Trzeba mieć naprawdę nielichą wyobraźnię, by z faktu doskonalenia znajomości języka angielskiego wyprowadzić wniosek o zbliżającej się nominacji ambasadorskiej. Oczywiście nie twierdzimy, że jest to niemożliwe. W Tomaszowie Mazowieckim rzeczywistość od dawna konkuruje z kabaretem, a lokalne życie polityczne potrafi dostarczyć scenariuszy, przy których twórcy „Alternatywy 4” mogliby poczuć się pozbawieni wyobraźni. Niemniej od podręcznika do angielskiego do fotela ambasadora droga jest nieco dłuższa niż od Urzędu Miasta do placu Kościuszki. I znacznie bardziej skomplikowana.
Nie wiemy, skąd redakcja TIT zaczerpnęła tę rewelację. Trudno jednak zakładać, że dziennikarze usiedli przy redakcyjnym stole i postanowili wymyślić prezydentowi karierę dyplomatyczną, aby urozmaicić jesienny numer gazety. Niewykluczone, że ktoś podzielił się z nimi własną interpretacją politycznych wydarzeń. Ktoś coś usłyszał, ktoś dopowiedział, ktoś połączył kropki, a tam, gdzie zabrakło kropek, domalował kilka następnych.
Tak właśnie rodzą się lokalne legendy polityczne. Najpierw jest szept, potem sugestia, następnie przeciek, aż wreszcie okazuje się, że człowiek, który zapisał się na kurs angielskiego, powinien już zamawiać wizytówki z napisem „His Excellency”.
From Tomaszów with love. Czyli Witko w służbie Jej Królewskiej Mości? Nie, jednak Rzeczypospolitej
Przyznajmy, że obrazek byłby malowniczy. Marcin Witko zamiast przecinać wstęgi podczas kolejnych miejskich uroczystości, wręczałby listy uwierzytelniające na zagranicznym dworze. Zamiast dyskutować z tomaszowskimi radnymi, prowadziłby rozmowy z przedstawicielami obcych rządów. Zamiast słuchać pretensji o stan miejskich chodników, zajmowałby się stosunkami bilateralnymi.
A może nawet zatęskniłby za tomaszowską polityką, kiedy okazałoby się, że w dyplomacji nie wypada przerywać rozmówcy ani odpowiadać na każde nieprzyjemne pytanie konferencją prasową.
Zostawmy jednak na chwilę literacką fantazję i zajrzyjmy do przepisów. Art. 39 ustawy z 21 stycznia 2021 roku o służbie zagranicznej wskazuje, że ambasadora mianuje Prezydent RP na wniosek ministra spraw zagranicznych, zaakceptowany przez Prezesa Rady Ministrów. Dochodzi do tego opiniowanie kandydatury oraz procedury dyplomatyczne związane z państwem przyjmującym.
Nie wystarczy więc nauczyć się czasów Present Perfect i Past Continuous. Trzeba jeszcze przejść przez polityczne i urzędowe sito, którego oczka bywają znacznie ciaśniejsze niż te w tomaszowskich samorządowych układankach.
Owszem, ambasadorem można zostać bez wieloletniej kariery w MSZ. Polskie prawo dopuszcza powoływanie osób spoza zawodowej służby zagranicznej. Z tego jednak nie wynika, że każdy samorządowiec z ambicjami i kursem językowym w kalendarzu staje się automatycznie kandydatem do reprezentowania Rzeczypospolitej.
Angielski językiem podejrzeń
Najbardziej urzekający jest w całej tej historii argument językowy. Jeśli rzeczywiście nauka angielskiego ma być przesłanką przemawiającą za przyszłą nominacją Witki, to strach pomyśleć, jakie wnioski można byłoby wyciągnąć z innych codziennych zajęć naszych samorządowców.
Radny kupujący atlas geograficzny może przecież przygotowywać się do kierowania Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Urzędnik uczęszczający na basen być może zamierza objąć dowództwo nad Marynarką Wojenną. A ktoś, kto nabył książkę o historii Francji, niemal na pewno rozpoczął starania o ambasadę w Paryżu.
Zresztą nauka języków obcych przez osoby pełniące funkcje publiczne powinna być raczej powodem do uznania niż sensacji. W czasach międzynarodowej współpracy samorządów, europejskich programów finansowych i kontaktów z zagranicznymi inwestorami znajomość angielskiego jest po prostu przydatna.
Zaskakujące byłoby raczej to, gdyby prezydent miasta uznał, że języki obce są mu całkowicie niepotrzebne.
Czy ktoś chciałby wysłać Witkę jak najdalej od Tomaszowa?
Naturalnie taka plotka otwiera pole do znacznie ciekawszych spekulacji. Czy jej źródłem mogła być czyjaś polityczna fantazja? Czy ktoś rzeczywiście uważa, że eleganckim sposobem na zakończenie lokalnych sporów byłoby przeniesienie prezydenta na zagraniczną placówkę?
Nie mamy żadnych dowodów, by podobny plan istniał. Samo pytanie brzmi jednak dostatecznie zabawnie, by wyobrazić sobie politycznych przeciwników Marcina Witki pochylonych nad mapą Europy i zastanawiających się, w którym kraju ich dotychczasowy konkurent mógłby najlepiej realizować swoje talenty.
Szczególnie że Witko, niezależnie od ocen jego działalności, pozostaje postacią doskonale rozpoznawalną w tomaszowskiej polityce. Ma swoich zwolenników, ma przeciwników, a polityczne emocje wokół jego osoby nie wygasają. W marcu 2026 roku został powołany do Rady do spraw Samorządu Terytorialnego przy Prezydencie RP, natomiast w sierpniu TIT informował o jego zaangażowaniu w stowarzyszenie Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego. To realne elementy politycznego życiorysu, ale żaden z nich nie jest dowodem przygotowań do objęcia ambasady.
W tomaszowskim samorządzie przywykliśmy już zresztą do sytuacji, w których polityczna wyobraźnia potrafi zastępować zdrowy rozsądek. Wystarczy przypomnieć kontrowersje wokół aktywności radnego Piotra Kucharskiego. Teraz do katalogu lokalnych osobliwości możemy, przynajmniej na poziomie medialnych spekulacji, dopisać historię o prezydencie wybierającym się do dyplomacji.
Być może za kilka tygodni dowiemy się, że ktoś rozpoczął naukę włoskiego. Wtedy pozostanie tylko pytanie, czy chodzi o wakacje nad Adriatykiem, czy o przejęcie obowiązków polskiego ambasadora w Rzymie.
Ambasador czy prezydent? Najpierw przydałoby się jakieś potwierdzenie
W całej sprawie zabrakło dotąd najważniejszego elementu: wiarygodnego potwierdzenia, że Marcin Witko rzeczywiście jest rozważany jako kandydat na ambasadora. Nie znamy państwa, do którego miałby zostać skierowany, nie znamy żadnej decyzji MSZ ani oficjalnej informacji o rozpoczęciu procedury nominacyjnej.
Pozostaje więc historia, która dobrze nadaje się do rozmów przy kawie, gorzej natomiast do traktowania jej jak politycznego faktu.
A może to po prostu kolejna odsłona lokalnej gry w polityczne szachy? Tyle że szachownica została rozciągnięta na całą Europę, a jednego z najważniejszych graczy ktoś postanowił przesunąć daleko poza granice Tomaszowa.
W klasycznym filmie „Wag the Dog”, znanym w Polsce jako „Fakty i akty”, polityczna rzeczywistość zostaje zastąpiona starannie przygotowanym widowiskiem. Tomaszowska wersja, przynajmniej na razie, jest znacznie skromniejsza. Wystarczą lekcje angielskiego, anonimowe przypuszczenia i odrobina wyobraźni.
Nie wiadomo, czy Marcin Witko zostanie ambasadorem. Wiadomo natomiast, że nauka angielskiego jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Nawet prezydentowi Tomaszowa Mazowieckiego.
A gdyby mimo wszystko sensacyjny scenariusz się urzeczywistnił, pozostaje życzyć prezydentowi powodzenia. Na początek można zaproponować jedno zdanie do przećwiczenia:
„I'm sorry, there must have been some misunderstanding”.
Czyli po polsku: „Przepraszam, musiało zajść jakieś nieporozumienie”.
Zdanie niezwykle użyteczne. Zarówno w dyplomacji, jak i w tomaszowskiej polityce.



Napisz komentarz
Komentarze