Po „London Calling” wszystko było możliwe. Nawet przesada
Kiedy The Clash wydali „London Calling” w 1979 roku, niemal całkowicie zmienili definicję punk rocka. Zamiast ograniczać się do trzech akordów i gwałtownej ekspresji, otworzyli swoją muzykę na reggae, ska, rockabilly, soul i rhythm and blues. Joe Strummer, Mick Jones, Paul Simonon i Topper Headon udowodnili, że punk nie musi być gatunkiem o sztywnych granicach. Może być sposobem myślenia, postawą wobec świata, która odrzuca narzucone reguły nawet wtedy, gdy stworzyli je sami punkowcy. Sukces „London Calling” postawił jednak muzyków przed niezwykle trudnym zadaniem. Jak nagrać następcę albumu uznawanego za jedno z najwybitniejszych osiągnięć rocka? Można było powtórzyć sprawdzoną formułę, wykorzystać rosnącą popularność i przygotować kolejny zestaw przebojów. The Clash wybrali drogę zupełnie inną. Zamiast udoskonalić własny styl, postanowili właściwie go rozmontować.
„Sandinista!”, czwarty album studyjny The Clash, ukazał się 12 grudnia 1980 roku. Oryginalne wydanie obejmowało trzy winyle, 36 utworów i około 144 minut muzyki. Nagrania powstawały między innymi w Nowym Jorku, Londynie i na Jamajce, przy udziale licznych współpracowników, wśród których szczególnie ważną rolę odegrał jamajski producent i muzyk Mikey Dread. Już sama objętość wydawnictwa stanowiła prowokację. Potrójne albumy nie były wprawdzie nowością, ale tak ogromny zestaw stylistycznie różnorodnych nagrań przygotowany przez zespół wywodzący się z punkowej rewolty pozostawał przedsięwzięciem wyjątkowym. Co więcej, muzycy zadbali, aby brytyjskie wydanie kosztowało zaledwie 5,99 funta. Ograniczenie własnych tantiem pomogło utrzymać tę cenę. Polityczna deklaracja nie kończyła się więc na słowach. The Clash chcieli, aby ich muzyka była dostępna również dla tych, którzy nie mogli pozwolić sobie na drogie kolekcjonerskie wydawnictwa.
Tytuł „Sandinista!” nawiązuje do rewolucji sandinistowskiej w Nikaragui, która w 1979 roku doprowadziła do obalenia dyktatury Anastasia Somozy. Dla części zachodniej lewicy wydarzenia te symbolizowały zwycięstwo nad autorytaryzmem i polityką amerykańskich wpływów w Ameryce Łacińskiej. Strummer patrzył na świat z perspektywy antyimperialistycznej, choć późniejsza historia Nikaragui pokazała, że również ruchy wywodzące się z rewolucji mogą budować systemy autorytarne. Trzeba więc odróżnić polityczne nadzieje muzyków od historycznej oceny ich urzeczywistnienia. Sam album wykracza zresztą daleko poza jeden konflikt. Opowiada o wojnie, ubóstwie, bezrobociu, konsumpcjonizmie, przemocy państwa i losie ludzi pozostających poza centrum oficjalnych narracji. Przypomina wielką reporterską powieść Johna Dos Passosa, w której prywatne biografie nieustannie przecinają się z historią polityki i gospodarki.
„The Magnificent Seven”. Rewolucja odkrywa, że potrafi tańczyć
Pierwsza kompozycja jest jednym z najbardziej zaskakujących otwarć w historii rocka. „The Magnificent Seven” nie rozpoczyna się gitarowym wybuchem, lecz funkowym rytmem, niezwykle ruchliwą linią basu i półśpiewanym, półrapowanym tekstem dotyczącym człowieka podporządkowanego pracy i konsumpcji. Bohater wstaje rano, jedzie do pracy, wykonuje powtarzalne czynności, kupuje kolejne przedmioty, a następnego dnia rozpoczyna wszystko od początku. Muzycznie bliżej tutaj do nowojorskiego hip-hopu niż do „White Riot”. The Clash zetknęli się z rodzącą się kulturą rapu podczas pobytu w Nowym Jorku i postanowili wykorzystać jej rytmiczny język. Strummer nie był raperem w późniejszym znaczeniu tego słowa. Jego interpretacja jest chropowata, chaotyczna i chwilami przypomina człowieka próbującego opowiedzieć historię kapitalizmu podczas jednej jazdy metrem. Ale właśnie ta niedoskonałość okazuje się fascynująca.
W „The Magnificent Seven” można odnaleźć coś z literackiej metody Jacka Kerouaca, którego długie, improwizowane zdania poruszały się rytmem niemal muzycznym. Strummer wyrzuca z siebie kolejne obrazy świata reklamy, pracy i nieustannej konsumpcji, jakby próbował nadążyć za cywilizacją, która sama utraciła zdolność zatrzymywania się. Największy paradoks polega jednak na tym, że The Clash nagrali antykapitalistyczną piosenkę, przy której trudno usiedzieć w miejscu. To nie jest ponury manifest wygłaszany zza mównicy, lecz społeczna krytyka posiadająca funkowy puls i taneczną energię. Właśnie dlatego nagranie pozostaje jednym z najbardziej nowoczesnych fragmentów całej dyskografii zespołu.
Zupełnie inaczej działa „Hitsville U.K.”, urocza, melodyjna kompozycja inspirowana tradycją Motown. Mick Jones i Ellen Foley tworzą wokalny duet przypominający zapomniany singiel The Supremes czy The Ronettes. Pod tą pozorną lekkością kryje się jednak pochwała niezależnych wytwórni i muzyków tworzących poza dyktatem wielkiego przemysłu fonograficznego. To piosenka o artystycznej wolności, ale również o zwyczajnej radości tworzenia. The Clash pokazują, że bunt nie musi zawsze oznaczać agresji. Czasami największym sprzeciwem wobec systemu jest stworzenie czegoś pięknego na własnych zasadach.
„Something About England” i „Somebody Got Murdered”. Historia pisana z perspektywy zwykłego człowieka
„Junco Partner” przenosi słuchacza w świat karaibskiej rytmiki i amerykańskiego rhythm and bluesa. „Ivan Meets G.I. Joe” zamienia zimnowojenną konfrontację mocarstw w niemal dyskotekową groteskę, przypominając film Stanleya Kubricka „Doktor Strangelove”. Zamiast militarnego marsza otrzymujemy taneczny rytm, przy którym wielka polityka zaczyna wyglądać jak absurdalny konkurs dwóch potęg przekonanych o własnej nieomylności. Jeszcze inną perspektywę przynosi „Something About England”, jedna z najbardziej przejmujących kompozycji albumu. To opowieść o brytyjskiej historii widzianej oczami ludzi naznaczonych wojną, ubóstwem i społecznym rozczarowaniem. Muzycznie pobrzmiewają tutaj echa The Kinks, ale Strummer patrzy na ojczyznę ostrzej niż Ray Davies. Nie interesuje go romantyczna legenda imperium. Pyta raczej, kto zapłacił cenę jego wielkości.
Można przywołać „Drogę na molo w Wigan” George’a Orwella, w której pisarz opisywał życie brytyjskiej klasy robotniczej, demaskując wygodne złudzenia dotyczące społecznego dobrobytu. Podobną wrażliwość odnajduję w „Something About England”. Jeszcze mocniej ujawnia się ona w „Somebody Got Murdered”, piosence o człowieku, który został zamordowany, podczas gdy świat niemal natychmiast wrócił do zwyczajnego rytmu. Ofiara przemocy nie jest przecież wyłącznie numerem policyjnej sprawy. Miała własne życie, bliskich, nadzieje i plany. Mick Jones śpiewa bez wielkiego patosu, a właśnie ta powściągliwość nadaje kompozycji niezwykłą siłę. W „Dżumie” Alberta Camusa pytanie o wartość pojedynczego życia staje się fundamentalnym problemem moralnym. The Clash stawiają podobne pytanie za pomocą prostej, niezwykle skutecznej rockowej piosenki.
„Police on My Back” przypomina natomiast, że muzycy nadal potrafili grać znakomitego, bezpośredniego rock and rolla. Interpretacja utworu The Equals, zespołu Eddy'ego Granta, posiada niemal punkową energię. Gitarowy riff przypomina policyjny alarm, perkusja pędzi naprzód, a Strummer odzyskuje charakterystyczną zadziorność. Po dubowych eksperymentach i funkowych rytmach kompozycja działa niczym gwałtowne otwarcie okna w dusznym pomieszczeniu. To jedna z tych chwil, kiedy The Clash udowadniają, że potrafią przekraczać gatunkowe granice nie dlatego, że wyczerpali możliwości klasycznego rocka, lecz dlatego, że nie zamierzają ograniczać własnej wyobraźni.
Dub, reggae i Mikey Dread. Kiedy studio nagraniowe staje się instrumentem
Jedną z największych osobliwości albumu „Sandinista!” The Clash pozostaje liczba kompozycji inspirowanych reggae i dubem. „One More Time”, „One More Dub”, „The Crooked Beat”, „The Equaliser”, „Version City” i „Living in Fame” pokazują, jak daleko zespół odszedł od tradycyjnej konstrukcji punkowej piosenki. Dub wywodzi się z jamajskiej kultury studyjnej, w której nagranie nie musi pozostawać ostatecznym dziełem. Można usuwać wokal, eksponować bas, wydłużać pogłosy i rozbijać rytm, przekształcając pierwotny materiał w nową przestrzeń dźwiękową. Lee „Scratch” Perry i King Tubby pokazali, że realizator może stać się równie ważnym artystą jak instrumentalista. The Clash potraktowali tę filozofię bardzo poważnie, a współpraca z Mikey Dread nadała części utworów rzeczywiste zakorzenienie w jamajskiej tradycji.
Szczególnie interesujące są „One More Time” i jego dubowa wersja, w której znana kompozycja zostaje rozłożona na niemal abstrakcyjne fragmenty. Przypomina to malarstwo kubistyczne. Picasso i Braque rozbijali przedmioty na geometryczne części, aby następnie pokazać je z kilku perspektyw jednocześnie. Dubowi producenci robili coś podobnego z muzyką. Gotowa piosenka stawała się materiałem do ponownego odkrywania. Ale właśnie tutaj ujawnia się jedna z największych słabości „Sandinista!”. Nie każda dekonstrukcja jest równie interesująca jak pierwotne nagranie. Nie wszystkie dubowe wariacje posiadają wystarczająco wiele pomysłów, by uzasadnić obecność na potrójnym albumie. Czasami można odnieść wrażenie, że muzycy tak bardzo zachwycili się własną swobodą, iż zapomnieli o konieczności selekcji materiału.
„The Call Up”, „Washington Bullets” i „Charlie Don't Surf”. Polityka w rytmie muzyki
„The Call Up” należy do najpiękniejszych antywojennych piosenek The Clash. Utwór podejmuje temat poboru do wojska i odpowiedzialności człowieka wobec państwa żądającego uczestnictwa w konflikcie. Muzycznie jest niezwykle melodyjny, niemal refleksyjny, a elektroniczny rytm nadaje mu charakter zdecydowanie odmienny od tradycyjnych protest songów. Można zestawić go z „Universal Soldier” Buffy Sainte-Marie, choć The Clash wykorzystują zupełnie inny język muzyczny. W czasach zimnej wojny pytanie o granice posłuszeństwa wobec państwa posiadało szczególne znaczenie. Robert A. Hull z „The Washington Post” uznał „The Call Up” za najważniejszy fragment albumu, podkreślając jego antymilitarystyczny charakter. To piosenka nie przeciwko odwadze, lecz przeciwko przekonaniu, że odwaga musi zawsze oznaczać gotowość do zabijania.
Jeszcze bardziej jednoznaczny politycznie jest „Washington Bullets”, utwór komentujący ingerencje mocarstw w Ameryce Łacińskiej, konflikty polityczne i przemoc wobec ludności cywilnej. Strummer patrzy na świat z wyraźnie antyimperialistycznej perspektywy, wykorzystując pogodny rytm calypso do opowiadania o dramatycznych wydarzeniach. Kontrast jest niemal absurdalny, ale właśnie dlatego skuteczny. Podobną metodę stosował Jonathan Swift, wykorzystując satyrę do obnażania okrucieństwa polityki. Trzeba oczywiście pamiętać, że wizja Strummera nosi ślady lewicowych nadziei charakterystycznych dla przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Nie wszystkie okazały się historycznie uzasadnione. Ale polityczne uproszczenia nie przekreślają muzycznej wartości kompozycji ani jej sprzeciwu wobec przemocy.
„Charlie Don't Surf” nawiązuje natomiast do słynnej kwestii z filmu „Czas Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli, inspirowanego „Jądrem ciemności” Josepha Conrada. To fascynujący łańcuch kulturowych odniesień: polsko-brytyjski pisarz opisujący kolonialną przemoc w Afryce, amerykański reżyser przenoszący podobną refleksję do Wietnamu i brytyjski zespół punkowy wykorzystujący filmowy obraz do krytyki współczesnego świata. Muzycznie utwór jest zaskakująco łagodny, melodyjny, niemal popowy. Pod tą melodią kryje się jednak refleksja nad przekonaniem, że własną kulturę można traktować jako uniwersalną miarę wszystkiego. „Charlie Don't Surf” należy do tych kompozycji, które najlepiej dowodzą, że The Clash potrafili tworzyć przystępne piosenki bez rezygnacji z intelektualnych ambicji.
Trzecia płyta. Kiedy rewolucjonistom zabrakło redaktora
Największe kontrowersje budzi ostatnia część „Sandinista!”, zawierająca kolejne dubowe wariacje, eksperymenty studyjne, odwrócone nagrania i kompozycje przypominające chwilami niedopracowane szkice. Czy The Clash naprawdę potrzebowali wszystkich 36 utworów? Czy nie byłoby lepiej, gdyby wybrali dwadzieścia najlepszych i stworzyli album równie skoncentrowany jak „London Calling”? Stephen Thomas Erlewine z AllMusic określił wydawnictwo jako „messy, confused jumble”, czyli chaotyczną, nieuporządkowaną mieszaninę. Trudno całkowicie odrzucić tę ocenę. „Mensforth Hill”, oparty na odwróconym materiale, czy „Silicone on Sapphire” są bardziej interesujące jako świadectwa studyjnych eksperymentów niż jako kompozycje, do których chce się regularnie wracać.
Szczególnie prowokacyjny pozostaje powrót „Career Opportunities”, znanego z debiutu zespołu punkowego hymnu dotyczącego społecznych i zawodowych ograniczeń, tym razem wykonanego przez dzieci. To gest niemal dadaistyczny. Gniew młodych bezrobotnych zostaje zastąpiony głosami tych, którzy dopiero w przyszłości mogą zmierzyć się z podobnymi problemami. Można uznać to za genialną ironię albo żart działający tylko podczas pierwszego odsłuchu. W moim przekonaniu obie interpretacje są uzasadnione. Właśnie dlatego trzecia płyta pozostaje tak fascynująca i irytująca zarazem. Z punktu widzenia kompozycyjnej dyscypliny można ją skrócić. Ale czy po takim zabiegu „Sandinista!” zachowałby własną, niepokorną osobowość? Album jest przecież również zapisem procesu twórczego, w którym muzycy świadomie zatarli granicę pomiędzy gotowym dziełem a eksperymentem.
„Rolling Stone” zachwycony, „NME” rozczarowany. Krytycy o „Sandinista!”
Recenzje albumu „Sandinista!” były wyjątkowo podzielone. John Piccarella z „Rolling Stone” przyznał wydawnictwu maksymalne pięć gwiazdek. W recenzji z marca 1981 roku napisał: „There's rarely been an LP this big or far-reaching”, czyli „Rzadko zdarzał się album tak ogromny i dalekosiężny”. Krytyk dostrzegł w muzyce The Clash próbę połączenia artystycznej wolności z polityczną odpowiedzialnością. Po czterdziestu latach Rob Sheffield, również z „Rolling Stone”, nazwał płytę „A risky mess of a masterpiece” – „Ryzykownym bałaganem będącym arcydziełem”. To jedno z najtrafniejszych określeń tego wydawnictwa. Sheffield nie zaprzeczał obecności słabszych fragmentów, lecz uznał, że właśnie nieograniczona swoboda stanowi źródło jego wielkości.
Robert Christgau z „The Village Voice” wystawił albumowi ocenę A−, dostrzegając jego nierówność, ale jednocześnie podkreślając niezwykłą liczbę znakomitych piosenek. W swojej recenzji określił The Clash mianem „The world's greatest rock and roll band”, czyli „Najwspanialszego rockandrollowego zespołu świata”. Znacznie chłodniej zareagował Nick Kent z „New Musical Express”, który w grudniu 1980 roku napisał: „The record simply perplexes and ultimately depresses” – „Ta płyta po prostu wprawia w zakłopotanie, a ostatecznie przygnębia”. To zdanie znakomicie oddaje rozczarowanie słuchaczy oczekujących kolejnego „London Calling”. Zamiast zwartego zestawu przebojów otrzymali ogromną konstrukcję pełną stylistycznych niespodzianek, eksperymentów i fragmentów trudnych do jednoznacznej oceny.
Ta rozbieżność prowadzi do pytania o samą naturę wielkiej sztuki. Czy musi być uporządkowana? Czy nadmiar zawsze stanowi wadę? A może niektóre dzieła potrzebują chaosu, ponieważ próbują opowiedzieć o świecie, który sam jest chaotyczny? „Sandinista!” przypomina pod tym względem „Ulissesa” Jamesa Joyce’a oraz „Biały album” The Beatles. Nie chodzi o prostą próbę zrównania ich artystycznej wartości, lecz o podobieństwo metody. Joyce rozbijał tradycyjną narrację, zmieniał style i parodiował literackie konwencje. The Clash robią coś podobnego z muzyką. Kiedy mówią o pracy, wybierają funk i rap. Kiedy interesują się Jamajką, sięgają po dub. Kiedy krytykują zimną wojnę, wykorzystują dyskotekową groteskę. Nie wszystkie te style idealnie do siebie pasują. Ale przecież rzeczywistość również nie jest jednolita.
Zamiast zakończenia. Czy „Sandinista!” było zdradą punk rocka?
Jeżeli punk oznacza określony zestaw gitarowych brzmień, rytmów i sposobów śpiewania, The Clash na „Sandinista!” rzeczywiście zdradzili własne początki. Ale jeżeli punk jest przede wszystkim postawą niezgody na narzucone reguły, nagrali jeden z najbardziej punkowych albumów w historii. Odmówili podporządkowania się oczekiwaniom publiczności, nie próbowali powtórzyć sukcesu „London Calling”, nie uznali granic gatunkowych i nie zrezygnowali z muzycznych poszukiwań tylko dlatego, że część słuchaczy mogłaby ich nie zaakceptować. W retrospektywnym tekście Roba Sheffielda przypomniano słowa Paula Simonona: „Punk was about change” – „Punk polegał na zmianie”. To zdanie wyjaśnia więcej niż dziesiątki rozpraw o rockowych gatunkach.
W „Człowieku zbuntowanym” Albert Camus rozważał napięcie pomiędzy buntem przeciwko niesprawiedliwości a ryzykiem przekształcenia rewolucji w nowy system przemocy. The Clash nie proponowali równie systematycznej refleksji filozoficznej. Ich polityczna wyobraźnia była chwilami romantyczna i naiwna, ale w centrum muzyki pozostawało przekonanie, że cierpienie drugiego człowieka nie powinno być obojętne. W „Somebody Got Murdered” pytali o wartość anonimowego życia, w „The Call Up” o granice posłuszeństwa wobec państwa, w „Washington Bullets” o odpowiedzialność mocarstw, a w „The Magnificent Seven” o godność człowieka podporządkowanego ekonomicznej machinie. Te pytania nie utraciły aktualności, nawet jeśli część politycznych deklaracji zespołu wymaga dzisiaj historycznego dystansu.
„Sandinista!” nie jest albumem równie doskonałym jak „London Calling”. Nie posiada tak konsekwentnej dramaturgii, część dubowych eksperymentów wydaje się zbędna, a nie wszystkie 36 utworów zasługują na regularne odsłuchiwanie. Ale jest odważniejszy, bardziej nieprzewidywalny i niezwykle osobisty. Przypomina wielkie miasto, w którym obok pięknych placów znajdują się zaniedbane dzielnice, fascynujące miejsca i ulice prowadzące donikąd. Nie wszystko zostało rozsądnie zaprojektowane, ale właśnie ta niedoskonałość tworzy niepowtarzalną atmosferę.
Można skrócić „Sandinista!” do dwóch płyt i otrzymać znakomite wydawnictwo. Można wybrać kilkanaście najlepszych kompozycji i stworzyć niemal bezdyskusyjne arcydzieło. Ale wtedy stracilibyśmy coś najważniejszego: bezczelną niezgodę na ograniczenia, nieustanną ciekawość świata i przekonanie, że muzyka może przekraczać kulturowe granice bez pytania kogokolwiek o pozwolenie. The Clash nie nagrali płyty perfekcyjnej. Nagrali album, który przypomina, że wolność artystyczna nie zawsze prowadzi do doskonałości, ale bez niej nie powstaje nic naprawdę niezwykłego.
„Sandinista!” jest więc nie tyle pomnikiem zwycięskiej rewolucji, ile zapisem ludzi, którzy uwierzyli, że świat jest zbyt interesujący, aby zamknąć go w trzech akordach. I nawet jeśli po drodze kilkakrotnie zabłądzili, pozostawili po sobie jedną z najbardziej fascynujących podróży w historii rocka.
Ocena końcowa: 9/10
„Sandinista!” The Clash (1980) to jeden z najbardziej ambitnych i oryginalnych albumów w historii punk rocka i muzyki alternatywnej. Trzy winyle, 36 utworów i niemal dwie i pół godziny muzyki tworzą niezwykłą całość, w której punk spotyka reggae, dub, funk, hip-hop, jazz i calypso. Największymi atutami są „The Magnificent Seven”, „Hitsville U.K.”, „Something About England”, „Somebody Got Murdered”, „The Call Up”, „Washington Bullets”, „Police on My Back” i „Charlie Don't Surf”. Najpoważniejszą słabością pozostaje nadmiar materiału i brak konsekwentnej selekcji, szczególnie na trzeciej płycie. Mimo tych zastrzeżeń „Sandinista!” należy do najważniejszych rockowych wydawnictw 1980 roku i pozostaje świadectwem niezwykłej odwagi artystycznej Joe Strummera, Micka Jonesa, Paula Simonona i Toppera Headona.
The Clash – „Sandinista!” (CBS/Epic Records, 1980). Czwarty album studyjny zespołu, 36 kompozycji, około 144 minut. Przywołane opinie krytyczne pochodzą z „Rolling Stone”, „The Village Voice”, „New Musical Express”, „The Washington Post” i AllMusic. Cytaty pozostawiono w oryginale, a polskie przekłady, literackie porównania i ocena 9/10 stanowią autorski komentarz.



Napisz komentarz
Komentarze