The Clash – „Sandinista!”. Rewolucja na trzech winylach, czyli jak punkowcy próbowali objąć ramionami cały świat
Wyobraźmy sobie, że czterech londyńskich punkowców postanawia urządzić rewolucję. Nie wystarczają im jednak trzy akordy, gitarowy hałas i kilka gniewnych deklaracji przeciwko establishmentowi. Chcą czegoś więcej. Zapraszają do studia jamajskich muzyków reggae, zaglądają do nowojorskich klubów, gdzie rodzi się hip-hop, słuchają jazzu, funku, calypso, soulu i gospel, a następnie próbują połączyć to wszystko w jeden album. Kiedy kończą nagrania, okazuje się, że stworzyli trzy płyty winylowe, trzydzieści sześć utworów i niemal dwie i pół godziny muzyki. Księgowi wytwórni łapią się za głowy, krytycy dzielą na dwa obozy, a słuchacze nie bardzo wiedzą, czy otrzymali arcydzieło, czy zapis zbiorowego szaleństwa. Tak narodziło się „Sandinista!” zespołu The Clash – album, który można porównać do „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, „Białego albumu” The Beatles i gigantycznego muzycznego targowiska, na którym obok politycznego manifestu leży dubowy remiks, za nim stoi kaznodzieja gospel, a z głośników dobiega funkowy rytm nowojorskiej ulicy. Płyta fascynująca, irytująca, chwilami genialna i równie często przesadna. Ale przede wszystkim dokument czasów, kiedy rock naprawdę wierzył, że może zmienić świat.
28.10.2026 14:54