Są w Polsce rzeczy święte. Konstytucja, hymn, biało-czerwona flaga i niedzielny obiad u babci. Przy czym o trzech pierwszych można dyskutować godzinami, natomiast o schabowym u babci dyskusji nie ma. Jest najlepszy i koniec. Nawet gdy panierka odchodzi od mięsa, a kotlet przypomina podeszwę wojskowego buta, należy pochwalić, poprosić o dokładkę i zapewnić, że nigdzie na świecie takiego nie podają.
I rzeczywiście nie podają. Przynajmniej nie zawsze z taką miłością.
Bohater, który nie potrzebuje kampanii wyborczej
Kotlet schabowy to prawdopodobnie jeden z niewielu bohaterów polskiego życia publicznego, którego popularność nie zależy od sondaży. Nie startuje w wyborach, nie organizuje konferencji prasowych, nie składa obietnic bez pokrycia. A mimo to od pokoleń wygrywa w pierwszej turze. Zwłaszcza w niedzielę, około godziny trzynastej.
Nie potrzebuje też specjalistów od wizerunku. Wystarczy trochę mąki, jajko, bułka tarta i patelnia. Jego program jest prosty: ma być chrupiący z zewnątrz, soczysty w środku i na tyle duży, żeby wystawał poza talerz. Najlepiej z obu stron.
W Tomaszowie Mazowieckim, podobnie jak w całej Polsce, niejedna rodzinna dyskusja kończy się wraz z pojawieniem się obiadu. Bo kiedy ktoś pyta: „Kto chce jeszcze jednego?”, nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy potrafią podnieść ręce w zgodnym głosowaniu.
Taka koalicja schabowego, ziemniaków i zasmażanej kapusty jest znacznie trwalsza niż niejeden polityczny sojusz.
Historia pewnego emigranta. Z Wiednia do polskiego serca
Schabowy ma jednak pewien sekret. Choć uchodzi za jednego z największych polskich patriotów kulinarnych, jego przodków należy szukać poza granicami Rzeczypospolitej.
Inspiracją dla polskiego kotleta był między innymi słynny wiedeński sznycel. Austriacy stawiali na cielęcinę, Polacy postanowili wykorzystać wieprzowinę. I tak europejska elegancja spotkała się z nadwiślańskim apetytem.
Już w 1860 roku Lucyna Ćwierczakiewiczowa zamieściła przepisy na kotlety wieprzowe w swojej słynnej książce „365 obiadów za pięć złotych”. Od tamtej pory zmieniły się granice, ustroje, waluty, premierzy i systemy polityczne, ale schabowy trwa.
Można powiedzieć, że przetrwał zabory, dwie wojny światowe, PRL, transformację ustrojową i modę na kuchnię molekularną.
A dziś, kiedy niektóre restauracje proponują trzy kropki sosu, dwa listki rukoli i kawałek mięsa wielkości znaczka pocztowego, zwyczajny schabowy nadal przypomina, że obiad powinien być obiadem, a nie instalacją artystyczną.
Tłuczek, czyli polska metoda rozwiązywania problemów
Przygotowanie schabowego to osobna dziedzina sztuki. Najpierw mięso trzeba rozbić. I właśnie tutaj zaczyna się kulinarna psychoterapia.
Nieudany dzień w pracy? Tłuczek w dłoń. Podwyżka rachunków? Kilka zdecydowanych uderzeń. Kolejna absurdalna wypowiedź polityka? Proszę bardzo, kotlet może być nawet trochę cieńszy.
Oczywiście wszystko w granicach rozsądku, bo nadmiernie rozbity schabowy przypomina czasem mapę Polski po kolejnych rozbiorach.
Potem przychodzi czas na panierkę. Najpierw mąka, później jajko, na koniec bułka tarta. Trójpodział władzy, który w polskiej kuchni funkcjonuje znacznie sprawniej niż w polityce.
Na patelni rozpoczyna się wielki finał. Skwierczenie tłuszczu działa na zmysły skuteczniej niż niejedna reklama. Zapach unosi się po mieszkaniu, dociera na klatkę schodową, a sąsiedzi zaczynają zastanawiać się, czy przypadkiem nie zostali zaproszeni na obiad.
I dopiero wtedy pojawia się najważniejsze pytanie: z kapustą czy z mizerią?
To spór znacznie starszy od niejednej samorządowej kontrowersji. I chyba równie trudny do rozstrzygnięcia.
Schabowy w literaturze? Gdyby Mickiewicz miał patelnię...
Gdyby Adam Mickiewicz pisał dziś „Pana Tadeusza”, być może zamiast grzybobrania opisałby wielką ucztę schabową.
„Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie...” – pisał poeta. W polskim domu można byłoby dodać, że po zdrowiu największą wartością jest talerz porządnego obiadu.
Z kolei Sienkiewicz mógłby stworzyć trylogię kulinarną: „Ogniem i Schabem”, „Potop Panierki” oraz „Pan Kotletowski”.
A Hamlet, stojąc przed talerzem, zamiast dramatycznego „Być albo nie być?”, zastanawiałby się zapewne: „Zjeść drugiego czy nie zjeść?”.
To dopiero prawdziwy dramat egzystencjalny. Szczególnie gdy człowiek jest już najedzony, ale na półmisku został ostatni kawałek.
Schabowy kontra nowoczesność. Starcie tytanów
W ostatnich latach polskie stoły przeżywają prawdziwą rewolucję. Pojawiają się tofu, tempeh, hummus, burgery roślinne i potrawy, których nazwy wymagają niekiedy znajomości trzech języków obcych.
Nie ma w tym nic złego. Każdy powinien jeść to, co lubi i co mu służy. Kuchnia jest przecież wystarczająco duża, żeby pomieścić zarówno tradycjonalistów, jak i kulinarnych rewolucjonistów.
Ale schabowy nie zamierza abdykować.
Nie musi być modny. Nie potrzebuje influencerów, sesji zdjęciowej ani hasztagu #fitlifestyle. Choć trzeba przyznać, że z perspektywy dietetyka nie jest ideałem codziennego jadłospisu.
Zresztą kalendarz wykazuje się wyjątkowym poczuciem humoru. 7 listopada obchodzimy Dzień Kotleta Schabowego, a już 8 listopada przypada Europejski Dzień Zdrowego Jedzenia i Gotowania.
Najpierw więc możemy uroczyście uczcić panierkę, a następnego dnia zastanawiać się nad konsekwencjami. To niemal gotowy scenariusz polskiej komedii obyczajowej.
Tomaszowianie, do talerzy! Ale bez uchwały rady miasta
Czy Dzień Kotleta Schabowego powinien być świętem państwowym? Trudno powiedzieć. Z pewnością jednak zasługuje na większe uznanie niż wiele innych nietypowych dat w kalendarzu.
Można sobie nawet wyobrazić uroczyste obchody w Tomaszowie Mazowieckim. Zamiast przecinania wstęgi – przecinanie schabowego. Zamiast przemówień – degustacja. Zamiast protokołu – przepis przekazywany z pokolenia na pokolenie.
Komisja konkursowa miałaby zadanie wyjątkowo przyjemne, choć wymagające sporej odporności żołądka. Najlepszy kotlet otrzymałby Złoty Tłuczek, a jego twórca dożywotni tytuł Mistrza Panierki.
I kto wie, może byłaby to pierwsza lokalna uroczystość, na której wszyscy uczestnicy zgodnie stwierdziliby, że pieniądze zostały dobrze wydane?
Niech żyje schabowy! I niech panierka nigdy nie odpada
W sobotę 7 listopada warto więc oddać hołd daniu, które przez pokolenia towarzyszyło nam podczas rodzinnych spotkań, wesel, chrzcin, imienin i zwyczajnych niedzielnych obiadów.
Nie trzeba organizować wielkich uroczystości. Wystarczy patelnia, dobry kawałek mięsa i odrobina cierpliwości. A jeśli ktoś nie je mięsa, może przygotować roślinnego kuzyna schabowego. W końcu najważniejsze jest to, żeby przy stole było miejsce dla wszystkich.
Bo schabowy, choć skromny z pochodzenia, ma w sobie coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze: wspomnienie dzieciństwa, zapach rodzinnego domu i przekonanie, że przez najbliższe pół godziny świat może spokojnie poczekać.
Wszystkiego najlepszego, kotlecie! Niech Ci panierka lekką będzie, tłuszcz odpowiednio gorący, a ziemniaki zawsze świeżo utłuczone.
I pamiętajmy: Polska może być podzielona w wielu sprawach. Ale są granice, których przekraczać nie wolno.
Na przykład granica talerza, poza którą wystaje porządny schabowy.
A Wy, mieszkańcy Tomaszowa i powiatu tomaszowskiego? Schabowy z ziemniakami i kapustą, z mizerią, a może z buraczkami? I kto robi najlepszego – mama, babcia czy Wy sami? Przyznawajcie się w komentarzach!



Napisz komentarz
Komentarze