Pavlov’s Dog. Dzwony dla zespołu, który nie pasował do własnej epoki
W połowie lat siedemdziesiątych rock progresywny znajdował się w szczególnym momencie. Genesis, Yes, King Crimson i Emerson, Lake & Palmer udowodnili już, że muzyka rockowa może posiadać ambicje symfoniczne, a wielominutowe kompozycje nie muszą być wyłącznie zbiorem instrumentalnych popisów. Z drugiej strony coraz wyraźniej nadciągało zmęczenie nadmiarem. Punk nie przeprowadził jeszcze własnej rewolucji, ale świat zaczynał rozglądać się za prostszymi piosenkami i artystami, którzy nie potrzebowali dwunastu minut, aby dotrzeć do refrenu. Pavlov’s Dog, amerykański zespół ze St. Louis w stanie Missouri, znaleźli się dokładnie pomiędzy tymi światami. Debiutancki „Pampered Menial” z 1975 roku był dziełem niezwykłym, łączącym teatralny rock, melancholijne ballady, Mellotron, skrzypce i rozedrgany głos Davida Surkampa. Utwory „Julia”, „Song Dance” czy „Theme from Subway Sue” przedstawiały grupę przekonaną o własnej odrębności. Było w nich coś z romantyzmu Genesis, gitarowej ekspresji Led Zeppelin i teatralnej przesady Queen, ale najważniejsza pozostawała emocjonalna intensywność. Muzyka nie tyle opowiadała o cierpieniu, ile sprawiała wrażenie, jakby sama cierpiała.
„At the Sound of the Bell” ukazał się w 1976 roku nakładem Columbia Records. Nagrania powstawały w nowojorskim Record Plant, a producentami byli Sandy Pearlman i Murray Krugman, znani ze współpracy z Blue Öyster Cult. W sesjach uczestniczyli wybitni muzycy, między innymi Bill Bruford z Yes i King Crimson, Michael Brecker, Andy Mackay z Roxy Music oraz Elliott Randall, współpracownik Steely Dan. Pojawiły się również smyczki i chór chłopięcy. Ta imponująca lista nazwisk mogłaby sugerować album wypełniony instrumentalnymi pojedynkami. Tymczasem dziewięć kompozycji trwa łącznie zaledwie około 33 minut. Symfoniczny rozmach zamknięto w krótkich, przeważnie trzy- i czterominutowych piosenkach. Nie wszystkim przypadło to do gustu. Część słuchaczy uznała nową płytę za zbyt delikatną i pozbawioną rockowego dramatyzmu debiutu. Inni dostrzegli dojrzalsze oblicze zespołu, który przestał traktować własną ekscentryczność jak obowiązek. „At the Sound of the Bell” jest bowiem albumem piękniejszym niż odważnym, bardziej lirycznym niż rewolucyjnym. I właśnie w tej zmianie tkwią zarówno jego największe zalety, jak i ograniczenia.
David Surkamp. Głos, który jednych zachwyca, a innych doprowadza do rozpaczy
W historii rocka byli wokaliści piękniejsi technicznie, bardziej wszechstronni i obdarzeni większą siłą głosu. Niewielu jednak posiadało ekspresję równie rozpoznawalną jak David Surkamp, wokalista Pavlov’s Dog. Jego śpiew wymyka się tradycyjnym kategoriom. Nie jest klasycznym falsetem, choć często porusza się w niezwykle wysokich rejestrach. Nie przypomina operowego tenoru ani zwyczajnego rockowego krzyku. Jest raczej drżącym, natarczywym, chwilami niemal bolesnym sposobem wyrażania emocji. Surkamp przywołuje mi Edith Piaf nie ze względu na podobieństwo techniki, lecz z powodu dramatycznej bezbronności. Francuska pieśniarka potrafiła śpiewać tak, jakby każde słowo było ostatnim przed rozstaniem. Surkamp posiada podobną zdolność. Kiedy jego głos wznosi się ponad Mellotronem i gitarami, trudno oprzeć się wrażeniu, że nie relacjonuje cudzych doświadczeń, lecz przeżywa je właśnie w tej chwili.
Można odnaleźć w nim coś z Geddy’ego Lee z Rush, szczególnie wysoką barwę, ale Surkamp jest mniej zdyscyplinowany i bardziej teatralny. Inne skojarzenie prowadzi ku Rogerowi Chapmanowi z Family, którego charakterystyczne wibrato również wywoływało skrajne reakcje. Brytyjski magazyn „Prog” porównywał wokalną osobowość lidera Pavlov’s Dog do niezwykłego spotkania Geddy’ego Lee i Cata Stevensa. To trafne, ale niepełne zestawienie. Brakuje w nim bowiem emocjonalnej przesady, która czyni Surkampa artystą tak szczególnym. Marek Toma z Rock Area przypominał natomiast, że Tomasz Beksiński miał kiedyś porównać jego głos do dźwięku cykliniarki. Ponieważ nie dysponujemy pierwotnym nagraniem tej wypowiedzi, należy traktować ją jako wspomnienie recenzenta, a nie bezpośrednio zweryfikowany cytat Beksińskiego. Samo porównanie znakomicie oddaje jednak naturę tej ekspresji. Surkamp nie pozwala pozostać obojętnym. Jego największy atut był zarazem przeszkodą na drodze do masowej popularności.
„She Came Shining”, „Megan’s Song” i „Mersey”. Ballady zapisane na pożółkłym papierze
Album otwiera „She Came Shining”, kompozycja niemal wzorcowa dla nowej estetyki Pavlov’s Dog. Akustyczna gitara, subtelne instrumenty klawiszowe i spokojnie rozwijająca się melodia tworzą atmosferę bliską folk rockowi. Można pomyśleć o wczesnym Genesis, szczególnie o „Trespass”, ale również o bardziej kameralnych utworach Renaissance. Kolejne warstwy instrumentalne nadają piosence symfoniczny wymiar, a głos Surkampa stopniowo zwiększa emocjonalną temperaturę. Tytułowa kobieta pojawia się niczym wspomnienie, które powraca po latach w najmniej oczekiwanej chwili. Muzykę można interpretować szerzej, jako obraz spotkania z przeszłością, młodością albo utraconą niewinnością. Marcel Proust w „W poszukiwaniu straconego czasu” pokazywał, jak zwyczajne doświadczenie zmysłowe potrafi otworzyć drzwi do świata uznawanego za bezpowrotnie zamknięty. „She Came Shining” działa podobnie. Przywołuje wspomnienia nie dlatego, że szczegółowo je opisuje, lecz ponieważ sama melodia posiada szczególny rodzaj nostalgii.
„Standing Here With You (Megan’s Song)” zbliża zespół do romantycznej ballady, w której fortepian i subtelna orkiestracja tworzą atmosferę niemal teatralną. Niektórzy słuchacze mogą uznać utwór za nadmiernie sentymentalny. Jest tutaj coś z melodramatu pozbawionego najmniejszego dystansu, ale przecież wielka sztuka nie zawsze potrzebuje ironii. W literaturze podobną bezbronność odnajduję u Stefana Zweiga, szczególnie w „Liście od nieznajomej”, gdzie miłość staje się siłą organizującą całe życie, mimo braku oczekiwanego spełnienia. Joe Viglione z AllMusic zauważył, że nawet tak melodyjna piosenka pozostaje w wykonaniu Pavlov’s Dog czymś osobliwym, trudnym do zakwalifikowania jako muzyka przeznaczona dla masowej publiczności. Zespół próbował stworzyć kompozycję przystępną, lecz charakterystyczny głos Surkampa natychmiast odbierał jej wszelką konwencjonalność.
Jeszcze piękniejsza jest „Mersey”, jedna z najbardziej urokliwych piosenek albumu. Melodia wydaje się pogodna, choć pod jej powierzchnią nieustannie pulsuje melancholia. Instrumenty dęte nadają nagraniu ciepły, niemal kameralny charakter, a gitara Steve’a Scorfiny wprowadza subtelne elementy folkowe. Chwilami można odnaleźć tutaj coś z The Moody Blues, innym razem łagodniejsze oblicze Procol Harum. „Mersey” brzmi jak wspomnienie lata, którego nie udało się zatrzymać. Jak fotografia odnaleziona po latach w szufladzie, kiedy nie pamiętamy już dokładnie wszystkich wydarzeń, ale doskonale rozpoznajemy towarzyszące im emocje. Marek Toma z Rock Area szczególnie ciepło oceniał tę kompozycję, podkreślając jej melodyjność i pogodny nastrój. To jedna z tych piosenek, które niczego nie muszą udowadniać. Po prostu istnieją i pozostają w pamięci.
„Valkerie”. Wagner spotyka Genesis, a dzwony biją na alarm
„Valkerie” należy do najbardziej rozbudowanych i dramatycznych kompozycji „At the Sound of the Bell”. Sam tytuł przywołuje walkirie z mitologii nordyckiej, utrwalone w europejskiej kulturze między innymi przez Richarda Wagnera. Ale muzyka Pavlov’s Dog nie przypomina monumentalnego „Cwału Walkirii”. Jest w niej więcej melancholii i niepokoju niż wojennej potęgi. Dzwony, instrumenty klawiszowe, chór i dramatyczny śpiew Surkampa tworzą atmosferę niemal religijnego misterium. Kompozycja rozwija się w kierunku symfonicznego rocka, w którym łatwo odnaleźć wpływy wczesnego Genesis, Renaissance i The Moody Blues. Saksofon dodaje jej melancholijnego kolorytu, a chór chłopięcy nadaje szczególnego wymiaru. Jest w tym coś z filmowej wyobraźni Ingmara Bergmana, gdzie religijne symbole pojawiały się w otoczeniu samotności, lęku i pytań o sens istnienia.
W „Siódmej pieczęci” Bergman przedstawił rycerza, który rozpoczyna partię szachów ze Śmiercią, próbując znaleźć odpowiedzi na pytania pozostające poza ludzkim poznaniem. „Valkerie” wywołuje podobne skojarzenia. Nie jest ilustracją filmu, lecz buduje poczucie wielkiego niepokoju skrytego pod symfoniczną elegancją. Szczególne znaczenie mają tutaj instrumentaliści. Bill Bruford, perkusista Yes i King Crimson, potrafił tworzyć rytmiczne napięcie bez konieczności nieustannego demonstrowania technicznej wirtuozerii. Partie saksofonu wprowadzają natomiast brzmienie rzadziej spotykane w amerykańskim rocku symfonicznym tamtego okresu. Fiński recenzent Janne Yliruusi z Pienemmät Purot uznał „Valkerie” za najbardziej progresywny i intensywny fragment płyty. To trafna obserwacja. Utwór stanowi pomost pomiędzy ekspresyjną estetyką „Pampered Menial” a bardziej melodyjnym charakterem drugiego albumu. Pokazuje również, że Pavlov’s Dog potrafili osiągać dramatyzm bez uciekania się do ciężkich gitar.
„Try to Hang On”, „She Breaks Like a Morning Sky” i „Gold Nuggets”. Smutek też potrafi zatańczyć
Po symfonicznej powadze „Valkerie” pojawia się „Try to Hang On”, krótka i dynamiczna kompozycja, której temperament wyraźnie kontrastuje z melancholijnym charakterem wcześniejszych nagrań. Zespół sięga po bardziej bezpośredni rockowy rytm, chwilami bliski rockabilly, pozostawiając miejsce gitarowej energii. Jest tutaj coś z Queen, szczególnie z okresu, kiedy Freddie Mercury i jego koledzy łączyli rockową siłę z muzycznym kabaretem. Podobny charakter ma „She Breaks Like a Morning Sky”, wzbogacony efektownymi instrumentami dętymi. W tej krótkiej miniaturze można usłyszeć odrobinę jazzu, rhythm and bluesa oraz teatralnej lekkości przypominającej „A Night at the Opera”. Obie piosenki pokazują, że Pavlov’s Dog nie byli grupą całkowicie pogrążoną w smutku. Potrafili bawić się muzyczną formą i zaskakiwać humorem, choć nawet wtedy wokal Surkampa pozostawał osobliwy. Trudno bowiem wyobrazić sobie bardziej niezwykły kontrast niż taneczny rytm i głos brzmiący tak, jakby za chwilę miał się rozpłakać.
„Gold Nuggets” ponownie przenosi słuchacza w świat refleksji. Gitara, instrumenty klawiszowe i subtelna mandolina tworzą kompozycję łączącą amerykański folk z klasycznym rockiem progresywnym. Tytułowe złote samorodki można odczytywać jako metaforę wspomnień, które po latach okazują się cenniejsze niż rzeczy, za którymi goniliśmy przez całe życie. Człowiek poświęca młodość na poszukiwanie sukcesu, pieniędzy i uznania, aby później odkryć, że najważniejsze chwile nie posiadały żadnej materialnej wartości. W „Małym Księciu” Antoine de Saint-Exupéry przypominał o znaczeniu tego, czego nie można zmierzyć ani kupić. Pavlov’s Dog wywołują podobną refleksję językiem subtelnej aranżacji i melancholijnej melodii. Szczególnie imponuje przestrzeń pozostawiona pomiędzy instrumentami. Nie ma obowiązku wypełniania każdej sekundy kolejną solówką. Na „Pampered Menial” zespół chwilami walczył o uwagę odbiorcy. Tutaj potrafi również milczeć. A cisza w muzyce bywa bardziej wymowna niż najbardziej efektowna partia instrumentalna.
„Early Morning On” i „Did You See Him Cry”. Kiedy świt nie przynosi pocieszenia
„Early Morning On” należy do najbardziej melancholijnych utworów wydawnictwa. Tytuł przywołuje poranek, moment, kiedy ciemność ustępuje światłu. W literaturze świt bywa symbolem nadziei i nowego początku, ale nie każdy poranek przynosi ulgę. Czasami światło tylko wyraźniej pokazuje to, przed czym próbowaliśmy ukryć się w nocy. Muzyka Pavlov’s Dog znakomicie pasuje do takiego odczytania. Delikatna melodyjność, pełen tęsknoty głos Surkampa i subtelne instrumenty klawiszowe tworzą atmosferę zawieszenia. Można odnaleźć tutaj coś z lirycznych fragmentów „Islands” King Crimson oraz spokojniejszych kompozycji Camel. W „Nocach białych” Fiodora Dostojewskiego samotny marzyciel doświadcza krótkiego przebłysku szczęścia, którego utrata pozostawia go w jeszcze głębszej samotności. „Early Morning On” wywołuje podobne emocje. To muzyka człowieka, który nie tyle boi się nadchodzącego dnia, ile wie, że ponownie będzie musiał zmierzyć się z rzeczywistością.
Album kończy „Did You See Him Cry”, jedna z najwybitniejszych kompozycji Pavlov’s Dog. Fortepian, organy, Mellotron, gitary i perkusja tworzą rozbudowaną konstrukcję, której dramaturgia rozwija się z niezwykłą konsekwencją. Zamiast prostego powtarzania refrenu otrzymujemy kolejne muzyczne obrazy, instrumentalne kulminacje i subtelne przejścia. Słychać ducha Genesis z okresu „Nursery Cryme” i „Foxtrot”, ale również łagodniejsze fragmenty wczesnego King Crimson. Mellotron nadaje muzyce symfoniczną przestrzeń, a fortepian wprowadza szczególną elegancję. Najważniejszy pozostaje jednak głos Surkampa. Tytuł – „Czy widziałeś, jak płakał?” – można interpretować jako pytanie o naszą zdolność zauważania cierpienia drugiego człowieka. W „Dżumie” Alberta Camusa fundamentalnym problemem moralnym jest nie tylko obecność cierpienia, lecz również reakcja człowieka wobec bólu innych. „Did You See Him Cry” przywołuje podobną refleksję, choć oczywiście nie jest filozoficznym traktatem.
Joe Viglione z AllMusic uznał finał za jeden z najlepszych momentów płyty. Podobnie Marek Toma z Rock Area wyróżnił tę kompozycję, zwracając uwagę na jej związki z wczesnym Genesis i piękno końcowych partii Mellotronu oraz fortepianu. To właśnie tutaj „At the Sound of the Bell” osiąga pełnię swojej artystycznej osobowości. Przestaje być jedynie zbiorem romantycznych piosenek, a staje się muzyczną opowieścią o ludzkiej kruchości. Finał pozostawia niedosyt nie dlatego, że muzycy powiedzieli za mało, lecz ponieważ chciałoby się pozostać w tym świecie jeszcze przez chwilę.
Krytycy o „At the Sound of the Bell”. Arcydzieło melancholii czy zbyt łagodny następca debiutu?
Recenzje „At the Sound of the Bell” od lat pozostają podzielone. W maju 2013 roku brytyjski magazyn „Prog” opublikował omówienie wznowień dwóch pierwszych albumów Pavlov’s Dog. Autor docenił ich niezwykłość, charakterystyczny śpiew Surkampa oraz różnorodność stylistyczną, określając wydawnictwa słowami „Two excellent, unusual records” – „Dwie znakomite, niezwykłe płyty”. Podkreślił jednocześnie, że drugi album jest bardziej stonowany niż debiut. Znacznie krytyczniej spojrzał na niego Joe Viglione z AllMusic, który uznał, że grupa znalazła się w trudnej sytuacji stylistycznej. Napisał: „Too pop for progressive rock, and too progressive for Top 40” – „Zbyt popowi dla rocka progresywnego i zbyt progresywni dla list przebojów”. Jego zdaniem album zawiera kilka znakomitych nagrań, szczególnie „Did You See Him Cry”, lecz jako całość ustępuje „Pampered Menial”.
Zupełnie inaczej ocenił płytę Marek Toma z polskiego Rock Area, przyznając jej aż 9,7/10. W recenzji z grudnia 2021 roku podkreślił subtelność aranżacji i wyjątkową osobowość wokalną Surkampa, opisując muzykę słowami „Delikatna, natchniona, porywająca…”. Podobnie przychylnie spojrzał na album autor serwisu DMME, dostrzegając jego bogactwo stylistyczne – od romantycznych ballad i symfonicznego „Valkerie” po niemal wodewilowe „Try to Hang On”. Rozbieżność ocen jest interesująca, ponieważ dotyczy fundamentalnego pytania o sens progresywnego rocka. Czy jego wartość wynika z nieustannego przekraczania granic, czy może również z umiejętności wyrażania silnych emocji przy pomocy prostszych środków? „At the Sound of the Bell” wybiera przede wszystkim tę drugą drogę.
Porównanie z debiutanckim „Pampered Menial” wydaje się nieuniknione. Pierwszy album był bardziej niepokorny, posiadał wyrazistsze kontrasty, większą teatralność i mocniejsze gitarowe fragmenty. Drugi jest łagodniejszy, bardziej melodyjny i staranniej uporządkowany. Można potraktować je jako dwa rozdziały jednej opowieści. Debiut przypomina młodego człowieka, który odkrywa, że świat nie spełnia jego oczekiwań, i reaguje buntem. „At the Sound of the Bell” jest historią kogoś dojrzalszego, kto zaczyna rozumieć, że nie wszystkie porażki można odwrócić, a część utraconych rzeczy pozostanie jedynie wspomnieniem. Jeśli miałbym wskazać album ważniejszy historycznie, wybrałbym „Pampered Menial”. Ale gdybym szukał muzyki na samotny wieczór, kiedy świat za oknem zanika w ciemności, bardzo często sięgnąłbym właśnie po „At the Sound of the Bell”.
Zamiast zakończenia. Dzwony biją również dla tych, których świat nie zauważył
W „Dzwonach” Edgara Allana Poego dźwięk staje się czymś więcej niż zjawiskiem akustycznym. Towarzyszy radości, miłości, lękowi i śmierci, odmierzając kolejne etapy ludzkiego istnienia. Może zwiastować święto, ale również oznajmiać stratę. „At the Sound of the Bell” Pavlov’s Dog można odczytywać w podobnym duchu. To album, w którym muzyka nieustannie porusza się pomiędzy wspomnieniem szczęścia a świadomością jego przemijania. „She Came Shining” przypomina o uczuciu powracającym niczym blask dawnego poranka, „Mersey” przywołuje świat niemal dziecięcych wspomnień, „Valkerie” wprowadza monumentalny niepokój, „Gold Nuggets” pozwala dostrzec wartość rzeczy pozornie drobnych, a „Did You See Him Cry” pozostawia pytanie o zdolność zauważania cudzego cierpienia. Nie jest to ścisły album koncepcyjny, ale jego emocjonalna spójność pozostaje niezwykła.
Najbardziej fascynuje mnie w tej muzyce jej bezbronność. Współczesna kultura często traktuje ironię jako dowód inteligencji, a emocjonalny dystans jako oznakę dojrzałości. Artysta nie powinien przesadzać z uczuciami, ponieważ może zostać oskarżony o sentymentalizm. Nie powinien śpiewać zbyt dramatycznie, bo narazi się na śmieszność. David Surkamp najwyraźniej nigdy nie zamierzał podporządkować się takim zasadom. Śpiewa, jakby nie wiedział, że ludzie mogą wyśmiać jego emocje. Albo jakby doskonale wiedział, ale uważał to za nieistotne. Można nie lubić jego głosu, można uznać album za nazbyt romantyczny albo zbyt mocno zakorzeniony w estetyce lat siedemdziesiątych. Ale trudno odmówić mu wyjątkowej osobowości.
„At the Sound of the Bell” to jedna z najbardziej melancholijnych i niedocenionych płyt amerykańskiego rocka progresywnego lat siedemdziesiątych. Nie próbuje udawać nowoczesności, nie potrzebuje agresji ani technicznej wirtuozerii, aby poruszać. Nie boi się pięknych melodii i nie wstydzi się wzruszenia. W epoce, która coraz częściej traktuje emocjonalną szczerość z podejrzliwością, taka muzyka wydaje się niemal anachroniczna. Ale może właśnie dlatego pozostaje tak potrzebna. Bo nie każda płyta musi opowiadać o rewolucji, przyszłości czy historycznych przemianach. Czasami wystarczy, że przypomina o ludziach, których kochaliśmy, chwilach, których nie potrafiliśmy zatrzymać, i słowach, których nie zdążyliśmy wypowiedzieć.
A kiedy ostatni dźwięk Mellotronu zanika w ciszy, można odnieść wrażenie, że gdzieś daleko rozbrzmiewa jeszcze jeden dzwon. Nie bije dla zwycięzców. Nie ogłasza nadejścia nowej epoki. Przypomina jedynie, że czas płynie. I że wszystko, co piękne, zasługuje na chwilę pamięci.
Ocena końcowa: 9/10
„At the Sound of the Bell” Pavlov’s Dog (1976) to jedna z najpiękniejszych płyt amerykańskiego rocka progresywnego tamtej dekady. Dziewięć kompozycji łączy rock symfoniczny, art rock, folk i romantyczne ballady, a głos Davida Surkampa pozostaje jej najbardziej rozpoznawalnym elementem. Największymi atutami są „She Came Shining”, „Mersey”, „Valkerie”, „Gold Nuggets” i „Did You See Him Cry”, znakomite aranżacje, bogate instrumentarium oraz emocjonalna intensywność. Najważniejsze słabości to mniejsza rockowa energia niż na „Pampered Menial”, chwilami nadmierny sentymentalizm i wokal, którego ekspresja może być trudna do zaakceptowania dla części odbiorców.
Werdykt: To album bardziej melodyjny i subtelny od debiutu, choć mniej przełomowy. Pavlov’s Dog stworzyli muzykę, która mimo upływu półwiecza nadal potrafi wzruszać, udowadniając, że emocjonalna szczerość bywa znacznie ważniejsza od instrumentalnych fajerwerków.
Pavlov’s Dog – „At the Sound of the Bell” (Columbia Records, 1976). Dziewięć kompozycji, około 33 minut. Przywołane opinie krytyczne pochodzą z magazynu „Prog”, AllMusic, Rock Area i DMME. Cytaty zachowano w oryginale lub oznaczono jako tłumaczenia. Porównania literackie i interpretacje muzyczne stanowią autorski komentarz.



Napisz komentarz
Komentarze