Najnowszy wpis radnego powiatowego Kazimierza Mordaki z Koalicji Obywatelskiej, wymierzony w Arkadiusza Gajewskiego oraz kilka osób funkcjonujących na lokalnej scenie samorządowej, jest przykładem tego, jak łatwo z debaty publicznej zrobić spektakl z pogranicza Mrożka, Barei i podwórkowego „House of Cards”. Tyle że tu nie ma ani dobrej komedii, ani wybitnego scenariusza. Są za to nazwiska, sugestie, półzdania, personalne wycieczki i polityczne tropy układane tak, by czytelnik sam dopowiedział sobie resztę.
A to jest metoda stara jak lokalne wojny przy tablicach ogłoszeń: nie trzeba nikogo oskarżyć wprost. Wystarczy zasugerować. Zestawić nazwisko z nazwiskiem. Wrzucić aluzję. Dodać kilka dramatycznych słów. Zostawić zapach spisku w powietrzu. Potem zawsze można powiedzieć: „Przecież ja tylko pytałem”.
Nie, to nie jest tylko pytanie.
Felieton radnego czy akt oskarżenia bez akt?
We wpisie Kazimierza Mordaki pojawiają się m.in. wątki dotyczące powiązań Arkadiusza Gajewskiego z Marcinem Witko, sprawy Spółdzielni Mieszkaniowej „Przodownik”, zatrudnienia w Rawie Mazowieckiej, odejścia z Platformy Obywatelskiej, remontu szpitala św. Ducha, rzekomego „scenariusza” przejęcia spółdzielni oraz personalne uwagi wobec kolejnych osób.
To dużo. Bardzo dużo. Tyle że im cięższe zarzuty, tym większy obowiązek ich udokumentowania.
Radny, zwłaszcza radny powiatowy, nie jest anonimowym komentatorem spod internetowego krzaka. Ma mandat. Ma funkcję. Ma nazwisko. Ma polityczny szyld. Ma wpływ na debatę publiczną. I właśnie dlatego jego słowa ważą więcej niż komentarz pisany w emocjach po północy.
Jeżeli więc osoba publiczna sugeruje istnienie politycznych układów, zależności, sterowania, zakulisowych scenariuszy czy personalnych interesów, powinna równocześnie położyć na stole dokumenty. Nie mgłę. Nie „wszyscy wiedzą”. Nie „mówi się”. Nie „proszę sobie połączyć fakty”. Tylko konkrety: uchwały, umowy, daty, decyzje, korespondencję, protokoły, źródła.
Bez tego zostaje publicystyczny dym. A dym dobrze wygląda w filmie noir, ale fatalnie sprawdza się jako narzędzie lokalnej kontroli społecznej.
Gajewski odpowiada: manipulacje, nieprawda, naruszenie dobrego imienia
Na wpis radnego odpowiedział Arkadiusz Gajewski, który zarzucił Mordace manipulowanie faktami, rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji i naruszanie jego dobrego imienia. Zapowiedział również konsultację z prawnikiem.
Gajewski w swojej odpowiedzi odnosi się do kilku wątków poruszonych przez radnego. Twierdzi m.in., że z Platformy Obywatelskiej odszedł sam, wskazuje własną wersję okoliczności zatrudnienia w Rawie Mazowieckiej, tłumaczy sprawy związane ze szpitalem św. Ducha, odnosi się do kwestii rozliczeń oraz odpiera sugestie dotyczące politycznych powiązań i rzekomego scenariusza działań wokół spółdzielni.
Mamy więc klasyczny lokalny pojedynek narracji. Tylko że to nie jest prywatna sprzeczka dwóch panów przy stoliku w kawiarni. To dzieje się publicznie. Na oczach mieszkańców. Wokół spraw, które dotyczą instytucji, samorządu, spółdzielni mieszkaniowej, pieniędzy publicznych i reputacji konkretnych ludzi.
A w takich sprawach nie wolno jechać na samych emocjach. Bo emocje są jak stary polonez na łysych oponach — przez chwilę jeszcze pędzą, ale hamowanie kończy się zwykle w rowie.
Radny ma prawo krytykować. Nie ma prawa zastępować faktów insynuacją
Żeby było jasne: radny Mordaka ma pełne prawo do krytyki. Ma prawo pytać o Spółdzielnię Mieszkaniową „Przodownik”. Ma prawo interesować się tym, kto startuje do rady nadzorczej. Ma prawo komentować lokalne układy polityczne. Ma prawo wyrażać ostre opinie o Arkadiuszu Gajewskim, Marcinie Witko, Jarosławie Batorskim czy innych osobach publicznych.
Ale prawo do krytyki nie jest prawem do dowolnego konstruowania opowieści, w której fakty są tylko gwoździami przybijanymi do wcześniej wymyślonej tezy.
To podstawowa różnica.
Krytyka pyta: co się stało, kto podjął decyzję, jakie są dokumenty, kto za to odpowiada?
Insynuacja szepcze: popatrzcie, jakie to wszystko dziwne, pewnie coś za tym stoi.
Krytyka rozlicza władzę.
Insynuacja rozlicza człowieka z cienia, który sama rzuciła mu pod nogi.
Krytyka jest potrzebna.
Insynuacja jest wygodna.
I właśnie dlatego tak łatwo staje się politycznym narkotykiem. Daje szybki efekt, komentarze, udostępnienia, poklask własnego obozu. Ale zatruwa debatę na długo. Bo człowiek trafiony insynuacją musi potem tłumaczyć się nie z tego, co zrobił, lecz z tego, co ktoś kazał innym o nim podejrzewać.
Spółdzielnia „Przodownik” nie jest dekoracją do politycznego spektaklu
W tej historii szczególnie niebezpieczne jest to, że w tle znajduje się Spółdzielnia Mieszkaniowa „Przodownik”. A spółdzielnia to nie plansza do partyjnych gier. To nie teatrzyk, w którym lokalni politycy mogą rozstawiać pionki i wygłaszać monologi o moralności.
Spółdzielnia to mieszkania. Czynsze. Remonty. Dachy. Piwnice. Klatki schodowe. Woda. Ciepło. Codzienne życie ludzi, którzy niekoniecznie chcą być statystami w kolejnej odsłonie tomaszowskiej wojny plemiennej.
Jeżeli w „Przodowniku” są problemy — trzeba je wyjaśnić. Jeżeli członkowie spółdzielni mają pytania — powinni otrzymać odpowiedzi. Jeżeli ktoś ma zastrzeżenia do zarządu, rady nadzorczej, walnego zgromadzenia czy sposobu zarządzania majątkiem — powinien działać jawnie, rzeczowo i konsekwentnie.
Ale wykorzystywanie spółdzielczych napięć do budowania opowieści o politycznych pajęczynach może przynieść więcej szkody niż pożytku. Bo mieszkańcy zamiast wiedzy dostają spektakl. Zamiast dokumentów — nazwiska. Zamiast odpowiedzi — sugestie. Zamiast naprawy — kolejną awanturę.
A przecież spółdzielczość mieszkaniowa już dość często przypomina zamek z „Procesu” Kafki: drzwi są, korytarze są, pieczątki są, ale zwykły człowiek nie zawsze wie, gdzie naprawdę zapadają decyzje. W takiej sytuacji potrzeba światła, nie kolejnej zasłony dymnej.
Kto pisze radnemu polityczne scenariusze?
Jest jeszcze jeden wątek, którego nie da się pominąć, choć trzeba go ująć ostrożnie. W kuluarach lokalnej polityki pojawiają się sugestie, że autorstwo lub inspiracja części publikowanych przez radnego Mordakę wpisów bywa przypisywana zupełnie innym osobom. Nie sposób tego dziś przesądzić. Nie ma dowodu, który pozwalałby stwierdzić kategorycznie, że ktoś inny pisze za radnego albo prowadzi jego polityczną narrację.
Ale nawet jeśli takie sugestie krążą, odpowiedzialność jest prosta.
Jeżeli radny podpisuje się pod wpisem swoim nazwiskiem, to ponosi za niego pełną odpowiedzialność polityczną i prawną. Nie ma znaczenia, kto podsunął mu myśl, kto opowiedział historię, kto przesłał notatkę, kto rozgrzał emocje, a kto dopisał ostatnie zdanie.
Podpis jest podpisem.
Nie można jednego dnia występować jako odważny trybun ludowy, a drugiego zasłaniać się tym, że tekst był „środowiskowy”, „inspirowany”, „konsultowany” albo „przekazany przez mieszkańców”. Polityka to nie szkolne wypracowanie, gdzie w razie kłopotów można powiedzieć, że kolega z ławki podpowiadał.
Jeżeli radny publikuje, radny odpowiada.
Platforma, moralność i lokalny teatr absurdu
Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że cała historia rozgrywa się w cieniu Koalicji Obywatelskiej, która na poziomie ogólnopolskim lubi mówić o standardach, praworządności, odpowiedzialności za słowo i jakości życia publicznego.
Piękne słowa. Potrzebne słowa. Tylko że lokalnie te słowa czasem wyglądają jak dekoracja z kartonu: z przodu fasada demokracji, z tyłu zszywki, taśma klejąca i partyjna prowizorka.
Bo jeżeli radny formacji, która tak często mówi o odpowiedzialności publicznej, sam posługuje się metodą sugestii, półoskarżeń i personalnych ataków, to trudno nie zapytać: gdzie kończy się polityczna kontrola, a zaczyna zabawa cudzym kosztem?
Nie chodzi o to, by radny milczał. Przeciwnie. Niech mówi. Niech pyta. Niech rozlicza. Niech składa wnioski, interpelacje, zawiadomienia. Niech idzie do dokumentów, do urzędów, do protokołów, do uchwał. Niech pokazuje mieszkańcom fakty.
Ale niech nie robi z lokalnej polityki spektaklu, w którym każdy przeciwnik staje się elementem spisku, a każda niewygodna odpowiedź zostaje przykryta kolejną sugestią.
To już nie jest demokracja. To jest kabaret podejrzeń.
Osoba publiczna zniesie więcej, ale nie wszystko
Warto przypomnieć rzecz podstawową. Osoby publiczne muszą liczyć się z ostrzejszą krytyką. Politycy, radni, byli urzędnicy, osoby pełniące funkcje publiczne czy aspirujące do wpływu na instytucje nie są pod kloszem. Ich działania można oceniać surowo, nawet bardzo surowo.
Ale ostrzejsza krytyka nie oznacza dowolności.
Nie daje prawa do przypisywania ludziom intencji bez podstaw. Nie usprawiedliwia budowania opowieści na zasadzie „coś mi się składa”. Nie zamienia Facebooka w sąd, radnego w prokuratora, komentarzy w wyrok, a lajków w materiał dowodowy.
W polskim życiu publicznym i tak mamy już nadmiar tanich oskarżeń. Za dużo polityków żyje z tego, że najpierw rzucają błotem, a potem udają, że sprawdzają, czy się przykleiło. Za dużo ludzi nauczyło się, że reputację można uszkodzić jednym wpisem, a potem spokojnie iść na kawę.
Tyle że demokracja bez odpowiedzialności za słowo zmienia się w targowisko krzyku. A lokalna wspólnota bez minimum zaufania staje się zbiorem plemion, które już nie rozmawiają, tylko ustawiają się po dwóch stronach barykady.
Tomaszów nie potrzebuje kolejnej wojny na insynuacje
Tomaszów Mazowiecki i powiat tomaszowski mają zbyt wiele realnych problemów, by dokładać do nich polityczne fantazje. Są sprawy szpitala. Są szkoły. Są drogi. Jest komunikacja. Są spółdzielnie mieszkaniowe. Są inwestycje, których trzeba pilnować. Są publiczne pieniądze, które trzeba rozliczać. Są mieszkańcy, którzy nie chcą kolejnego odcinka serialu pod tytułem „kto kogo dziś oskarżył na Facebooku”.
Lokalna polityka powinna być twarda, ale uczciwa. Ostra, ale odpowiedzialna. Krytyczna, ale oparta na faktach. Bez tego staje się tylko bijatyką w świetle kamerki telefonu.
A radny Mordaka, jeśli chce być traktowany poważnie, powinien zrozumieć jedną rzecz: polityka nie polega na tym, by co kilka dni znaleźć nowego przeciwnika i przykleić mu do pleców kartkę z napisem „układ”. Polityka polega na pracy, odwadze, konsekwencji i gotowości do pokazania dowodów wtedy, gdy publicznie stawia się poważne tezy.
Inaczej nie jest się kontrolerem władzy.
Jest się dostawcą politycznego dymu.
Puenta: proca, kamień i odpowiedzialność
Ta historia nie jest tylko o jednym wpisie. Jest o metodzie. O sposobie uprawiania lokalnej polityki, w którym najpierw rzuca się sugestię, potem czeka na reakcję, a na końcu udaje się, że przecież chodziło wyłącznie o dobro publiczne.
Nie, dobro publiczne nie polega na tym, że cudze nazwisko staje się tarczą strzelniczą dla politycznych emocji.
Jeżeli Kazimierz Mordaka ma dowody — powinien je pokazać. Jeżeli ma dokumenty — powinien je ujawnić. Jeżeli wie o nieprawidłowościach — powinien złożyć formalne zawiadomienia i pilnować sprawy do końca. Jeżeli zaś ma tylko polityczną opowieść, zestaw sugestii i garść personalnych wycieczek, to powinien zastanowić się, czy nie pomylił mandatu radnego z procą.
Bo proca daje chwilowe poczucie siły. Można z niej wystrzelić kamień, narobić hałasu, zbić szybę, przestraszyć przechodniów. Ale w polityce kamienie wracają. Czasem szybciej, niż się wydaje.
A wtedy nie pomaga już partyjny szyld, internetowy aplauz ani tłumaczenie, że „to tylko wpis”.
W życiu publicznym słowo ma wagę. Kto rzuca nim lekko, może pewnego dnia zostać przygnieciony jego ciężarem. Gajewski to kolejna osoba, która zapowiada kroki prawne w stosunku do radnego Mordaki.




Napisz komentarz
Komentarze