Platformy społecznościowe wzmacniają głosy radykalne i negatywne, a algorytmy dodatkowo premiują treści budzące emocje, strach i poczucie zagrożenia. W efekcie zniekształcany jest obraz rzeczywistych postaw społecznych — oceniła w rozmowie z PAP medioznawczyni dr hab. Katarzyna Bąkowicz z Uniwersytetu SWPS.
W ostatnich tygodniach w przestrzeni cyfrowej pojawiały się liczne fałszywe informacje dotyczące m.in. migracji, polityki klimatycznej, sytuacji międzynarodowej oraz rzekomych działań instytucji i państw. Wiele z nich uderzało w dobrze znane społeczne lęki: przed „obcymi”, przed zmianą, przed utratą bezpieczeństwa. Szczególnie często pojawiały się narracje antyukraińskie i antyunijne.
Internet nie jest już lustrem społeczeństwa
Jak podkreśla ekspertka, przez lata wielu użytkowników wierzyło, że to, co widać w internecie, jest prostym odbiciem poglądów większości społeczeństwa. Dziś wiadomo, że tak nie jest.
W mediach społecznościowych najłatwiej przebijają się ci, którzy mówią najgłośniej, najostrzej i najczęściej. To nie zawsze oznacza, że reprezentują większość. Często oznacza jedynie, że lepiej korzystają z mechanizmów platform, które nagradzają emocje, konflikt i wyrazistość.
Nie jest więc tak, że większość ludzi ma poglądy antyimigranckie czy antyukraińskie. Problem polega na tym, że osoby o poglądach skrajnych częściej zabierają głos, komentują, udostępniają i atakują. W efekcie zwykły użytkownik może odnieść wrażenie, że właśnie takie stanowisko dominuje.
To mechanizm znany z debaty publicznej od dawna, ale w epoce algorytmów zyskał zupełnie nową siłę. Jak w filmie, w którym kamera nie pokazuje całego placu, lecz tylko najbardziej rozkrzyczany narożnik tłumu.
Strach rozchodzi się szybciej niż rozsądek
Katarzyna Bąkowicz zwraca uwagę, że teorie spiskowe i fałszywe narracje łatwo się rozpowszechniają, ponieważ są proste, emocjonalne i dają szybkie odpowiedzi. Ich przeciwwaga — analiza, wyjaśnienie, spokojne sprawdzanie faktów — jest z natury trudniejsza. Wymaga czasu, cierpliwości i gotowości do przyjęcia, że rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana niż krzykliwy wpis w mediach społecznościowych.
Zarządzanie strachem pobudza emocje. A emocje są paliwem algorytmów.
To dlatego treści negatywne, wykluczające i radykalne zyskują tak dużą widoczność. Nie dlatego, że zawsze są prawdziwe. Często właśnie dlatego, że są ostre, łatwe do udostępnienia i budzą natychmiastową reakcję.
Dawniej funkcjonowała medialna zasada, że „dobra wiadomość to zła wiadomość” — bo dramat, konflikt i katastrofa przyciągały uwagę. Dziś ten mechanizm został przeniesiony do świata platform społecznościowych, ale z dużo większą precyzją. Algorytm nie tylko pokazuje nam złe wiadomości. On uczy się, które złe wiadomości zatrzymają nas najdłużej.
Bańki informacyjne i nowa definicja prawdy
W świecie nadmiaru informacji coraz częściej za prawdę uznaje się nie to, co zostało sprawdzone, lecz to, co zyskało akceptację w danej grupie. Jeśli dana społeczność wystarczająco często powtarza określoną tezę, zaczyna ona działać jak fakt — nawet jeśli nim nie jest.
To szczególnie niebezpieczne w przypadku osób neutralnych, niezdecydowanych lub słabo zorientowanych w danym temacie. Ktoś, kto zaczyna szukać informacji w sieci, może trafić głównie na treści radykalne. A jeśli nie napotka spokojnej, rzeczowej przeciwwagi, z czasem sam może przesuwać się w stronę bardziej skrajnych opinii.
Ekspertka przywołuje tu mocne zdanie: „Zło szerzy się tam, gdzie dobrzy ludzie nic nie robią”. W kontekście internetu brzmi ono wyjątkowo aktualnie. Milczenie rozsądnych ludzi oddaje pole tym, którzy nie mają wątpliwości, nie sprawdzają źródeł i nie biorą odpowiedzialności za skutki własnych słów.
Antyukraińskie i antyunijne przekazy. Rosja nie musi być kochana
Zdaniem Katarzyny Bąkowicz część narracji antyukraińskich i antyunijnych jest inspirowana przez Rosję lub środowiska jej sprzyjające. Nie zawsze są to przekazy wprost prorosyjskie. W Polsce taka propaganda często nie byłaby skuteczna. Dlatego przybiera bardziej zakamuflowane formy.
Treści mogą nawet zawierać elementy krytyczne wobec Rosji, ale jednocześnie uderzać w Ukrainę, Unię Europejską, zaufanie do instytucji i solidarność państw Zachodu. Cel jest prosty: nie chodzi o to, by Rosję pokochano. Chodzi o to, by osłabić wspólnotę, skłócić społeczeństwa i rozbić jedność Zachodu.
To stara gra w nowym kostiumie. Dawniej ulotki, plotki i szeptana propaganda. Dziś — fałszywe konta, emocjonalne wpisy, spreparowane nagrania, wyrwane z kontekstu zdjęcia i komentarze, które mają wyglądać jak spontaniczny głos „zwykłych ludzi”.
Nie każdy komentarz jest głosem większości
Najważniejszy wniosek z wypowiedzi ekspertki jest prosty, ale bardzo potrzebny: internetowy hałas nie zawsze oznacza społeczną większość. Czasem oznacza tylko dobrze ustawiony megafon.
Dlatego w czasach cyfrowych emocji trzeba zachować podwójną ostrożność. Sprawdzać źródła. Czytać więcej niż nagłówki. Nie udostępniać treści tylko dlatego, że pasują do naszych lęków albo uprzedzeń. I przede wszystkim — nie oddawać całej przestrzeni publicznej tym, którzy z lęku robią polityczne paliwo.
Bo fałszywe narracje nie kończą się na ekranie telefonu. One wychodzą z sieci razem z nami. Do rozmów przy rodzinnym stole, do lokalnych sporów, do decyzji wyborczych, do codziennych ocen innych ludzi.
A wtedy fake news przestaje być tylko kłamstwem w internecie. Staje się cegłą w murze, który budujemy między sobą.



Napisz komentarz
Komentarze