Piotr Kucharski mierzył się już ze słowami wypowiadanymi na swój temat przed sądem. Niemal trzy lata temu wytoczył sprawę Arkadiuszowi Gajewskiemu. Przegrał. Dysponuję zarówno wyrokiem, jak i jego uzasadnieniem i właśnie dlatego, zanim ten tekst zostanie opublikowany, warto pokazać czytelnikom odpowiednie fragmenty dokumentu zamiast opowiadać o nim z pamięci.
Spór dotyczył między innymi sprzedaży domu młodemu małżeństwu z Ukrainy. Nieruchomość była wcześniej przedmiotem licytacji komorniczej, a po transakcji nowi właściciele znaleźli się w konflikcie z mieszkającymi tam osobami.
Ale nie tamtą historią chcę się dzisiaj zajmować.
Chodzi o coś znacznie świeższego.
Niedawno w tzw. „tomaszowskiej telewizji” ukazała się rozmowa z Piotrem Kucharskim. Używam określenia „rozmowa” z pewną wyrozumiałością dla gatunku dziennikarskiego, ponieważ w klasycznym wywiadzie dziennikarz pyta. Dopytuje. Prosi o dokument. Konfrontuje. Czasem nawet – rzecz dziś najwyraźniej rewolucyjna – kontaktuje się z osobą, której dotyczą poważne oskarżenia.
Tutaj niczego takiego nie było.
Rozmówca mówił. Prowadzący przyjmował. Od czasu do czasu dokładał własny komentarz.
Taki trochę „Rashomon” po tomaszowsku, tylko bez wersji drugiej strony.
Nie otrzymałem wcześniej pytań. Nie poproszono mnie o stanowisko. Nie zapytano o dokumenty. Nie dano możliwości odniesienia się do zarzutów.
Janusz Pająk od dawna publikuje materiały bardzo krytyczne wobec mnie. Nie ukrywam również, że za jedną z przyczyn jego niechęci uważam zmianę polityki finansowania lokalnych mediów ze środków publicznych po zmianie władz powiatu. Sam opowiadałem się za ograniczeniem tego rodzaju wydatków. Jeżeli ktoś chce z tym polemizować – proszę bardzo. Od tego jest debata publiczna.
Ale nawet konflikt nie zwalnia dziennikarza z obowiązku zadawania pytań.
A przez piętnaście minut padło ich zatrważająco mało.
Za to innych rzeczy było aż nadto.
Kłamstwa nr 1 i 2. „Biznes” i „wielomilionowe dotacje”
Kucharski zaczyna od opowieści o mojej rzekomej działalności biznesowej i „wyciąganiu wielomilionowych dotacji”.
W jednym zdaniu mieszczą się dwie nieprawdy.
Do niedawna sam nie prowadziłem działalności gospodarczej, o której mówi Kucharski.
Jeszcze bardziej fantastycznie brzmią „wielomilionowe dotacje”.
Firma mojej rodziny nie dostaje milionowych dotacji, które następnie wkłada do kieszeni.
Mechanizm jest zupełnie inny.
Pomagamy między innymi osobom z niepełnosprawnościami w zakupie sprzętu, środków pomocniczych i artykułów medycznych. Dofinansowanie przysługuje beneficjentowi – osobie uprawnionej. Nie jest prezentem dla sklepu.
W wielu przypadkach robimy wręcz coś odwrotnego od tego, co sugeruje Kucharski: kredytujemy zakup osobie, która sama nie może wyłożyć całej kwoty, i czekamy na rozliczenie refundacji lub dofinansowania.
Tymczasem z opowieści radnego powstaje obraz przedsiębiorcy siedzącego przy rurze, którą płyną miliony publicznych złotych.
Efektowne.
Tylko nieprawdziwe.
Kłamstwa nr 3 i 4. Tajemnicza „osoba prywatna” i oszczercze e-maile
Chwilę później Kucharski stwierdza, że:
„osoba prywatna za jego namową zaczęła pisać na jego skrzynkę mailową oszczercze maile (…) rozsyłali to dalej”.
Chodzi – jak rozumiem – o wspomniane wcześniej małżeństwo z Ukrainy.
Ci ludzie zwrócili się do mnie z prośbą o zainteresowanie ich historią. Według ich relacji próbowali zainteresować sprawą również inne tomaszowskie media.
Otrzymałem dokumenty dotyczące zakupu nieruchomości, w tym akt notarialny.
Przesłałem dokument Arkadiuszowi Gajewskiemu z pytaniem, co o sprawie sądzi i czy chciałby ją skomentować.
To nie jest „namawianie do pisania oszczerczych maili”.
To jest wykonywanie podstawowej czynności dziennikarskiej: zbieranie materiału i pytanie innych osób o ocenę dokumentu.
Co zrobił później Gajewski ze swoją korespondencją? To już jego decyzja, nie moja.
Sprawa skończyła się w sądzie. Wyrok i uzasadnienie posiadam.
Zamiast więc budować po latach legendę o tajemniczej machinie e-mailowej, proponuję rzecz staromodną.
Przeczytać akta.
Kłamstwo nr 5. Tajemnicze „teczki organizacji”
Kucharski opowiada następnie, że jakiś sędzia „nie zgodził się na wgląd do teczek tej organizacji”, mając najwyraźniej na myśli tytuł prasowy NaszTomaszow.pl – Codzienna Gazeta Internetowa.
Nie znam akt postępowania, do którego się odnosi, więc nie będę udawał – w przeciwieństwie do mojego rozmówcy – że wiem więcej, niż rzeczywiście wiem.
Wiem natomiast jedno.
Tytuł prasowy jest zarejestrowany. Istnieje redaktor naczelny. Istnieje wydawca. Prawo prasowe jasno określa odpowiedzialność za publikowane materiały.
Nie jest to żadna podziemna drukarnia z „V jak Vendetta”, której redaktorzy działają w maskach Guya Fawkesa.
Kłamstwo nr 6. „Nie wiadomo, kto odpowiada za portal”
Kucharski mówi dalej:
„Firma rodzinna nie występuje, więc nie ma jak rozliczyć z tego, co redaktor robi”.
Nie jestem pewien, co dokładnie miał na myśli.
Jeżeli chciał zasugerować, że za materiały publikowane w NaszTomaszow.pl nikt prawnie nie odpowiada, to jest to zwyczajnie nieprawdziwe.
Prawo prasowe przewiduje odpowiedzialność autora, redaktora lub innej osoby, która spowodowała publikację, a odpowiedzialności tej nie wyłącza odpowiedzialność wydawcy. Redaktor naczelny odpowiada ponadto za treść przygotowywanych przez redakcję materiałów w granicach określonych prawem.
Redaktorem naczelnym jestem ja.
Podpisuję teksty swoim nazwiskiem.
Adres redakcji nie prowadzi do skrzynki kontaktowej na Kajmanach.
Trudno o sytuację bardziej przejrzystą.
Kłamstwa nr 7 i 8. „Nikt nie poszedł z nim do sądu, bo wszyscy się boją”
Następnie dowiadujemy się, że mieszkańcy Tomaszowa tak bardzo się mnie obawiają, że nikt nie chce mierzyć się ze mną w sądzie, ponieważ wszystkich ma paraliżować wizja mojej straszliwej zemsty.
Brzmi nieźle.
Trochę jak opis lokalnego Dona Corleone.
Problem polega na tym, że przez lata uczestniczyłem w wielu postępowaniach sądowych dotyczących publikacji prasowych.
Była między innymi sprawa Tomasza Zdonka. Były inne procesy.
Nie jest więc prawdą, że „nikt” z redakcją czy ze mną w sądzie się nie mierzył.
Co więcej – dokumenty sądowe istnieją.
Można je przeczytać.
I właśnie dlatego zamierzam je pokazywać.
Kłamstwo nr 9. Do sądu tylko dla milionerów
Według Kucharskiego poważną barierą mają być także gigantyczne koszty procesów. Padają sugestie o dziesiątkach tysięcy złotych.
Jeżeli mówimy na przykład o prywatnym akcie oskarżenia w sprawie karnej, zryczałtowana opłata wynosi obecnie 300 zł, a nie dziesiątki tysięcy. Oczywiście strona może dodatkowo wynająć pełnomocnika i ponosić inne wydatki, ale czym innym są potencjalne koszty całego postępowania, a czym innym tworzenie wrażenia, że samo przekroczenie progu sądu wymaga walizki banknotów.
Kłamstwo nr 10. „Kłamstwa ukrywane w felietonach”
Następnie Kucharski zarzuca mi, że publikuję kłamstwa w formie felietonów.
Tu trzeba przypomnieć rzecz elementarną.
Felieton jest gatunkiem publicystycznym. Zawiera oceny, interpretacje, ironię, przesadę, subiektywny osąd autora.
Nie oznacza to oczywiście, że felietonista może wymyślać fakty.
Nie może.
Ale nie można również domagać się „sprostowania” czyjejś opinii, bo komuś ta opinia nie odpowiada.
Prawo prasowe mówi o sprostowaniu „nieścisłej lub nieprawdziwej wiadomości”, a więc twierdzenia odnoszącego się do faktów.
Piotr Kucharski przesyłał mi kiedyś tekst nazwany sprostowaniem. Problem polegał na tym, że w istotnej części nie prostował konkretnej fałszywej informacji.
Chciał zastąpić moją ocenę swoją.
To nie to samo.
Kłamstwo nr 11. „Spryciarz zbudował firmę na członkach rodziny”
Kolejna perła:
„Ten spryciarz zbudował firmę na członkach rodziny”.
Nie.
Przed wejściem mocniej w życie publiczne prowadziłem działalność sam.
Później udziały zostały przekazane mojej żonie. Wspólnikiem była moja matka, która, przechodząc na emeryturę, przekazała swoje udziały wnukowi, czyli mojemu synowi.
Można uważać, że firma rodzinna jest czymś podejrzanym.
W takim razie należałoby podejrzewać pół polskiej gospodarki.
Ja natomiast wolę starą zasadę: zanim zasugerujesz przekręt, pokaż przekręt.
Samo nazwisko w rubryce „wspólnik” nim nie jest.
Kłamstwo nr 12. Redakcja na politycznej smyczy
Kucharski zarzuca również redakcji pracę na rzecz bliżej nieokreślonych „środowisk politycznych”.
Jakich?
Nie wiadomo.
To bardzo wygodna metoda.
Rzucić dymną granatę, ale nie powiedzieć, gdzie właściwie jest pożar.
Mam poglądy polityczne. Nigdy ich nie ukrywałem. Jestem niezwykle krytyczny zarówno wobec współczesnej lewicy, jak i wobec PiS. Nie należę do żadnej partii.
W samorządzie szczególnie drażni mnie zasada, według której zanim człowiek zabierze głos, najpierw powinien sprawdzić w telefonie, co na dany temat uważa centrala partyjna w Warszawie.
Jeżeli Kucharski zna partię, która steruje NaszTomaszow.pl – niech poda jej nazwę.
Chętnie się dowiem.
Kłamstwo nr 13. Seksafera, której podobno „nie było”
I tutaj przestaje być zabawnie.
Kucharski wraca do tzw. seksafery w Samoobronie i mówi:
„Wykreował, że tu dochodziło do aktów handlu ludźmi, później okazało się, że są to pomówienia”.
Nie wolno wrzucać do jednego worka różnych postępowań, różnych zarzutów i różnych osób.
Ale równie nieuczciwe jest opowiadanie po latach, że cała tzw. seksafera okazała się jakimś dziennikarskim wymysłem.
Nie okazała się.
W sprawach związanych z aferą zapadały wyroki. Jacek Popecki został prawomocnie skazany m.in. w sprawie podawania Anecie Krawczyk oksytocyny w celu wywołania przerwania ciąży.
W sprawie Stanisława Łyżwińskiego droga procesowa była wieloetapowa i część orzeczeń była później uchylana, dlatego właśnie trzeba mówić o niej precyzyjnie, a nie wygłaszać wygodne politycznie zdanie, że wszystko było „pomówieniem”.
Pierwsze teksty ujawniające aferę publikował w „Gazecie Wyborczej” Marcin Kącki. Europejski Trybunał Praw Człowieka później zajmował się nawet jedną ze spraw wynikłych z jego publikacji i stwierdził naruszenie wolności wypowiedzi dziennikarza.
Można spierać się o poszczególne publikacje.
Można analizować każde zdanie.
Ale nie wolno przepisywać historii tak, jakby gumka do mazania była narzędziem badawczym.
Kłamstwa nr 14 i 15. Pawilony, których nie budowaliśmy
Potem Kucharski zagląda do mojego oświadczenia majątkowego.
To akurat dobrze.
Oświadczenia radnych są jawne właśnie po to, aby każdy mógł je czytać.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy czytanie zostaje zastąpione fantazją.
Kucharski sugeruje, że na kupionej przez nas działce budowane były pawilony.
Nie były.
Kupiliśmy istniejący obiekt podczas sprzedaży majątku Polwinu.
Delikatnie mówiąc, nie był to Wersal.
Była to ruina wymagająca gruntownego remontu, który trwał około dwóch lat.
Można to sprawdzić.
Znowu: dokumenty, zdjęcia, daty.
Strasznie nudne rzeczy.
Szczególnie dla ludzi zakochanych w insynuacji.
Kłamstwa nr 16 i 17. Matysiak, Zarząd Powiatu i sklep
Kolejna historia Kucharskiego jest już właściwie gotowym scenariuszem filmu sensacyjnego.
Miałem podobno lobbować za tym, żeby Bartłomiej Matysiak został członkiem Zarządu Powiatu, aby następnie przejąć sklep, który przez lata rozwijał.
Piękna konstrukcja.
Problem w tym, że nie odpowiada rzeczywistemu przebiegowi wydarzeń.
Kandydatura Bartłomieja Matysiaka do Zarządu Powiatu była elementem decyzji politycznych podejmowanych przez Platformę Obywatelską.
Mnie również proponowano wejście do Zarządu Powiatu.
Odmówiłem.
Jeżeli więc plan polegał na tym, żebym najpierw odrzucił stanowisko w Zarządzie, następnie wprowadził tam kogoś innego, a potem – niczym bohater „Ocean's Eleven” – przejął jego sklep, to przyznaję:
scenariusz jest fascynujący.
Tylko logika trochę nie dojechała.
Kłamstwa nr 18 i 19. PCPR rozdaje pieniądze bez procedur
Kucharski przechodzi następnie do dofinansowań dla osób z niepełnosprawnościami i sugeruje, że PCPR przelewa pieniądze bez jasnych procedur oraz bez odpowiednich dyspozycji beneficjentów.
To bardzo poważne oskarżenie.
Dlatego nie powinno się go rzucać przed kamerą jak papierowej kulki.
PCPR realizuje dofinansowanie na podstawie dokumentacji składanej przez osobę uprawnioną, a wypłata następuje według zasad danego programu i danych wskazanych w dokumentach.
Jeżeli Piotr Kucharski uważa, że w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie dochodzi do wypłat niezgodnych z procedurami, powinien zrobić coś bardzo prostego:
wskazać konkretną sprawę.
Numer wniosku.
Datę.
Kwotę.
Naruszony przepis.
To są zarzuty, które można sprawdzić w dwie godziny.
O ile oczywiście chodzi o sprawdzenie.
A nie o efekt przed kamerą.
Kłamstwo nr 20. „Żona radnego musi mieć zgodę KRUS na działalność”
Na końcu Kucharski postanawia zająć się już nie mną, ale moją żoną.
To nie pierwszy raz.
Tym razem twierdzi, że przepisy wymagają od niej zgody przełożonego w KRUS na prowadzenie działalności gospodarczej.
I tu trzeba być bardzo precyzyjnym.
Pracownicy KRUS podlegają regulacjom dotyczącym pracowników urzędów państwowych. Art. 19 tej ustawy mówi, że urzędnik państwowy nie może bez zgody kierownika urzędu podejmować dodatkowego zatrudnienia. Przepis mówi również, że nie może wykonywać zajęć sprzecznych z obowiązkami ani takich, które mogłyby wywołać podejrzenie stronniczości lub interesowności.
To jednak nie jest to samo, co generalne twierdzenie: „każda działalność gospodarcza pracownika KRUS wymaga zgody przełożonego”.
W orzecznictwie pojęcie „dodatkowego zatrudnienia” odnoszone jest do pozostawania w kolejnym stosunku pracy; sama działalność gospodarcza nie jest automatycznie utożsamiana z takim zatrudnieniem, choć oczywiście może podlegać innym ograniczeniom, zwłaszcza gdy rodzi konflikt interesów.
Prawo bywa skomplikowane.
Dlatego przed napisaniem donosu warto je przeczytać.
Kłamstwo nr 21. „Wszyscy boją się Strzępka”
I na zakończenie pojawia się jeszcze jedna opowieść.
Według Kucharskiego dyrektorzy KRUS mieli wcześniej nie reagować, ponieważ obawiali się mojego ataku.
To już nawet nie jest informacja.
To czytanie cudzych myśli.
Skąd Piotr Kucharski wie, czego bali się dyrektorzy KRUS?
Rozmawiał z nimi?
Ma ich pisemne oświadczenia?
Powiedzieli mu: „nie podejmujemy czynności, ponieważ boimy się Mariusza Strzępka”?
Jeżeli tak – proszę je pokazać.
Jeżeli nie – mamy do czynienia z kolejną insynuacją przedstawioną widzom jak fakt.
I tak licznik zatrzymuje się na 21.
Piętnaście minut i 21 nieprawd
Piotr Kucharski nie musi mnie lubić. Może krytykować moje teksty, poglądy, działalność publiczną czy decyzje. Ja również nie jestem jego admiratorem.
Problem zaczyna się wtedy, gdy zamiast opinii pojawiają się nieprawdziwe informacje i insynuacje.
Jeszcze bardziej zastanawia postawa prowadzącego rozmowę. Nie pyta o źródła, dokumenty ani o stanowisko drugiej strony. Padają nazwiska i poważne zarzuty, ale nikt ich nie weryfikuje.
Dlatego kolejne publiczne twierdzenia dotyczące mnie, mojej rodziny czy działalności będę po prostu zestawiał z dokumentami, wyrokami i przepisami.
Krytyka jest czymś normalnym. Rozmijanie się z faktami — już nie.
Jeżeli w piętnaście minut można naliczyć 21 nieprawd i manipulacji, warto czasem zatrzymać nagranie i sprawdzić, co naprawdę się zgadza.




Napisz komentarz
Komentarze