Nasz artykuł w dużym skrócie
- Melancholijne i orkiestrowe arcydzieło – Album „All the Wars” (2012) to jedno z najbardziej poruszających dzieł w dorobku brytyjskiej formacji The Pineapple Thief. Bruce Soord połączył rock progresywny i alternatywny z potężnym, monumentalnym brzmieniem 22-osobowej sekcji smyczkowej.
- Wojny bez udziału armii – Warstwa liryczna krążka nie odnosi się do konfliktów militarnych. Dziewięć misternie utkanych kompozycji opowiada o bolesnych, wewnętrznych starciach pomiędzy najbliższymi ludźmi, utraconych więziach oraz trudnej akceptacji przemijania.
- Filary tracklisty – Do najważniejszych i najbardziej reprezentatywnych utworów na płycie bez wątpienia należą kompozycje: „All the Wars”, „Burning Pieces”, „Last Man Standing”, „Give It Back”, „Someone Pull Me Out” oraz wielowymiarowe „Reaching Out”.
- Znakomity odbiór w prasie muzycznej – Recenzenci z wiodących magazynów branżowych nie szczędzili pochwał. Emma Johnston z „Classic Rock” określiła album jako szczyt możliwości grupy, Grant Moon z „Prog” wyróżnił jego dojrzałość, a Jerry Ewing z „Metal Hammer” zachwycał się produkcją. Z kolei Mark Hughes z serwisu DPRP wystawił wysoką notę 8/10.
- Ocena redakcyjna: 9/10 – Wyjątkowo spójna, głęboka i emocjonalnie przekonująca pozycja. Choć słychać na niej pewne stylistyczne zapożyczenia z klasyki gatunku, broni się jako autonomiczna, poruszająca opowieść.
- Najważniejsze przesłanie – Artykuł skłania do gorzkiej refleksji: w codziennych, domowych bataliach można wygrać każdy spór, tracąc jednocześnie ukochaną osobę. Czasami to nie triumf w kłótni, lecz odwaga do zawieszenia broni i zakończenia wojny jest miarą prawdziwego bohaterstwa.
The Pineapple Thief i wszystkie wojny Bruce'a Soorda
Kiedy The Pineapple Thief wydali „All the Wars” 3 września 2012 roku nakładem Kscope, byli już zespołem o wyraźnej artystycznej osobowości. Ich historia rozpoczęła się w 1999 roku od autorskiego projektu Bruce'a Soorda, gitarzysty, wokalisty i kompozytora, który próbował połączyć tradycję rocka progresywnego z emocjonalną bezpośredniością muzyki alternatywnej. Kolejne albumy, między innymi „Little Man”, „What We Have Sown”, „Tightly Unwound” i „Someone Here Is Missing”, stopniowo rozwijały tę estetykę. Szczególnie ostatni z wymienionych przyniósł mocniejsze gitary, bardziej wyraziste refreny i większe zainteresowanie elektroniką. „All the Wars”, dziewiąty album studyjny The Pineapple Thief, nie był więc nagłym zwrotem, lecz rezultatem wieloletniego dojrzewania. Dziewięć kompozycji, trwających łącznie około 45 minut, stworzyło dzieło stosunkowo zwarte, melodyjne, lecz niezwykle wymagające emocjonalnie.
Tytuł mógłby sugerować polityczny manifest albo antywojenny koncept album. Tymczasem Soord zainteresował się konfliktami znacznie bardziej intymnymi. W rozmowie przywołanej przez magazyn „Prog” wyjaśniał, że chodzi o spory z ludźmi, których kochamy, i świadomość, jak absurdalne mogą wydawać się po latach. Szczególnie wtedy, kiedy śmierć uniemożliwia pojednanie. To temat bliski literaturze Kazuo Ishiguro, zwłaszcza „Okruchom dnia”, gdzie bohater dopiero u kresu życia zaczyna rozumieć emocjonalną cenę własnych przemilczeń. Soord nie potrzebuje wielkiej filozoficznej konstrukcji, aby opowiedzieć o podobnym doświadczeniu. Wystarczają mu delikatny głos, melancholijna melodia i świadomość, że nie wszystko można naprawić. „All the Wars” jest albumem o stracie, przemijaniu, poczuciu winy i konfliktach między najbliższymi ludźmi, a nie o wojnach prowadzonych przez państwa.
Ważnym elementem wydawnictwa stały się aranżacje 22-osobowej sekcji smyczkowej nagranej w Pradze, przygotowane przez Andrew Skeeta. Muzycy wykorzystali również partie chóralne, a realizacja materiału obejmowała pracę w słynnych Real World Studios Petera Gabriela. Orkiestra nie pełni tutaj funkcji dekoracyjnej. Nie jest też próbą nadania zwyczajnym rockowym piosenkom sztucznej monumentalności. Smyczki stają się dodatkowym narratorem, niekiedy potęgując napięcie, innym razem nadając muzyce niezwykłą kruchość. Właśnie dzięki nim brzmienie „All the Wars” zyskuje przestrzeń, która odróżnia album od wcześniejszych nagrań zespołu. Nie oznacza to jednak całkowitego zerwania z tradycją. Nadal słychać inspiracje Porcupine Tree, Radiohead, Anathemy czy Smashing Pumpkins, ale coraz bardziej przekonująco zostają podporządkowane osobowości Soorda.
„Burning Pieces”, „Warm Seas” i „Last Man Standing”. Melancholia w cieniu gitar
Album otwiera „Burning Pieces”, kompozycja łącząca mocny gitarowy rytm z charakterystyczną melodyjnością Bruce'a Soorda. Początkowa powściągliwość stopniowo ustępuje miejsca gitarowej intensywności, ale nie mamy do czynienia z tradycyjnym hard rockiem. Riffy przypominają chwilami Smashing Pumpkins, natomiast sposób prowadzenia melodii przywołuje Thoma Yorke'a. Różnica polega na emocjonalnej perspektywie. Yorke często śpiewa jak człowiek zagubiony w świecie, którego nie potrafi zrozumieć. Soord sprawia wrażenie kogoś, kto własną sytuację rozumie aż nazbyt dobrze, lecz nie wie, jak ją zmienić. Jerry Ewing z „Metal Hammer” dostrzegł właśnie pokrewieństwo gitarowego charakteru utworu ze Smashing Pumpkins, podkreślając jednocześnie wyjątkową jakość brzmienia całej płyty. „Burning Pieces” znakomicie zapowiada album, w którym ciężar gitar nie oznacza triumfu, lecz emocjonalne napięcie.
„Warm Seas” rozwija spokojniejszą stronę muzyki. Tytuł może przywoływać obraz słonecznej plaży, jednak kompozycja nie jest pocztówkowym pejzażem. Delikatność wokalu nieustannie zderza się z gitarową dynamiką, tworząc wrażenie morza, którego powierzchnia pozostaje spokojna, chociaż pod nią trwa nieustanny ruch. W prozie Virginii Woolf podobne obrazy wielokrotnie symbolizowały przemijanie i zmienność ludzkiej świadomości. U Soorda możemy odnaleźć analogiczne napięcie. Muzyka pozwala na chwilę odpoczynku, ale nigdy całkowicie nie usuwa niepokoju. To ważna cecha rocka progresywnego The Pineapple Thief, który nie potrzebuje skomplikowanych zmian metrum, aby stworzyć psychologicznie sugestywną opowieść.
Jeszcze bardziej przejmujący jest „Last Man Standing”, którego tytuł przywołuje obraz ostatniego człowieka ocalałego po bitwie. W świecie Soorda ruiny nie muszą jednak powstawać z gruzów domów. Mogą składać się z niewypowiedzianych przeprosin, zerwanych relacji i wspomnień, do których nie chcemy wracać. Muzycznie kompozycja rozwija się stopniowo, wykorzystując kontrast pomiędzy wokalem a narastającym instrumentalnym napięciem. Słychać tutaj pokrewieństwo z Porcupine Tree i Oceansize, lecz The Pineapple Thief pozostają bardziej zainteresowani melodyjną piosenką niż samym eksperymentem. Tytułowy ostatni ocalały może być człowiekiem, który wygrał spór, ale utracił kogoś bliskiego. To wyjątkowo gorzka ironia życia: potrafimy udowodnić własną rację, doprowadzić przeciwnika do kapitulacji, a następnie odkryć, że zwycięstwo pozostawiło nas samych.
„All the Wars”. Najważniejsze wojny rozgrywają się w ludzkim sercu
Tytułowy „All the Wars” jest emocjonalnym centrum albumu. Trwa niespełna cztery minuty, a jednak zawiera więcej dramatycznej prawdy niż niejeden monumentalny progrockowy epos. To niemal kameralna kompozycja, oparta na gitarze akustycznej, fortepianie i delikatnych smyczkach. Nie ma tutaj instrumentalnych fajerwerków ani wielkiej chóralnej kulminacji. Muzyka rozwija się tak, jakby nie chciała zakłócić ostatniej rozmowy. Soord wyjaśniał, że podczas pisania wyobrażał sobie siebie na łożu śmierci, wspominającego konflikty z ludźmi, których kochał. Grant Moon z magazynu „Prog” przywołał tę historię w recenzji opublikowanej w sierpniu 2012 roku. To prosty, ale przejmujący punkt wyjścia. Gdy patrzymy na życie z perspektywy jego końca, wiele dawnych zwycięstw traci znaczenie. Kłótnie, podczas których broniliśmy rzekomo fundamentalnych zasad, okazują się często świadectwem pychy. Słowa wypowiedziane w gniewie pozostają, chociaż przyczyna sporu dawno została zapomniana.
Nie sposób nie przywołać tutaj „Śmierci Iwana Iljicza” Lwa Tołstoja. Jej bohater dopiero wobec własnego umierania odkrywa pustkę społecznych rytuałów, którym podporządkował życie. Sukces, kariera i pozory szacunku okazują się bezsilne wobec pytania o autentyczność istnienia. Soord podejmuje podobny temat bez literackiego rozmachu. Wystarczają mu ciepły, lekko zmęczony głos oraz melodia przypominająca spóźnione wyznanie. Można odnaleźć tutaj coś z intymności Nicka Drake'a, szczególnie z jego zdolności tworzenia emocjonalnej intensywności bez patosu. „All the Wars” nie próbuje wymusić wzruszenia. Pozwala słuchaczowi samodzielnie przypomnieć sobie ludzi, z którymi walczył o rzeczy niemające dzisiaj żadnego znaczenia. I właśnie dlatego jest tak poruszający.
„Build a World” i „Give It Back”. Budować świat, a później patrzeć, jak się rozpada
„Build a World” opiera się na powracającym gitarowym motywie i stopniowo rozwijanej aranżacji. Wokal Soorda pozostaje powściągliwy, podczas gdy instrumenty coraz wyraźniej przejmują rolę emocjonalnego narratora. Smyczki potęgują wrażenie świata, który jest jednocześnie budowany i poddawany próbie. Tytuł można odczytać jako metaforę relacji między ludźmi. Każda bliskość stanowi przecież rodzaj wspólnego tworzenia rzeczywistości. Powstają prywatne rytuały, wspomnienia, miejsca i słowa zrozumiałe tylko dla dwojga ludzi. Kiedy relacja się rozpada, znika coś znacznie większego niż sam związek. Rozpada się świat, którego inni nigdy w pełni nie poznali. Milan Kundera w „Nieznośnej lekkości bytu” pokazywał, jak trudne bywają zależności pomiędzy miłością, wolnością i odpowiedzialnością. Soord dotyka podobnych problemów, ale zamiast filozoficznego eseju proponuje melodyjną, niepokojącą kompozycję.
„Give It Back” jest jednym z najbardziej dynamicznych utworów wydawnictwa. Siedmiominutowa konstrukcja pozwala muzykom na rozwinięcie gitarowej energii, zmian rytmicznych i powracających motywów, tworzących atmosferę narastającej desperacji. Właśnie tutaj szczególnie wyraźnie słychać związki z Porcupine Tree. Bruce Soord, podobnie jak Steven Wilson, rozumie, że ciężki riff może stanowić obraz psychicznego napięcia, frustracji i utraty kontroli. Istnieje jednak istotna różnica. Wilson często konstruuje muzykę z architektoniczną precyzją, podczas gdy Soord wydaje się bardziej zainteresowany emocjonalną naturalnością. Pozwala niektórym frazom powracać jak natrętnym myślom, których człowiek nie potrafi się pozbyć. Mark Hughes z Dutch Progressive Rock Page docenił wielowarstwową aranżację, narastające napięcie i gwałtowny finał „Give It Back”. To znakomity utwór, choć chwilami instrumentalna intensywność zaczyna dominować nad melodią. Być może jednak właśnie taki powinien być muzyczny obraz próby odzyskania czegoś, czego oddać się już nie da.
„Someone Pull Me Out” i „One More Step Away”. Samotność nie potrzebuje orkiestry
„Someone Pull Me Out” należy do najbardziej subtelnych i poruszających kompozycji albumu. W przeciwieństwie do gitarowego „Give It Back” opiera się na oszczędnej aranżacji, delikatnych harmoniach i atmosferze narastającego wyobcowania. Sam tytuł – „Niech ktoś mnie wyciągnie” – sugeruje człowieka uwięzionego w sytuacji, z której nie potrafi wydostać się o własnych siłach. Może to być relacja, wspomnienie, poczucie winy albo emocjonalny stan, którego nie sposób przezwyciężyć prostą decyzją. Muzyka przywołuje melancholijne Radiohead i najbardziej kameralne fragmenty Anathemy. Soord nie śpiewa jak człowiek wygłaszający wielką skargę przeciwko światu. Przypomina kogoś, kto od dawna próbuje poprosić o pomoc, lecz za każdym razem brakuje mu odwagi. Mark Hughes z DPRP wyróżnił tę kompozycję, podkreślając jej subtelność i atmosferę. To jeden z tych momentów, w których The Pineapple Thief osiągają emocjonalną siłę właśnie dzięki rezygnacji z rozbudowanych środków.
Podobnie działa „One More Step Away”, najkrótszy utwór na płycie. Jest melodyjny, niemal balladowy, lecz zachowuje charakterystyczne napięcie pomiędzy pięknem a smutkiem. Tytuł można potraktować jako obraz stopniowego oddalania się ludzi, którzy kiedyś byli sobie bliscy. Nie zawsze dochodzi do dramatycznego rozstania. Czasami relacja kończy się powoli, poprzez coraz rzadsze rozmowy, niezadawane pytania i codzienne zaniechania. Pewnego dnia odkrywamy, że człowiek, z którym dzieliliśmy życie, stał się niemal obcy. To przypomina „Sceny z życia małżeńskiego” Ingmara Bergmana, gdzie dramat intymnej relacji rodzi się nie tylko z pojedynczych wydarzeń, ale z całego szeregu przemilczeń i emocjonalnych błędów. Soord jest mniej bezlitosny niż Bergman, lecz dotyka podobnej prawdy: bliskość nie zawsze znika w wyniku wielkiej katastrofy. Niekiedy wystarczy, że każdego dnia wykonamy jeden mały krok w przeciwną stronę.
„Reaching Out”. Dziesięć minut, w których orkiestra próbuje ocalić człowieka
Album zamyka „Reaching Out”, niemal dziesięciominutowa kompozycja stanowiąca największe instrumentalne przedsięwzięcie całego wydawnictwa. To tutaj praska sekcja smyczkowa i chór otrzymują możliwość pełnego rozwinięcia dramatycznej funkcji. Utwór rozpoczyna się spokojnie, a następnie stopniowo nabiera rozmachu. Kolejne warstwy instrumentalne pojawiają się z dużą konsekwencją, prowadząc ku potężnemu finałowi. W klasycznym rocku progresywnym podobne zakończenia stanowiły niemal obowiązkowy element wielkich albumów. Wystarczy przypomnieć „Supper's Ready” Genesis czy „Starless” King Crimson. The Pineapple Thief nie próbują jednak naśladować ich konstrukcji. „Reaching Out” jest znacznie bliższy współczesnemu post-rockowi i symfonicznie zaaranżowanej muzyce alternatywnej. Ważniejsza od instrumentalnej wirtuozerii pozostaje dynamika emocjonalna.
Smyczki w „Reaching Out” nie są ozdobnikiem. Stanowią integralną część opowieści. Kiedy rozpoczyna się finałowe narastanie, muzyka przypomina człowieka próbującego wypowiedzieć wszystko, na co wcześniej brakowało mu odwagi. Gitara, perkusja i orkiestra wspólnie budują poczucie ogromnego emocjonalnego wysiłku. Grant Moon z „Prog” szczególnie wysoko ocenił zakończenie albumu, doceniając połączenie smyczków, chóru i rockowej energii. Mark Hughes z Dutch Progressive Rock Page, który przyznał całemu wydawnictwu 8/10, uznał „Reaching Out” za najważniejszy progresywny punkt płyty. Ale najbardziej interesujące pozostaje znaczenie tytułu. Można go rozumieć jako próbę wyciągnięcia ręki do drugiego człowieka. Po wszystkich konfliktach, utraconych relacjach i chwilach samotności pojawia się możliwość działania. Być może nie jest jeszcze za późno. Być może można wykonać gest, który przerwie milczenie. To nie jest jednoznacznie szczęśliwe zakończenie, ale pozwala uwierzyć, że nawet najdłuższa wojna może skończyć się w chwili, kiedy ktoś przestanie traktować pojednanie jak oznakę słabości.
Krytycy o „All the Wars”. Dojrzałość ważniejsza niż muzyczna rewolucja
Recenzje „All the Wars” w prasie rockowej były w większości bardzo przychylne, choć krytycy różnili się w ocenie artystycznego przełomu. Emma Johnston z „Classic Rock” uznała album za jedno z najpełniejszych osiągnięć grupy, zwracając uwagę na wykorzystanie orkiestry i emocjonalny charakter kompozycji. Napisała: „The sound of a band reaching the height of their powers”, czyli „Brzmienie zespołu osiągającego szczyt swoich możliwości”. Grant Moon z magazynu „Prog” określił wydawnictwo jako „An elegant, sophisticated work” – „Eleganckie, wyrafinowane dzieło”. Docenił dojrzałość aranżacji, atmosferę i rolę smyczków, zauważając jednocześnie, że nie jest to radykalne zerwanie z wcześniejszą twórczością zespołu.
Jeszcze bardziej entuzjastyczny był Jerry Ewing z „Metal Hammer”, który napisał: „Now they've really delivered the goods” – „Teraz naprawdę pokazali, na co ich stać”. Podkreślił zarówno mocniejszą stronę albumu, jak i jakość produkcji. Mark Hughes z Dutch Progressive Rock Page wystawił 8/10, wskazując, że kolejne odsłuchy pozwalają odkrywać subtelności ukryte pod gitarowymi riffami. Bardziej powściągliwy autor serwisu Sputnikmusic, publikujący jako Greg84, ocenił wydawnictwo na 3,5/5, uznając je za bardzo udany, choć mniej nowatorski album niż „Someone Here Is Missing”.
W moim przekonaniu „All the Wars” nie jest dziełem rewolucyjnym, lecz triumfem kompozycyjnej dojrzałości. Soord nie musi już udowadniać, że potrafi pisać długie utwory i łączyć ciężkie gitary z delikatnym wokalem. Wybiera środki podporządkowane emocjonalnej treści. Nie oznacza to całkowitej doskonałości. Część kompozycji opiera się na podobnym schemacie: spokojny początek, narastające napięcie i mocniejszy finał. Nie wszystkie refreny są równie zapadające w pamięć, a produkcja chwilami wydaje się zbyt starannie wygładzona. W porównaniu z bardziej eksperymentalnym Radiohead czy Stevenem Wilsonem muzyka Soorda pozostaje bezpieczniejsza. Ale posiada coś, czego nie sposób zastąpić techniczną wirtuozerią: emocjonalną wiarygodność.
Zamiast zakończenia. Wszystkie wojny, które mogliśmy zakończyć jednym słowem
W „Okruchach dnia” Kazuo Ishiguro przedstawia człowieka, który poświęcił życie obowiązkowi, dyscyplinie i przekonaniu, że emocje należy podporządkować rozsądkowi. Dopiero po latach odkrywa, że najważniejsze rzeczy wydarzały się obok niego, niemal niezauważone. Nie było wielkiej katastrofy ani dramatycznego momentu, który można wskazać jako początek końca. Był jedynie ciąg drobnych decyzji, przemilczeń i zaniechań. „All the Wars” Bruce'a Soorda jest muzycznym odpowiednikiem podobnego doświadczenia. Nie opowiada o wojnach, które można zakończyć podpisaniem traktatu. Mówi o konfliktach, których często nawet nie potrafimy nazwać, choć każdego dnia pozostawiają nowe rany. O słowach wypowiedzianych zbyt szybko i przeprosinach, na które zabrakło odwagi. O bliskości traconej nie wskutek wielkiego dramatu, ale poprzez powolne oddalanie się ludzi, którzy kiedyś byli sobie wszystkim.
Jest w tym albumie coś szczególnie uczciwego. Soord nie udaje filozofa posiadającego receptę na ludzkie cierpienie. Nie próbuje również zamieniać własnych emocji w teatralne widowisko. Śpiewa spokojnie, chwilami niemal nieśmiało, pozwalając gitarom i smyczkom mówić wtedy, kiedy słowa okazują się niewystarczające. Właśnie dlatego tak znakomicie sprawdza się obecność orkiestry. Smyczki nie przedstawiają triumfu ani katastrofy. Nadają emocjom rozmach, którego nie posiadają podczas zwyczajnej rozmowy. Jakby każda drobna kłótnia, każde przemilczane wyznanie i każdy niespełniony zamiar posiadały własną ukrytą symfonię.
Nie nazwałbym „All the Wars” The Pineapple Thief albumem doskonałym. Nie wszystkie utwory posiadają jednakową siłę, część rozwiązań przypomina Porcupine Tree i Smashing Pumpkins, a niektóre melodie mogłyby być bardziej wyraziste. Ale właśnie dzięki powściągliwości i emocjonalnej szczerości płyta nie zamienia się w sentymentalne widowisko. Jej wartość ujawnia się stopniowo, podczas kolejnych powrotów. To również ważny etap historii grupy, poprzedzający „Magnolia” z 2014 roku oraz „Your Wilderness” z 2016 roku, nagrany już z udziałem Gavina Harrisona. „All the Wars” dowodzi, że The Pineapple Thief byli dojrzałym i fascynującym zespołem jeszcze przed rozpoczęciem współpracy z legendarnym perkusistą Porcupine Tree.
Największe wojny nie zawsze kończą się zwycięstwem jednej ze stron. Czasami dobiegają końca dopiero wtedy, kiedy obie rozumieją, że nie było o co walczyć. Może właśnie dlatego muzyka Soorda jest tak przejmująca. Przypomina, że życie nie zawsze daje nam możliwość zawarcia pokoju. Czasami pozostają tylko wspomnienia i świadomość, że pewnych słów nie zdążymy już wypowiedzieć.
A muzyka, jeśli jest naprawdę dobra, potrafi powiedzieć za nas wszystko, na co zabrakło odwagi.
Ocena końcowa: 9/10
„All the Wars” to jeden z najważniejszych albumów The Pineapple Thief z okresu poprzedzającego współpracę z Gavinem Harrisonem. Dziewięć kompozycji łączy rock progresywny, rock alternatywny, melancholijne ballady i symfoniczne aranżacje smyczkowe. Największymi atutami są „Burning Pieces”, „Warm Seas”, „Last Man Standing”, „All the Wars”, „Give It Back”, „Someone Pull Me Out” i „Reaching Out”, przejmujący wokal Bruce'a Soorda, przestrzenna produkcja oraz emocjonalna spójność materiału. Najważniejszą słabością pozostaje pewna przewidywalność aranżacji i czytelne inspiracje Porcupine Tree, Radiohead i Smashing Pumpkins.
Werdykt: To album nie tyle odkrywający nowe muzyczne światy, ile pokazujący, że współczesny rock progresywny może być głęboko poruszający bez nadmiernej komplikacji. Bruce Soord stworzył opowieść o miłości, stracie i konfliktach, których konsekwencje często rozumiemy dopiero wtedy, kiedy nie można już niczego naprawić.
The Pineapple Thief – „All the Wars” (Kscope, 2012). Dziewięć utworów, około 45 minut. Przywołane opinie krytyków pochodzą z „Classic Rock”, „Prog”, „Metal Hammer”, Dutch Progressive Rock Page i Sputnikmusic. Cytaty zachowano w oryginale, a tłumaczenia i analogie literackie stanowią komentarz redakcyjny.



Napisz komentarz
Komentarze