Gdyby wybory parlamentarne odbyły się w najbliższą niedzielę, wygrałaby je Koalicja Obywatelska z wynikiem 27,5 proc. Na drugim miejscu znalazłoby się Prawo i Sprawiedliwość — zaledwie 16,9 proc. Trzecia byłaby Konfederacja z poparciem 14,4 proc. Dalej znalazłyby się Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna — 9,4 proc., przyszła partia Mateusza Morawieckiego Rozwój Plus — 7,8 proc. oraz Lewica — 7,6 proc.
To jednak nie tabela ligowa, w której ktoś awansował o jedno miejsce, a ktoś inny spadł. To zapis politycznego trzęsienia ziemi.
PiS straciło partię, ale prawica nie straciła wyborców
Najbardziej efektowną liczbą jest oczywiście spadek PiS aż o 7,2 punktu procentowego w porównaniu z czerwcowym badaniem. Wtedy ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego uzyskało 24,1 proc. Teraz ma 16,9 proc. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak katastrofa, ewakuacja z tonącego okrętu i polityczny pogrzeb przy akompaniamencie marsza Chopina.
Tyle że wyborcy PiS nie przeszli masowo do Donalda Tuska.
Jeżeli do obecnego wyniku Prawa i Sprawiedliwości dodamy 7,8 proc. deklarowane dla Rozwoju Plus Mateusza Morawieckiego, otrzymamy 24,7 proc. To niemal dokładnie tyle, ile PiS miało w czerwcu.
Oznacza to, że nie rozpada się prawicowy elektorat. Rozpada się partyjna konstrukcja, która dotąd ten elektorat kontrolowała.
Jarosław Kaczyński nie traci wyborców na rzecz KO. Traci ich na rzecz własnego byłego premiera, Konfederacji Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka oraz bardziej radykalnego ugrupowania Grzegorza Brauna. Z punktu widzenia prezesa PiS jest to zapewne jeszcze gorsza wiadomość. Wyborca, który przeszedł do politycznego przeciwnika, może kiedyś wrócić. Wyborca, który znalazł sobie bardziej odpowiadającą mu prawicową partię, może już nie widzieć powodu, by wracać do starego szyldu.
Podobny wynik przyniosło badanie IBRiS przeprowadzone kilka dni wcześniej dla „Rzeczpospolitej”. PiS otrzymało w nim 17,3 proc., a hipotetyczne ugrupowanie Morawieckiego 7,4 proc. Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z jednym przypadkowym pomiarem, lecz z powtarzającym się sygnałem poważnego pęknięcia po prawej stronie.
KO wygrywa, ale nie ma czego świętować
Koalicja Obywatelska jest pierwsza. Jej przewaga nad PiS wynosi aż 10,6 punktu procentowego. W partyjnej centrali można więc otwierać szampana, rozdawać medale i opowiadać o skuteczności Donalda Tuska.
Problem w tym, że KO uzyskała 27,5 proc., czyli o pół punktu mniej niż w czerwcu. Nie rośnie. Nie przejmuje wyborców odpływających od PiS. Nie buduje wielkiej społecznej większości. Stoi w miejscu i obserwuje, jak przeciwnik dzieli się na kilka części.
To zwycięstwo podobne do wygrania meczu dlatego, że rywal pokłócił się w szatni i wystawił na boisko trzy oddzielne drużyny.
Koalicja Obywatelska może dziś być największą partią w Polsce, ale wynik poniżej 30 proc. trudno uznać za dowód politycznej hegemonii. To raczej pozycja lidera w coraz bardziej rozdrobnionej lidze, w której niemal każdy gra przeciwko każdemu.
Tusk nie pokonał PiS programem, świeżością ani społeczną mobilizacją. Na razie korzysta z wojny Kaczyńskiego z Morawieckim. A wojny domowe przeciwników mają to do siebie, że kiedyś się kończą albo przekształcają w nowe sojusze.
Cztery prawice zamiast jednej
PiS, Konfederacja, Konfederacja Korony Polskiej i Rozwój Plus mają łącznie 48,5 proc. deklarowanego poparcia. To oczywiście czysta arytmetyka, a nie gotowa koalicja. Grzegorz Braun, Mateusz Morawiecki, Jarosław Kaczyński i liderzy Konfederacji różnią się ambicjami, temperamentem oraz politycznym interesem.
Jednak liczby pokazują coś, czego liberalna część opinii publicznej nie powinna ignorować: Polska nie przesuwa się wyraźnie w lewo ani do politycznego centrum. Polska prawica się rozpada, różnicuje i radykalizuje, zachowując przy tym ogromną siłę społeczną.
Konfederacja ma już tylko 2,5 punktu procentowego mniej niż PiS. Ugrupowanie Grzegorza Brauna zdobywa 9,4 proc. Sam Morawiecki — zanim zbudował pełnoprawną partię, struktury terenowe i listy kandydatów — otrzymuje 7,8 proc.
To nie jest jeszcze nowy stabilny porządek. To polityczny Dziki Zachód. Każdy zakłada własny szyld, każdy chce zostać szeryfem, a wyborcy dawnego PiS przebierają w ofertach niczym klienci na targowisku.
Morawiecki przestał być sondażową hipotezą
Badanie IBRiS zostało przeprowadzone w dniach od 29 lipca do 2 sierpnia, gdy Rozwój Plus był jeszcze przede wszystkim stowarzyszeniem i hipotetycznym projektem wyborczym. Wieczorem 3 sierpnia Mateusz Morawiecki oficjalnie zapowiedział jednak, że nowa partia polityczna powstanie najpóźniej 15 października. Wcześniej jego środowisko utworzyło w Sejmie własny, liczący 40 posłów klub parlamentarny.
Sondaż wyprzedził zatem wydarzenia zaledwie o kilkadziesiąt godzin. Projekt, który ankieterzy przedstawiali respondentom jako możliwość, stał się realnym planem politycznym.
Jeszcze ciekawsze są odpowiedzi dotyczące partii „drugiego wyboru”. Rozwój Plus wskazało 17,5 proc. badanych. Wśród wyborców PiS gotowość poparcia Morawieckiego w sytuacji braku ich pierwszej partii zadeklarowało aż 40,6 proc. Łącznie 21 proc. respondentów odpowiedziało, że zdecydowanie lub raczej rozważa głosowanie na przyszłą partię byłego premiera.
Morawiecki ma więc potencjał większy niż obecne 7,8 proc. Ma rozpoznawalność, doświadczenie rządowe, parlamentarzystów, pieniądze, kontakty i dostęp do mediów.
Ma jednak również poważny elektorat negatywny. W tym samym badaniu 49,3 proc. respondentów odpowiedziało, że zdecydowanie nie zagłosowałoby na jego partię, a kolejnych 15,4 proc. wybrało odpowiedź „raczej nie”. Rozwój Plus może więc stać się wpływowym ugrupowaniem, ale nie musi być polityczną rakietą. Może równie dobrze okazać się szalupą ratunkową dla części byłych działaczy PiS, która zabierze im wyborców, lecz nie dopłynie do władzy.
Polityczne centrum właśnie znika
Największym przegranym badania nie musi być nawet PiS. Może nim być szeroko rozumiane centrum.
PSL uzyskuje 4 proc. Polska 2050 zaledwie 1,4 proc. Razem — 2,3 proc. Wszystkie te ugrupowania, gdyby wystartowały samodzielnie, znalazłyby się poza Sejmem.
Projekt Trzeciej Drogi, który jeszcze niedawno miał rozbijać duopol PiS–PO, praktycznie przestał istnieć jako samodzielna polityczna opowieść. Polska 2050 wygląda dziś jak dekoracja pozostawiona na scenie po zakończonym przedstawieniu. PSL broni ostatnich przyczółków, ale wynik 4 proc. oznacza, że samodzielny start mógłby zakończyć się dla ludowców największą katastrofą w ich współczesnej historii.
Wyborcy nie nagradzają dziś umiarkowania. Nagradzają wyrazistość, konflikt i jasne wskazanie wroga. Polityka coraz mniej przypomina debatę o podatkach, szpitalach, szkołach i mieszkaniach, a coraz bardziej casting do kolejnego sezonu serialu, w którym liczy się przede wszystkim to, kto mocniej krzyczy i komu uda się zawładnąć emocjami widowni.
Lewica płaci za własne podziały
Lewica otrzymuje 7,6 proc. i przekracza próg wyborczy. Razem z wynikiem 2,3 proc. zostaje poza Sejmem. Łącznie oba środowiska mają 9,9 proc., ale startując oddzielnie, mogą doprowadzić do zmarnowania znacznej części głosów własnego elektoratu.
To kolejny paradoks polskiej polityki. Prawica dzieli się na cztery ugrupowania, z których każde przekracza próg. Lewica dzieli się na dwa, z których jedno pozostaje pod progiem.
Nie jest to wyłącznie wynik niesprawiedliwego losu. To również rezultat wieloletniej niezdolności lewicowych polityków do zbudowania opowieści wykraczającej poza spory personalne, tożsamościowe rytuały i walkę o kilka miejsc na listach.
Wyborcza matematyka będzie bezlitosna
Zgodnie z art. 196 Kodeksu wyborczego w podziale mandatów uczestniczą listy partii, które w skali kraju uzyskają przynajmniej 5 proc. głosów. Dla koalicyjnych komitetów wyborczych próg wynosi 8 proc.
Według sondażu poniżej progu znalazłyby się PSL, Razem i Polska 2050. Łącznie daje to 7,7 proc. głosów, które nie uczestniczyłyby w podziale mandatów. Taka sytuacja premiowałaby ugrupowania przekraczające próg, szczególnie te największe.
Nie można jednak na podstawie ogólnopolskich wyników wiarygodnie wyliczyć dokładnego podziału 460 mandatów. O mandatach decydują wyniki w poszczególnych okręgach, liczba głosów oddanych na listy oraz lokalny układ konkurencji.
Można natomiast powiedzieć jedno: w tak rozdrobnionym Sejmie stworzenie stabilnej większości byłoby wyjątkowo trudne. KO i Lewica mają razem 35,1 proc. PiS i Rozwój Plus — 24,7 proc. Nawet dodanie Konfederacji nie rozwiązuje automatycznie problemu, ponieważ między ugrupowaniami istnieją zarówno różnice programowe, jak i konflikty ambicjonalne.
Po wyborach moglibyśmy więc otrzymać parlament, w którym niemal każdy posiada zdolność blokowania, lecz niewielu ma zdolność rządzenia.
Tomaszów też odczuje ten wstrząs
Rozłam na prawicy nie zatrzyma się na drzwiach warszawskich gabinetów. Jeżeli projekt Morawieckiego utrzyma poparcie i zacznie budować struktury terenowe, lokalni działacze związani dotąd z PiS staną przed bardzo konkretnym wyborem.
Zostać przy Jarosławie Kaczyńskim czy przejść do byłego premiera? Bronić starego szyldu czy szukać miejsca na listach nowej partii? Zachować lojalność czy ratować własną polityczną przyszłość?
Takie pytania pojawią się również w Tomaszowie Mazowieckim i całym regionie. W lokalnej polityce wielkie ideologie zazwyczaj szybko ustępują miejsca znacznie bardziej przyziemnym sprawom: miejscom na listach, wpływom w samorządzie, stanowiskom oraz kontroli nad partyjnymi strukturami.
Jeżeli prawica wystawi w przyszłych wyborach kilka konkurujących list, dotychczasowe układy personalne mogą rozsypać się jak domek z kart. Ludzie, którzy jeszcze niedawno stali obok siebie na partyjnych konferencjach, mogą wkrótce walczyć o tych samych wyborców.
To nie jest sondaż nadziei. To sondaż rozpadu
Badanie przeprowadzono metodą telefonicznych wywiadów CATI na próbie 1000 osób. Sondaż nie jest wynikiem wyborów, a różnice wynoszące kilka dziesiątych punktu procentowego należy traktować ostrożnie. Deklarowana frekwencja wyniosła 64,4 proc., a 8,8 proc. respondentów nie potrafiło wskazać partii, na którą oddałoby głos.
Mimo tych zastrzeżeń głównego obrazu nie da się łatwo zignorować.
Koalicja Obywatelska jest pierwsza, ale nie rośnie. PiS dramatycznie słabnie, lecz jego wyborcy pozostają przede wszystkim po prawej stronie. Morawiecki buduje własną partię. Konfederacja zbliża się do PiS. Braun utrzymuje wysokie poparcie. Centrum znika, a lewica ponownie dzieli się sama ze sobą.
Nie jesteśmy świadkami narodzin jednego nowego hegemona. Jesteśmy świadkami rozpadu starego porządku.
Przez lata polska polityka przypominała pojedynek dwóch ciężkich okrętów — PO i PiS. Dziś jeden z nich stoi niemal w miejscu, a drugi rozpadł się na kilka jednostek, które płyną w podobnym kierunku, ale każda chce mieć własnego kapitana.
Największym zagrożeniem nie jest więc samo zwycięstwo tej czy innej partii. Jest nim powstanie Sejmu bardziej rozdrobnionego, bardziej radykalnego i niemal niezdolnego do podejmowania długofalowych decyzji.
Stary duopol umiera. Problem polega na tym, że z jego ruin nie wyłania się jeszcze nic stabilniejszego ani mądrzejszego.



Napisz komentarz
Komentarze