory” Michaela Jacksona i „Vitalogy” Pearl Jam. To nie tylko triumf komercyjny. To sygnał, że coś zmieniło się w społecznej wyobraźni. Nagle miliony słuchaczy chcą usłyszeć piosenki, w których nie ma idealnych miłości, nieskazitelnych ludzi ani łatwych odpowiedzi. Jest za to człowiek ze wszystkimi swoimi pęknięciami.
Od plastikowego popu do rockowej spowiedzi
Historia narodzin „Jagged Little Pill” przypomina scenariusz filmu o artystce odzyskującej własny głos. Zanim świat poznał Alanis Morissette jako rozgniewaną bohaterkę rocka alternatywnego, była już znaną w Kanadzie młodą piosenkarką. Jej wcześniejsze albumy, „Alanis” z 1991 roku i „Now Is the Time” z 1992 roku, należały do zupełnie innego świata. Dominował w nich taneczny pop, modna produkcja i wizerunek dostosowany do oczekiwań rynku. Można powiedzieć, że była to muzyka, która chciała się wszystkim podobać.
„Jagged Little Pill” chciało przede wszystkim coś powiedzieć.Przełom nastąpił dzięki spotkaniu z producentem i kompozytorem Glenem Ballardem, wcześniej współpracującym między innymi z Michaelem Jacksonem i Paulą Abdul. Ich współpraca okazała się jednym z najbardziej owocnych twórczych porozumień lat dziewięćdziesiątych. Morissette przynosiła emocje, doświadczenia i słowa, które nie zawsze dawały się zamknąć w tradycyjnych ramach radiowego przeboju. Ballard dostarczał melodie, aranżacje i produkcyjną dyscyplinę
Wspólnie znaleźli formułę niemal idealną: rockową szczerość połączoną z popową komunikatywnością. To trochę tak, jakby PJ Harvey zgodziła się na chwilę zamieszkać w świecie Fleetwood Mac, a Tori Amos postanowiła zamienić fortepian na gitarowe wzmacniacze. Rezultat nie przypominał jednak prostego połączenia stylów. Był nową muzyczną osobowością.
Jednym z powodów sukcesu albumu była jego niezwykła dwoistość. Produkcja Ballarda pozostawała dopracowana, chwilami wręcz radiowo elegancka. Ale głos Alanis zachowywał szorstkość, gwałtowność i pewien rodzaj emocjonalnego nieporządku. Słychać to już w pierwszych minutach. I słychać do samego końca.
„All I Really Want”. Gdy dziewczyna zaczyna przesłuchanie świata
Album rozpoczyna „All I Really Want”, utwór, który znakomicie przedstawia artystyczną osobowość Morissette. Od pierwszych chwil mamy do czynienia z muzyką niespokojną, lekko nerwową, napędzaną charakterystycznym rytmem i gitarową energią. Pojawia się harmonijka ustna, ale nie brzmi tutaj jak nostalgiczne wspomnienie Boba Dylana. Raczej jak nerwowy sygnał ostrzegawczy. Morissette śpiewa, zadaje pytania, przyspiesza, zwalnia, zmienia intonację.
Jej głos chwilami porusza się tak, jakby nie zamierzał podporządkować się muzycznej dyscyplinie. Słuchając tej kompozycji, myślę o postaci Elizabeth Bennet z „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen, gdyby nagle przeniesiono ją do Los Angeles lat dziewięćdziesiątych, dano mikrofon i pozwolono powiedzieć wszystko, co naprawdę myśli o świecie. Jest tutaj ironia, inteligencja, irytacja i pragnienie autentycznej rozmowy. Bo „All I Really Want” wbrew swojej agresywnej powierzchni nie jest zwyczajnym buntem przeciwko wszystkiemu. To przede wszystkim wołanie o zrozumienie.
Morissette nie domaga się luksusu, pieniędzy ani wielkich romantycznych gestów. Pragnie intelektualnej bliskości, uczciwości i człowieka, z którym można prowadzić prawdziwy dialog. W świecie, w którym coraz więcej ludzi mówi, a coraz mniej słucha, utwór ten brzmi dzisiaj niemal proroczo. Peter Kane z brytyjskiego magazynu Q dostrzegł w młodej artystce niezwykłe połączenie wrażliwości Tori Amos z temperamentem Liz Phair. W recenzji albumu pisał:
„She really is a bit special.”
Czyli: „Ona naprawdę jest kimś wyjątkowym”. Trudno o trafniejsze rozpoznanie. Już pierwszy utwór pokazuje bowiem, że nie mamy do czynienia z kolejną wykonawczynią starannie napisanych piosenek. Mamy do czynienia z osobowością, która nie potrafi pozostać obojętna.
„You Oughta Know”. Cztery minuty, które wywróciły romantyczny pop do góry nogami
A potem przychodzi utwór, który zmienił wszystko. „You Oughta Know”. Jeden z najbardziej bezkompromisowych manifestów emocjonalnych lat dziewięćdziesiątych. Gdyby Emily Brontë żyła w czasach przesterowanych gitar i MTV, być może właśnie tak napisałaby jeden z najbardziej gwałtownych fragmentów „Wichrowych Wzgórz”. To nie jest piosenka o smutku po rozstaniu. To akt oskarżenia.
Morissette nie opowiada o miłości, która wygasła. Nie wspomina z czułością minionych chwil. Nie próbuje przekonać siebie, że czas leczy rany. Ona chce, żeby człowiek, który ją zranił, usłyszał każde słowo. I żeby zabolało. Wokal jest tutaj czymś więcej niż wykonaniem melodii. Staje się dramatycznym monologiem. Alanis niemal wyrzuca z siebie kolejne zdania. Chwilami słowa zdają się wyprzedzać rytm, jakby emocje nie mieściły się w muzycznej konstrukcji. A potem eksploduje refren.
Trudno wyobrazić sobie tę piosenkę bez charakterystycznego basu Flea i ostrej gitary Dave’a Navarro, muzyków Red Hot Chili Peppers, którzy uczestniczyli w nagraniu. Ich obecność nadaje utworowi puls niemal fizyczny. Bas nie tylko prowadzi melodię. On drażni, prowokuje, nie pozwala odpocząć. Gitary brzmią jak kolejne zdania wypowiadane przez człowieka, który dawno przekroczył granicę spokojnej rozmowy.
Steve Hochman, recenzent Los Angeles Times, już 2 lipca 1995 roku dostrzegł siłę tej kompozycji, zestawiając ją z „Positively 4th Street” Boba Dylana i „How Do You Sleep?” Johna Lennona — dwoma klasycznymi przykładami muzycznego rozliczenia z drugim człowiekiem
To porównanie jest szczególnie trafne. Dylan potrafił być bezlitosny w swojej ironii. Lennon zamieniał rozczarowanie w bezpośredni atak. Morissette wnosi jednak do tej tradycji coś własnego: emocjonalną nagość. Nie próbuje zachować pozycji chłodnego obserwatora. Nie udaje, że jest ponad sytuacją. Pozwala sobie na zazdrość, gniew i upokorzenie.
Właśnie ta gotowość do pokazania uczuć dalekich od elegancji czyni „You Oughta Know” tak mocnym. Nie wszyscy muszą lubić jego agresję. Ale trudno odmówić mu autentyczności. To muzyczny odpowiednik listu, którego rozsądny człowiek prawdopodobnie nigdy by nie wysłał. Morissette nie tylko go wysłała. Odczytała go całemu światu.
„Perfect”. Kiedy miłość rodzicielska staje się egzaminem, którego nie sposób zdać
Po gwałtowności „You Oughta Know” następuje „Perfect”. I nagle emocjonalna temperatura albumu ulega zmianie. Zamiast gniewu odrzuconej kobiety pojawia się ból dziecka, które nie potrafi sprostać oczekiwaniom dorosłych. To jeden z najbardziej poruszających fragmentów płyty. Utwór zaczyna się niemal niewinnie. Delikatny akompaniament i łagodniejszy wokal tworzą atmosferę bliskości. Ale bardzo szybko okazuje się, że pod tą pozorną czułością kryje się bezwzględny mechanizm. Miłość staje się nagrodą. Akceptacja jest uzależniona od sukcesu. A sukces nigdy nie okazuje się wystarczający.
„Perfect” można odczytywać jako dramat człowieka wychowanego w przekonaniu, że na miłość trzeba zasłużyć. Nie wystarczy być. Trzeba wygrywać, osiągać, zadowalać innych, spełniać oczekiwania. W literaturze podobny mechanizm odnajdujemy choćby w losach bohaterów Charlesa Dickensa, których dzieciństwo zostaje podporządkowane bezdusznym wymaganiom świata dorosłych. Można też przywołać „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” Petera Weira, zwłaszcza tragiczną historię Neila Perry'ego, przygniecionego oczekiwaniami ojca.
Morissette opowiada o tym bez rozbudowanej filozofii. Kilka minut wystarcza jej, aby zbudować portret emocjonalnej przemocy ukrytej pod pozorem troski. Co szczególnie interesujące, muzyka nie zamienia się w patetyczny lament. Narasta stopniowo, pozwalając słuchaczowi niemal fizycznie odczuć ciężar kolejnych wymagań.
„Perfect” należy do tych utworów, których znaczenie rośnie wraz z wiekiem odbiorcy. Dwudziestolatek może usłyszeć w nim opowieść o własnym dzieciństwie. Pięćdziesięciolatek może nagle zastanowić się, ile podobnych oczekiwań sam przekazał swoim dzieciom. I to jest właśnie miara dobrej sztuki. Nie tylko opisuje emocje. Potrafi zmusić do niewygodnej autorefleksji.
„Hand in My Pocket”. Filozofia życia w starych dżinsach
Jeżeli „You Oughta Know” jest emocjonalnym wybuchem, „Hand in My Pocket” przypomina spacer po mieście po wyjątkowo ciężkiej nocy. Człowiek wciąż ma swoje problemy, ale nagle zaczyna dostrzegać w nich coś niemal zabawnego. Charakterystyczny gitarowy motyw, spokojny rytm i harmonijka ustna nadają piosence swobodę przywodzącą na myśl Sheryl Crow.
Jednak Morissette jest znacznie bardziej skłonna do filozoficznych paradoksów. Cała kompozycja opiera się na zestawianiu przeciwieństw. Bohaterka jest jednocześnie silna i bezradna, pewna siebie i zagubiona, szczęśliwa i smutna. Nie próbuje tych sprzeczności rozwiązywać. Po prostu je akceptuje. To trochę jak u Walt Whitmana, który w „Pieśni o sobie” z odwagą przyznawał, że człowiek może nosić w sobie całe mnóstwo pozornie wykluczających się tożsamości
W „Hand in My Pocket” nie ma jednak poetyckiego majestatu Whitmana. Jest dziewczyna w dżinsach, która wzrusza ramionami i idzie dalej. Moim zdaniem właśnie dlatego utwór stał się jednym z najbardziej trwałych przebojów albumu. Jest w nim coś wyzwalającego. Nie musimy mieć uporządkowanego życia, żeby poczuć się dobrze. Nie musimy znać wszystkich odpowiedzi. Nie musimy nawet konsekwentnie trzymać się jednej wersji samych siebie. Ta piosenka jest małym manifestem prawa do niedoskonałości. A jej największą zaletą pozostaje prostota. Ballard konstruuje aranżację tak, aby nie przeszkadzała tekstowi. Gitary są czytelne, rytm łagodny, refren naturalny. To znakomity przykład produkcji, w której techniczna dyscyplina pozwala wybrzmieć artystycznej osobowości.
„Right Through You”. Kiedy przemysł rozrywkowy pokazuje prawdziwą twarz
W „Right Through You” Morissette wraca do gniewu. Ale tym razem nie jest to wyłącznie dramat romantyczny. Utwór można odczytywać jako rozliczenie z ludźmi, którzy traktują młodą artystkę jak produkt, a nie pełnoprawnego człowieka. Jest tutaj pogarda dla protekcjonalności, fałszywego zainteresowania i mechanizmów władzy ukrytych w relacjach zawodowych. Krótka, dynamiczna kompozycja ma niezwykle skuteczną konstrukcję. Nie potrzebuje długiego wstępu. Nie buduje skomplikowanej atmosfery. Wchodzi, mówi swoje i wychodzi.
Przypomina scenę z filmu, w której bohaterka po latach upokorzeń wreszcie odwraca się do człowieka próbującego ją kontrolować i wypowiada zdanie, na które widz czekał od pierwszej minuty.
Dzisiaj, w epoce znacznie większej świadomości nadużyć w branży rozrywkowej, „Right Through You” brzmi szczególnie interesująco. Nie należy jednak automatycznie przypisywać każdej linijki konkretnemu człowiekowi czy wydarzeniu. Siła utworu polega również na jego uniwersalności. To opowieść o odzyskaniu podmiotowości.
O chwili, gdy ktoś, kto przez długi czas był oceniany, pouczany i lekceważony, zaczyna sam wydawać sądy.
„Forgiven”. Spowiedź przed trybunałem własnej pamięci
„Forgiven” należy do najbardziej niedocenianych kompozycji na albumie. Jeżeli ktoś zna „Jagged Little Pill” wyłącznie z największych singli, może być zaskoczony głębią tego utworu. Morissette dotyka w nim wychowania religijnego, poczucia winy, seksualności i napięcia pomiędzy ludzką naturą a moralnymi oczekiwaniami. Nie jest to prosta antyreligijna deklaracja. Raczej osobista opowieść o doświadczeniu religii jako systemu nakazów, zakazów i wstydu.
Muzycznie „Forgiven” rozwija się z imponującym dramaturgicznym wyczuciem. Cichsze fragmenty przechodzą w niemal rozpaczliwe wokalne kulminacje. Alanis śpiewa tak, jakby próbowała wydostać się z pomieszczenia, którego ściany zaczynają się do niej zbliżać. Myślę tutaj o wczesnej Tori Amos, szczególnie o „Crucify” z albumu „Little Earthquakes”. Obie artystki wykorzystują religijną symbolikę do opowiedzenia o kobiecej autonomii, poczuciu winy i trudnym procesie wyzwalania się spod cudzych oczekiwań.
Jest jednak między nimi istotna różnica. Amos często buduje swoje teksty z obrazów, symboli i skojarzeń. Jej świat przypomina sen, w którym znaczenia nieustannie wymykają się prostym interpretacjom. Morissette jest bardziej bezpośrednia. Niekiedy aż nazbyt bezpośrednia.
Ale w „Forgiven” ta dosłowność okazuje się zaletą. Utwór nie ma być intelektualną łamigłówką. Ma pokazać emocjonalne konsekwencje życia w nieustannym poczuciu winy. A to robi znakomicie.
„You Learn”. Człowiek nie jest porcelanową figurką
Po tylu emocjonalnych wstrząsach „You Learn” przynosi potrzebną zmianę perspektywy. Nie chodzi już o oskarżanie świata. Chodzi o uczenie się życia. Porażki, rozczarowania, błędy i cierpienie zostają potraktowane jako doświadczenia, które mogą prowadzić do dojrzewania. To bardzo amerykańska filozofia. Trochę w duchu Ralpha Waldo Emersona, trochę w duchu popularnych poradników psychologicznych. Ale na szczęście Alanis nie zamienia się w trenerkę motywacyjną.
Jest zbyt ironiczna, zbyt świadoma własnych sprzeczności, aby proponować proste recepty na szczęście. „You Learn” ma doskonałą konstrukcję poprockową. Refren jest jednym z najbardziej naturalnych i zapadających w pamięć na całej płycie. To piosenka, którą można śpiewać bez szczególnego zastanawiania się nad jej sensem.
A potem, po latach, nagle odkryć, że tekst stał się znacznie bardziej osobisty. Na tym polega wielka siła klasycznego popu. Pozwala słuchaczowi dorastać razem z muzyką.
„Head Over Feet”. Miłość bez katastrofy? To też jest możliwe
Jednym z najciekawszych dramaturgicznie momentów albumu pozostaje „Head Over Feet”. Po kolejnych historiach rozczarowania, gniewu i emocjonalnego zamętu Morissette nagle zaczyna opowiadać o miłości, która nie wymaga walki. To niemal szokujące. W świecie „Jagged Little Pill” relacje międzyludzkie najczęściej przypominają pole bitwy. Tymczasem tutaj pojawia się ktoś życzliwy, uważny, cierpliwy. Ktoś, kto nie próbuje kontrolować bohaterki. I właśnie ta normalność okazuje się dla niej czymś niezwykłym
Muzycznie mamy do czynienia z jedną z najpiękniejszych melodii napisanych przez Morissette i Ballarda. Delikatna, promienna kompozycja w pewnych momentach przywołuje skojarzenia z Fleetwood Mac, zwłaszcza z ich umiejętnością łączenia emocjonalnej intymności z radiową lekkością.
Ale najważniejsze jest coś innego. Morissette nie śpiewa o miłości jako wielkiej romantycznej katastrofie. Śpiewa o przyjaźni, zaufaniu i stopniowym odkrywaniu drugiego człowieka. To dojrzałość, której nie zawsze spodziewalibyśmy się po autorce „You Oughta Know”. I piękne przypomnienie, że emocjonalna szczerość nie musi oznaczać wyłącznie gniewu. Może również oznaczać wdzięczność.
„Mary Jane”. Cicha rozpacz bywa głośniejsza od krzyku
„Mary Jane” jest dla mnie jednym z najbardziej poruszających utworów albumu. Nie ma tutaj przebojowego refrenu na miarę „Ironic”. Nie ma brutalnej energii „You Oughta Know”. Jest natomiast niezwykle subtelny portret osoby przygniecionej własnym życiem. Morissette zwraca się do bohaterki z mieszaniną czułości, niepokoju i bezradności. Zamiast osądzać, próbuje zrozumieć.
Na początku albumu Alanis chciała, żeby świat słuchał jej emocji. Teraz sama próbuje usłyszeć cierpienie drugiej osoby. „Mary Jane” mogłaby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej filmu Roberta Altmana, w którym pod powierzchnią zwyczajnych rozmów kryją się samotność, niespełnienie i rozpacz.
Muzyka nie narzuca wielkich interpretacji. Pozostawia przestrzeń. I właśnie w tej przestrzeni pojawia się prawdziwe wzruszenie. Moim zdaniem album byłby znacznie uboższy bez tego utworu. Bo „Jagged Little Pill” nie jest jedynie katalogiem gniewnych emocji.To również historia stopniowego odkrywania empatii.
„Ironic”. Najsłynniejsza nieścisłość w historii popu
Trudno pisać o „Jagged Little Pill” bez zatrzymania się przy „Ironic”. Jest to jeden z tych utworów, które od dawna prowadzą własne życie, całkowicie niezależne od albumu. Piosenka stała się popkulturowym symbolem ironii, choć wiele opisywanych w niej sytuacji trafniej byłoby nazwać pechem, paradoksem lub złośliwością losu. Oczywiście można z tego żartować. Całe pokolenia słuchaczy zastanawiały się, czy najbardziej ironiczną rzeczą w „Ironic” nie jest przypadkiem fakt, że tekst nie zawsze opisuje rzeczywistą ironię.
„Ironic” nie jest przecież akademickim wykładem z retoryki. To piosenka o rozdźwięku pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistością. O życiu, które nieustannie wymyka się naszym planom. O absurdalnym poczuciu, że świat ma wyjątkowo złośliwe poczucie humoru. Pod tym względem Morissette zbliża się do filozofii Kurta Vonneguta. Jego bohaterowie również funkcjonują w świecie, który nie zawsze postępuje logicznie, a ludzka potrzeba znajdowania sensu bywa źródłem komizmu i tragedii jednocześnie.
Muzycznie „Ironic” jest poprockowym arcydziełem. Ma znakomitą melodię, naturalny rozwój napięcia i refren, który można rozpoznać po kilku sekundach. Co istotne, nie jest to kompozycja nadmiernie skomplikowana. Ballard wie, kiedy ustąpić miejsca prostocie. A Morissette udowadnia, że jej talent nie polega wyłącznie na emocjonalnych wybuchach. Potrafi także śpiewać z lekkością, dystansem i humorem.
W słynnym teledysku oglądamy kilka wersji Alanis podróżujących jednym samochodem. To wizualny pomysł doskonale odpowiadający filozofii całego albumu. Każdy człowiek jest przecież w pewnym sensie kilkoma osobami jednocześnie. Jedna część nas chce płakać. Druga się śmieje. Trzecia próbuje zachować rozsądek. Czwarta właśnie wpadła w furię. Alanis pozwala wszystkim czterem usiąść na jednym siedzeniu. I każe im wspólnie śpiewać.
„Not the Doctor” i „Wake Up”. Odmowa bycia cudzym lekarstwem
Pod koniec albumu Morissette wraca do problemu emocjonalnej zależności. „Not the Doctor” opowiada o relacji, w której jeden człowiek próbuje uczynić z drugiego rozwiązanie wszystkich swoich problemów. To piosenka o granicach. O odmowie przyjęcia roli opiekunki, terapeutki, wybawicielki i jedynego sensu cudzego istnienia. W tym sensie jest jednym z najbardziej dojrzałych tekstów albumu.
Morissette rozumie, że miłość nie może polegać na całkowitym zniknięciu własnej osobowości. Nie można żyć wyłącznie po to, aby naprawiać drugiego człowieka. Muzycznie utwór należy do ostrzejszych fragmentów płyty, choć nie osiąga intensywności „You Oughta Know”.
„Wake Up” przynosi natomiast bardziej refleksyjny finał.To apel o wyrwanie się z obojętności, rutyny i wygodnego samozadowolenia. Morissette nie chce już tylko rozliczać konkretnych osób.
Zwraca się do znacznie szerszego świata. I do samej siebie.
Na oryginalnym wydaniu CD po zakończeniu głównej części albumu, pośród ukrytego materiału, pojawia się jeszcze „Your House” — kompozycja wykonywana a cappella.
To jeden z najbardziej niezwykłych momentów całej płyty. Nie ma instrumentów. Nie ma perkusji. Nie ma efektownej rockowej produkcji. Jest tylko głos, prowadzony w wielowarstwowej aranżacji. I niezwykle intymna historia przekroczenia granic cudzej przestrzeni.
Po całym emocjonalnym hałasie albumu ten finał brzmi niczym szept wypowiedziany w pustym mieszkaniu.
Właśnie wtedy Morissette jest najbardziej bezbronna. Znika rockowa wojowniczka. Zostaje człowiek, który nadal nie potrafi pogodzić się z utratą bliskości.
To zakończenie znacznie bardziej niepokojące, niż można byłoby oczekiwać po jednej z największych płyt poprockowych lat dziewięćdziesiątych.
Glen Ballard. Człowiek, który zamienił chaos w przeboje
Mówiąc o „Jagged Little Pill”, nie sposób przecenić roli Glena Ballarda. To jeden z tych producentów, których największy sukces polega na tym, że potrafią pozostać niemal niewidoczni. Ballard rozumiał, że emocjonalna ekspresja Morissette wymaga odpowiednio przygotowanej muzycznej przestrzeni. Z jednej strony pozwolił jej na szczerość i bezpośredniość. Z drugiej zadbał o czytelne konstrukcje piosenek, melodie i refreny. Bez niego album mógłby stać się interesującym, ale trudnym do przyswojenia pamiętnikiem. Z nim zamienił się w dzieło zdolne jednocześnie zdobywać radiowe listy przebojów i wywoływać dyskusje o relacjach, seksualności, religii oraz niezależności kobiet.
Produkcja nie jest jednak pozbawiona słabości. Dzisiaj słychać w niej wyraźną estetykę połowy lat dziewięćdziesiątych. Niektóre partie perkusyjne są nazbyt uporządkowane, niektóre gitarowe brzmienia mają charakterystyczny radiowy połysk. Czasami można odnieść wrażenie, że Ballard próbuje zachować komercyjną równowagę tam, gdzie Morissette chciałaby całkowicie ją zburzyć.
Moim zdaniem jest to raczej jedna z największych zalet albumu niż jego zasadnicza wada. Bo właśnie dzięki temu napięciu „Jagged Little Pill” nie stał się kolejnym wydawnictwem alternatywnej niszy. Dotarł do ludzi, którzy nigdy wcześniej nie kupiliby płyty PJ Harvey ani Liz Phair. Otworzył im drzwi do innego sposobu mówienia o emocjach. I zrobił to bez całkowitej rezygnacji z artystycznej osobowości.
„Jagged Little Pill” jako pamiętnik pokolenia
Istnieje jeszcze jedna przyczyna, dla której ten album pozostaje tak ważny. Nie jest on bowiem tylko zbiorem piosenek. To pewien sposób myślenia o sobie. W latach dziewięćdziesiątych słuchacze przyzwyczajeni do romantycznych ballad, w których miłość niemal zawsze prowadziła do wzniosłych deklaracji, otrzymali coś zupełnie innego.
Morissette nie oferowała idealnego obrazu kobiety. Pokazywała człowieka uwikłanego w sprzeczności. I właśnie dlatego była wiarygodna. W pewnym sensie „Jagged Little Pill” można porównać do „Buszującego w zbożu” J.D. Salingera. Nie dlatego, że Holden Caulfield i Alanis Morissette mieliby identyczne poglądy. Łączy ich coś głębszego. Niechęć do fałszu. Obsesyjne wręcz poszukiwanie autentyczności. I trudność pogodzenia własnej wrażliwości ze światem, który zbyt często wymaga od człowieka wygodnej maski.
Salinger stworzył jednego z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów młodzieńczego buntu. Morissette nadała podobnemu buntowi muzyczną postać. Ale jej opowieść ma jeszcze jeden ważny wymiar. Nie ogranicza się do nastoletniego gniewu. Jest zapisem procesu dojrzewania. Od potrzeby rozliczenia innych, przez odkrywanie własnych słabości, aż po stopniowe dostrzeganie, że człowiek nie musi być doskonały, aby zasługiwać na miłość.
Ta dramaturgia czyni album znacznie ciekawszym, niż sugerowałaby popularna etykietka „gniewnej dziewczyny”. Bo Alanis nie tylko krzyczy. Ona również pyta. A czasami potrafi nawet słuchać.



Napisz komentarz
Komentarze