Była niedziela. Dzień, który powinien kojarzyć się z biciem kościelnych dzwonów, odświętnymi ubraniami i rodzinnym obiadem. Zamiast tego nad wołyńskimi wsiami rozległy się krzyki mordowanych ludzi, huk wystrzałów i trzask płonących domów.
11 lipca 1943 roku nastąpiło apogeum zbrodni wołyńskiej – zaplanowanej i przeprowadzonej akcji masowego wyniszczenia polskiej ludności cywilnej.
Atak rozpoczął się przed świtem
Według ustaleń Instytutu Pamięci Narodowej akcja rozpoczęła się około godziny 3 nad ranem od napadu na kolonię Gurów. Zamordowano tam ponad 200 Polaków. Niedługo później zaatakowana została Wygranka, gdzie zginęło około 150 osób.
Fala przemocy rozlewała się na kolejne wsie, kolonie i majątki. W zależności od przyjętej metodologii historycy wskazują około stu miejscowości zaatakowanych tego dnia, natomiast niektóre szersze opracowania mówią nawet o 150 osadach objętych akcją 11 lipca.
Nie był to spontaniczny wybuch sąsiedzkiej nienawiści. Ataki zostały skoordynowane. Ich termin wybrano z premedytacją – niedziela pozwalała zastać wielu Polaków zgromadzonych w kościołach.
Mordowano w kościołach
Do najbardziej znanych zbrodni doszło między innymi w Porycku i Kisielinie. Napastnicy atakowali ludzi uczestniczących w mszach. Świątynie, które przez pokolenia były miejscami modlitwy, stawały się pułapkami bez wyjścia.
Na Wołyniu spalono lub zniszczono dziesiątki kościołów. Mordowano mężczyzn, kobiety, dzieci i osoby starsze. Jedynym „przewinieniem” ofiar była ich narodowość.
Głównymi wykonawcami ludobójstwa były struktury Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów frakcji Stepana Bandery oraz Ukraińskiej Powstańczej Armii. W akcjach uczestniczyła również część miejscowej ludności ukraińskiej – dobrowolnie, pod wpływem propagandy albo przymuszona przez nacjonalistyczne podziemie.
Zbrodnia rozpoczęła się wcześniej
Krwawa niedziela nie była początkiem mordów. Była ich kulminacją.
Za pierwszy masowy mord dokonany przez oddział UPA na polskiej ludności Wołynia uznaje się zbrodnię w Parośli. 9 lutego 1943 roku zamordowano tam 173 Polaków.
W kolejnych miesiącach liczba napadów rosła. Zbrodnie obejmowały następne powiaty i wsie. W Janowej Dolinie zginęło, według różnych szacunków, od 500 do 600 osób. W Woli Ostrowieckiej zamordowano ponad 600 Polaków, w kolonii Gaj około 600, w Ostrówkach ponad 500.
Według ustaleń historyków mordów na polskiej ludności dokonano w ponad 1800 miejscowościach na Wołyniu.
Celem była ziemia bez Polaków
Ukraińscy nacjonaliści liczyli, że po klęsce III Rzeszy i ponownym załamaniu sowieckiej władzy uda się stworzyć niepodległe państwo ukraińskie.
Warunkiem realizacji tego planu miało być usunięcie Polaków z terenów, do których zgłaszano pretensje. Nie chodziło jednak wyłącznie o wypędzenie ludności. Zastosowano terror, którego celem było wymordowanie mieszkańców i zniszczenie wszelkich śladów polskiej obecności.
OUN-UPA określała te działania mianem „akcji antypolskiej”. Propaganda próbowała uzasadniać mordy rzekomą współpracą Polaków z sowiecką partyzantką, a później z NKWD. Ofiarami padali jednak przede wszystkim bezbronni cywile – rolnicy, kobiety, dzieci, duchowni i całe wielopokoleniowe rodziny.
Ukraińcy, którzy ratowali Polaków
Pamięć o sprawcach nie może przesłonić pamięci o tych Ukraińcach, którzy odmówili udziału w zbrodni.
Niektórzy ostrzegali polskich sąsiadów, ukrywali całe rodziny, pomagali w ucieczce lub stawali w ich obronie. „Kresowa Księga Sprawiedliwych”, opracowana przez Romualda Niedzielkę i wydana przez IPN, opisuje przypadki uratowania 2527 Polaków.
Za udzielenie pomocy co najmniej 384 Ukraińców zapłaciło życiem.
To niezwykle ważna część tej historii. Pokazuje, że nawet w świecie ogarniętym przez ideologię nienawiści człowiek wciąż mógł dokonać wyboru. Jedni chwytali za siekiery i widły. Inni otwierali drzwi swoich domów przed ściganymi sąsiadami.
Polacy próbowali się bronić
W części miejscowości powstawały ośrodki samoobrony. Największym z nich było Przebraże, w którym chronili się nie tylko miejscowi Polacy, lecz także uchodźcy z niszczonych osad.
Mieszkańcy organizowali straże, budowali umocnienia i zdobywali broń. Dzięki temu Przebraże zdołało odeprzeć ataki UPA i stało się schronieniem dla tysięcy ludzi.
Był to jednak wyjątek. Większość polskich wsi pozostawała bezbronna i rozproszona, a napastnicy wykorzystywali zaskoczenie, przewagę liczebną oraz znajomość terenu.
Liczby, za którymi stoją ludzie
Dokładnej liczby ofiar ludobójstwa nigdy nie udało się ustalić. Ginęły całe rodziny, a razem z nimi świadkowie, którzy mogliby przekazać nazwiska pomordowanych. Wiele osad zniknęło z powierzchni ziemi.
Polscy historycy przyjmują, że w latach 1943–1945 na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej zamordowano około 100 tysięcy Polaków. Sama krwawa niedziela mogła pochłonąć od 8 do 12 tysięcy ofiar.
Za każdą z tych liczb kryje się jednak konkretne życie: dziecko, które nie zdążyło dorosnąć, matka próbująca zasłonić własnym ciałem syna, ksiądz odprawiający ostatnią mszę, rodzina, po której nie pozostał nawet grób.
Pamięć zamknięta w PRL
Po zakończeniu wojny o zbrodni wołyńskiej przez dziesięciolecia nie można było publicznie mówić. Kresy znalazły się w granicach Związku Sowieckiego, a komunistyczne władze Polski unikały tematów, które mogłyby komplikować relacje z Moskwą i sowiecką Ukrainą.
Ocalałych wysiedlono na tereny powojennej Polski. Wielu zabrało ze sobą jedynie dokumenty, fotografie oraz wspomnienia domów, których już nie było.
Pamięć przetrwała w rodzinnych opowieściach, kresowych środowiskach i publikacjach ukazujących się poza oficjalnym obiegiem.
Od uchwały Sejmu do święta państwowego
W 2016 roku Sejm ustanowił 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej.
Od 2025 roku dzień ten ma jeszcze wyższą rangę. Na podstawie ustawy z 4 czerwca 2025 roku jest obchodzony jako Narodowy Dzień Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej.
Jest to oficjalne święto państwowe. Ustawa podkreśla, że śmierć ludzi mordowanych z powodu ich przynależności do narodu polskiego wymaga corocznego hołdu ze strony państwa.
Tomaszów również zachowuje pamięć
Pamięć o ofiarach Wołynia obecna jest także w Tomaszowie Mazowieckim. Rada Miejska jednogłośnie przyjęła uchwałę o nadaniu rondu położonemu w rejonie Areny Lodowej nazwy „Rondo Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Wołyniu”.
To lokalny, trwały znak pamięci. Nie kolejna karta zamknięta w podręczniku, lecz nazwa obecna w codziennym życiu miasta – na mapach, drogowskazach i w rozmowach mieszkańców.
Prawda nie jest wymierzona we współczesnych Ukraińców
Pamięć o ofiarach nie musi oznaczać wrogości wobec dzisiejszej Ukrainy ani odpowiedzialności zbiorowej współczesnych Ukraińców. Oznacza natomiast prawo do prawdy, godnego pochówku ofiar, prowadzenia ekshumacji i nazywania sprawców oraz ich organizacji.
Pojednania nie można budować na przemilczeniu. Nie da się go również stworzyć przez zamazywanie nazwisk, symboli i ideologii, które doprowadziły do ludobójstwa.
11 lipca nie jest dniem zemsty. Jest dniem pamięci.
Pamięci o wsiach, których nie ma. O kościołach, które spłonęły. O rodzinach, po których pozostały tylko nazwiska zapisane w księgach. I o tysiącach ludzi, którzy przez dziesięciolecia czekali, aby państwo polskie wypowiedziało głośno to, co oni wiedzieli od zawsze:
to było ludobójstwo.



Napisz komentarz
Komentarze