The Flower Kings i raj zbudowany z Mellotronu
Kiedy The Flower Kings wydali album „Adam & Eve” w 2004 roku, byli już jedną z najważniejszych grup odrodzonego rocka progresywnego. Historia zespołu rozpoczęła się od solowego wydawnictwa Roine Stolta „The Flower King” z 1994 roku, które dało początek formacji konsekwentnie rozwijającej tradycję Yes, Genesis, King Crimson i Emerson, Lake & Palmer. W czasach, kiedy przemysł muzyczny traktował wielominutowe suity jak prehistoryczne skamieniałości, Szwedzi z uporem przypominali, że można budować kompozycje przypominające symfonie, opowiadać gitarą wielowątkowe historie i traktować album jako pełnoprawne dzieło artystyczne. Ich muzyka nie była jednak wyłącznie muzeum progresywnego rocka lat siedemdziesiątych. Stolt łączył dawną tradycję z jazzem, bluesem, psychodelią i charakterystycznym dla siebie idealizmem, który czasami przywoływał atmosferę hippisowskich komun z końca lat sześćdziesiątych.
Po rozbudowanym, dwupłytowym „Unfold the Future” z 2002 roku „Adam & Eve” oznaczał powrót do bardziej melodyjnego i symfonicznego brzmienia. Nie znaczy to jednak, że muzycy nagle odkryli wartość krótkich form. Dziesięć kompozycji trwa łącznie około 78 minut, a dwie najważniejsze suity zajmują niemal połowę albumu. W nagraniach uczestniczyli Roine Stolt, Tomas Bodin, Jonas Reingold, Zoltán Csörsz, Hasse Fröberg oraz Daniel Gildenlöw, lider Pain of Salvation. Szczególnie obecność tego ostatniego okazała się artystycznie znacząca. Jego dramatyczny głos wprowadził do muzyki zespołu mrok, którego wcześniej często brakowało w pogodnych, symfonicznych pejzażach Stolta.
Już okładka autorstwa Ciruela Cabrala sugeruje, że nie będzie to wyłącznie kolejna podróż przez krainę progresywnych melodii. Adam i Ewa nie przypominają niewinnych postaci ze średniowiecznych fresków. Ich wizerunki zestawiają biblijną symbolikę ze znakami współczesności. Można dostrzec w tym metaforę człowieka, który opuścił raj, zdobył wiedzę i technologię, lecz nadal nie potrafi poradzić sobie z własnymi słabościami. To temat doskonale pasujący do twórczości The Flower Kings, zespołu od dawna zainteresowanego relacją pomiędzy duchowością, naturą, miłością i ludzką odpowiedzialnością.
„Love Supreme”. Dwadzieścia minut w poszukiwaniu absolutu
Album otwiera „Love Supreme”, niemal dwudziestominutowa suita, której tytuł natychmiast przywołuje jazzowe arcydzieło Johna Coltrane'a „A Love Supreme”. Nie chodzi o dosłowne muzyczne podobieństwo, lecz o wspólną duchową ambicję. Coltrane traktował muzykę jako formę poszukiwania absolutu. Roine Stolt podąża znacznie bardziej rockową drogą, ale również próbuje przedstawić miłość jako siłę przekraczającą granice indywidualnego doświadczenia. Kompozycja rozpoczyna się subtelnie, niemal ceremonialnie, a następnie rozwija w wielowątkową konstrukcję pełną gitarowych melodii, harmonii wokalnych, organowych przestrzeni i zmian rytmicznych. Słychać tutaj wszystkie charakterystyczne cechy rocka symfonicznego The Flower Kings: głosy przywołujące Jona Andersona, instrumenty klawiszowe przypominające najlepsze chwile Ricka Wakemana i gitarę Stolta przemieszczającą się pomiędzy stylistyką Steve'a Howe'a a emocjonalną ekspresją Davida Gilmoura.
Najbardziej imponuje sposób współpracy instrumentalistów. Jonas Reingold nie traktuje basu wyłącznie jako harmonicznego fundamentu, lecz prowadzi własną, niezwykle ruchliwą narrację. Zoltán Csörsz nadaje muzyce jazzową lekkość, aby za chwilę przejść do zdecydowanego rockowego rytmu. Tomas Bodin potrafi natomiast zbudować przestrzeń, w której gitara Stolta osiąga niemal symfoniczny rozmach. Holenderski krytyk Tom de Val z Dutch Progressive Rock Page szczególnie docenił finałową partię gitarową, porównując jej emocjonalny charakter do Pink Floyd. Uznał również „Love Supreme” za jedną z najlepszych długich kompozycji zespołu. Trudno nie przyznać mu racji. Choć niektóre instrumentalne rozwinięcia mogłyby być krótsze, powracający temat główny nadaje całości dramaturgiczną jedność. To właśnie odróżnia prawdziwą suitę progresywną od przypadkowego zbioru muzycznych pomysłów.
Po monumentalnym otwarciu następuje pogodny „Cosmic Circus”, trzyminutowa kompozycja przypominająca bardziej przystępne nagrania Yes, 10cc czy Electric Light Orchestra. Wokalne harmonie i lekki rytm tworzą atmosferę niemal kosmicznej zabawy. Tytułowy cyrk można potraktować jako metaforę ludzkiej cywilizacji, niewielkiego widowiska odgrywanego na planecie wirującej pośród obojętnego wszechświata. Douglas Adams w „Autostopem przez Galaktykę” potrafił zamienić podobną perspektywę w absurdalną komedię. Stolt proponuje wersję znacznie bardziej pogodną. Krótkie instrumentalne „Babylon”, skomponowane przez Bodina, przywołuje natomiast ducha Keitha Emersona i Ricka Wakemana. Jest lekkie, niemal teatralne i znakomicie spełnia funkcję oddechu pomiędzy rozbudowanymi utworami. Po dwudziestu minutach muzycznego rozmachu kilka minut prostszych melodii okazuje się wręcz koniecznością.
„A Vampire’s View”. Daniel Gildenlöw gasi światło w rajskim ogrodzie
Jeżeli „Love Supreme” reprezentuje jasną, pełną nadziei stronę The Flower Kings, „A Vampire’s View” pokazuje ich najbardziej mroczne oblicze. Ośmiominutowa kompozycja przenosi słuchacza z rozświetlonego ogrodu Stolta do gotyckiego pałacu, którego mieszkańcy od dawna nie widzieli słońca. Centralną postacią muzycznego dramatu jest Daniel Gildenlöw z Pain of Salvation, wokalista obdarzony niezwykłą skalą emocjonalnej ekspresji. Jego głos potrafi przejść od intymnego szeptu do niemal rozpaczliwego krzyku, od ironii do autentycznego cierpienia. W świecie Flower Kings, zdominowanym zwykle przez ciepłe harmonie i melodyjny idealizm, brzmi to niczym pojawienie się nieproszonego gościa, który podczas rodzinnego obiadu zaczyna opowiadać o śmierci.
Inspiracją utworu była literatura Anne Rice, szczególnie świat przedstawiony w „Wywiadzie z wampirem”. Jej nieśmiertelni bohaterowie nie są wyłącznie potworami. To istoty rozdarte pomiędzy pragnieniem życia a świadomością własnego przekleństwa. Nieśmiertelność okazuje się nie tyle zwycięstwem nad śmiercią, ile wyrokiem samotności. Gildenlöw znakomicie oddaje ten paradoks. Muzyka narasta powoli, niemal jak bolero, a kolejne instrumenty stopniowo zagęszczają atmosferę. Nie ma tutaj pośpiesznych gitarowych popisów ani zbędnych zmian tempa. Wszystko zostaje podporządkowane dramatycznej narracji. Można odnaleźć w tym coś z Petera Hammilla i Van der Graaf Generator, szczególnie z ich zdolności zamieniania rockowej kompozycji w psychologiczny dramat.
Tom de Val z Dutch Progressive Rock Page uznał interpretację Gildenlöwa za znakomicie dopasowaną do charakteru utworu. Podobnie BATRIC z francuskiego Music Waves wyróżnił „A Vampire’s View” jako jeden z najmocniejszych fragmentów wydawnictwa. W moim przekonaniu jest to najważniejsza kompozycja albumu, choć niekoniecznie najbardziej efektowna instrumentalnie. Jej wielkość wynika ze świadomej powściągliwości. The Flower Kings przestają na chwilę opowiadać o harmonii wszechświata i zaczynają interesować się ciemnością ludzkiej duszy. Okazuje się, że potrafią to robić znakomicie. Krótkie fortepianowe „Days Gone By” pełni następnie funkcję melancholijnego epilogu, przypominając muzykę do starego niemego filmu, w którym wszyscy bohaterowie opuścili już scenę, lecz światła nadal pozostają zapalone.
„Adam & Eve”. Grzech pierworodny w czasach elektrycznych gitar
Tytułowy „Adam & Eve” ponownie eksponuje dramatyczny głos Daniela Gildenlöwa, ale tym razem muzyka jest bardziej agresywna, rytmicznie niespokojna i zdecydowanie bliższa progresywnemu hard rockowi. Pojawiają się cięższe gitary, nagłe zmiany nastroju i fragmenty niemal groteskowe, przywołujące skojarzenia z Frankiem Zappą. Nie chodzi o dosłowne naśladownictwo, lecz o przewrotny sposób traktowania muzycznej konstrukcji. Kompozycja nieustannie zmienia kierunek, jakby jej bohaterowie nie potrafili zdecydować, czy pozostają jeszcze w raju, czy właśnie rozpoczynają długą drogę przez świat grzechu i odpowiedzialności.
Biblijna historia Adama i Ewy należy do najważniejszych opowieści europejskiej kultury. Można interpretować ją jako historię grzechu pierworodnego, ale również jako metaforę utraty niewinności i narodzin świadomości. Człowiek zdobywa wiedzę, lecz wraz z nią odkrywa cierpienie, odpowiedzialność i własną śmiertelność. John Milton w „Raju utraconym” nadał tej historii monumentalny wymiar literacki, ukazując napięcie pomiędzy wolnością a konsekwencjami wyboru. The Flower Kings podejmują podobną tematykę, choć nie tworzą dosłownej adaptacji poematu. Steve Alspach z Music Street Journal zwrócił uwagę na konflikt pomiędzy duchowością a cielesnymi pokusami, dostrzegając w utworze obraz współczesnego człowieka uwikłanego w seksualność, uzależnienia i społeczne sprzeczności.
Muzycznie „Adam & Eve” posiada znakomite fragmenty, ale nie osiąga spójności „A Vampire’s View”. Chwilami można odnieść wrażenie, że Stolt zgromadził kilka bardzo dobrych pomysłów i nie zdecydował, który powinien pełnić funkcję najważniejszego. To jedna z charakterystycznych słabości jego twórczości. Wyobraźnia jest tak bogata, że artysta nie zawsze potrafi odmówić sobie kolejnej melodii, zmiany rytmu czy instrumentalnego rozwinięcia. A przecież wielka kompozycja wymaga nie tylko umiejętności dodawania, ale również sztuki rezygnacji. W tym sensie tytułowy utwór stanowi małą metaforę całej dyskografii Flower Kings: zachwyca pomysłowością, ale chwilami potrzebuje bardziej zdecydowanego redaktora.
„Starlight Man”, „Timelines” i „Driver’s Seat”. Człowiek za kierownicą własnego losu
„Starlight Man” jest krótką, pogodną kompozycją, której melodyjność i wokalne harmonie przywołują najbardziej przystępne nagrania Yes. To pięknie wykonana piosenka, lecz trudno uznać ją za szczególnie odkrywczą. Znacznie ciekawszy pozostaje „Timelines”, rozwijający się pomiędzy jazzrockową swobodą, bluesem i symfonicznym rockiem. Początkowe rytmiczne napięcie ustępuje spokojniejszej narracji, a gitara Stolta znakomicie wykorzystuje przestrzeń pozostawioną przez instrumenty klawiszowe. Można usłyszeć tutaj coś ze Steely Dan, zwłaszcza w sposobie łączenia jazzowych harmonii z rockową melodyjnością. Sam tytuł prowokuje do refleksji nad przemijaniem. W „Czarodziejskiej górze” Thomas Mann pokazywał, jak subiektywne jest ludzkie doświadczenie czasu. Chwile nudy mogą wydawać się wiecznością, a całe lata przemijają niemal niezauważalnie. Muzyka Flower Kings działa podobnie, prowadząc słuchacza przez fragmenty rozwijające się w odmiennym tempie i pozostawiające różne emocjonalne ślady.
Drugim monumentalnym filarem albumu pozostaje „Driver’s Seat”, ponad osiemnastominutowa suita, która chwilami dorównuje otwierającemu „Love Supreme”, a pod względem dramaturgii może nawet go przewyższa. Tytułowe miejsce za kierownicą symbolizuje przecież kontrolę nad własnym życiem. Lubimy wierzyć, że podejmowane decyzje są świadome, a przyszłość rozwija się według starannie przygotowanego planu. Tymczasem wystarczy przypadkowe spotkanie, choroba albo polityczna katastrofa, aby cała konstrukcja zaczęła się rozpadać. Milan Kundera wielokrotnie pokazywał, jak ogromną rolę w ludzkich biografiach odgrywa przypadek. The Flower Kings proponują muzyczną wersję podobnej refleksji, prowadząc słuchacza przez nieustannie zmieniające się krajobrazy.
W „Driver’s Seat” pojawiają się echa Kansas, Deep Purple, Queen i klasycznego rocka symfonicznego. Roine Stolt oraz Tomas Bodin prowadzą rozbudowany dialog gitarowo-klawiszowy, a sekcja rytmiczna nadaje całości niezwykłą ruchliwość. Szczególnie piękny jest środkowy fragment, w którym muzyka zwalnia, pojawia się niemal bluesowa improwizacja, a następnie zespół stopniowo odbudowuje napięcie. Lothien z polskiego ArtRock.pl uznała „Driver’s Seat” za najlepszy utwór albumu, wyróżniając jego spójność oraz bluesowy charakter późniejszych fragmentów. Trudno mi się z nią nie zgodzić. To kompozycja pokazująca, że The Flower Kings potrafią znakomicie łączyć różnorodne inspiracje, kiedy podporządkowują je jednej narracji. Oczywiście osiemnaście minut to dużo, a część rozwinięć można byłoby skrócić. Ale niemal każda zmiana posiada tutaj dramaturgiczne uzasadnienie. To jedna z najważniejszych suit w historii zespołu z tamtego okresu.
„The Blade of Cain”. Kain powraca z gitarą Andy’ego Latimera
Album kończy instrumentalny „The Blade of Cain”, pięciominutowa kompozycja będąca jednym z najbardziej poruszających fragmentów całej płyty. Tytuł odwołuje się do biblijnej historii Kaina i Abla, pierwszej wielkiej opowieści o bratobójstwie, zazdrości i przemocy. Kain staje się symbolem człowieka, który nie potrafi zaakceptować własnych ograniczeń ani odmienności drugiego człowieka. Muzyka nie jest jednak ilustracją brutalności. Przeciwnie. Rozpoczyna się delikatnie, niemal elegijnie, a następnie rozwija w jedną z najpiękniejszych gitarowych wypowiedzi Roine Stolta. Nie ma tu potrzeby szybkich przebiegów ani technicznych fajerwerków. Wystarczy kilka długich fraz, aby powstało niezwykłe poczucie melancholii.
Lothien z ArtRock.pl przywołała w swojej recenzji nazwisko Andy’ego Latimera z Camel, dostrzegając podobieństwo jego gitarowej wrażliwości do finału „Adam & Eve”. To wyjątkowo trafne porównanie. Stolt, podobnie jak Latimer, potrafi sprawić, że gitara zaczyna opowiadać historię bardziej sugestywnie niż ludzki głos. Co istotne, zakończenie nawiązuje również do muzycznych motywów otwierającego „Love Supreme”, tworząc symboliczną klamrę. Album rozpoczyna się celebracją miłości, przechodzi przez samotność, pokusę, przemijanie i przemoc, aby zakończyć refleksją nad możliwością pojednania. Nawet kiedy The Flower Kings opowiadają o ciemności, nie rezygnują całkowicie ze światła.
Krytycy o „Adam & Eve”. Arcydzieło czy muzyka zbyt dobrze znana?
Recenzje albumu „Adam & Eve” były wyraźnie podzielone, choć niemal wszyscy autorzy podkreślali znakomity poziom instrumentalny. Szczególnie interesujące okazały się trzy niezależne oceny opublikowane przez Dutch Progressive Rock Page. Chris Meeker wystawił maksymalne 10/10, Tom de Val 8,5/10, a Joris Donkel 8/10. Meeker uznał album za jedno z najważniejszych osiągnięć zespołu i zakończył recenzję słowami „Highly recommended”, czyli „Zdecydowanie polecam”. De Val docenił większą dyscyplinę kompozycyjną oraz „Love Supreme”, „Driver’s Seat” i „A Vampire’s View”, wskazując jednocześnie na słabszą konstrukcję utworu tytułowego. Donkel zauważył natomiast, że płyta jest znakomita warsztatowo, ale niekoniecznie równie odkrywcza jak wcześniejsze dokonania Szwedów.
Znacznie bardziej krytyczna była Lothien z ArtRock.pl, która przyznała wydawnictwu 6/10. Doceniła klasę muzyków, udział Daniela Gildenlöwa i „Driver’s Seat”, lecz stwierdziła: „Adam & Eve nie jest przełomem w karierze The Flower Kings”. Podobne zastrzeżenia zgłosił BATRIC z francuskiego Music Waves, oceniając album na 3/5. Jego zdaniem muzycy zbyt mocno ograniczyli eksperymentalność, proponując bardzo dobre, ale przewidywalne kompozycje. Znacznie bardziej entuzjastyczny był Steve Alspach z Music Street Journal, który podkreślał bogactwo szczegółów oraz fakt, że płyta potrzebuje kilku odsłuchań, aby w pełni ujawnić swoje zalety.
Ta rozbieżność prowadzi do fundamentalnego pytania o sens rocka progresywnego. Czy jego największą wartością pozostaje nieustanne przekraczanie granic? Czy równie ważne może być doskonalenie istniejących form? The Flower Kings na „Adam & Eve” wybierają przede wszystkim drugą drogę. Nie nagrywają muzycznej rewolucji, ale tworzą dzieło pełne znakomitych melodii i instrumentalnego mistrzostwa. Nie każda powieść musi wynajdywać nowy język literacki, nie każdy obraz powinien burzyć zasady perspektywy. Z drugiej strony sztuka całkowicie pozbawiona ryzyka może stopniowo zamieniać się w perfekcyjne rzemiosło. I właśnie pomiędzy tymi dwoma biegunami rozgrywa się historia albumu.
Zamiast zakończenia. Człowiek opuścił raj, ale zabrał ze sobą muzykę
W „Raju utraconym” Johna Miltona Adam i Ewa opuszczają Eden, wiedząc, że świat poza ogrodem nie będzie już przestrzenią niewinności. Czekają ich cierpienie, praca, przemijanie i śmierć. Jednocześnie otwiera się przed nimi historia ludzkiego doświadczenia, pełna wyborów, błędów i nowych możliwości. To jeden z najpiękniejszych paradoksów europejskiej literatury. Utrata raju staje się tragedią, ale zarazem początkiem samodzielności.
„Adam & Eve” The Flower Kings można odczytywać w podobnym duchu. Album rozpoczyna się od niemal mistycznej celebracji miłości, przechodzi przez kosmiczny cyrk, doświadcza wampirzej samotności, konfrontuje człowieka z pokusą, przemijaniem i odpowiedzialnością, a następnie kończy instrumentalną refleksją nad Kainem. Nie jest to ścisła adaptacja biblijnej opowieści, ale tematycznie tworzy zaskakująco spójną całość. O człowieku zdolnym do tworzenia niezwykłego piękna, który równocześnie nieustannie niszczy własny świat. O miłości jako sile pojednania. O wolności, której nie można oddzielić od odpowiedzialności.
Roine Stolt pozostaje artystą głęboko idealistycznym. Jego muzyka nie jest cyniczna ani nie opiera się na przekonaniu, że świat został ostatecznie pozbawiony sensu. Czasami ten idealizm bywa naiwny, wokalne harmonie są zbyt słodkie, a melodie przewidywalne. Ale czy naprawdę musimy zawsze oczekiwać od sztuki rozpaczy? W epoce, w której melancholia stała się niemal obowiązkowym składnikiem ambitnego rocka, The Flower Kings proponują wiarę, że piękno nadal istnieje. Że wielka melodia może przynieść pocieszenie. I że dwudziestominutowa suita nie musi być wyłącznie pokazem instrumentalnej sprawności.
Najbardziej fascynuje mnie jednak obecność Daniela Gildenlöwa, którego dramatyczny głos wnosi do tego muzycznego ogrodu prawdziwy niepokój. Bez niego „Adam & Eve” mógłby pozostać kolejnym pięknym albumem retroprogresywnym. Z nim staje się opowieścią o napięciu pomiędzy rajem a światem po utracie niewinności. To różnica zasadnicza. Świat złożony wyłącznie z harmonii byłby może piękny, ale niekoniecznie interesujący. Człowiek potrzebuje również pytań, wątpliwości i momentów, w których muzyka przestaje go uspokajać.
Ostatecznie album przypomina ogród, w którym rosną zarówno piękne kwiaty, jak i rośliny posiadające ciernie. Nie wszystkie ścieżki prowadzą w interesujące miejsca, część krajobrazów wydaje się znajoma, a niektóre fragmenty można byłoby staranniej przyciąć. Ale kiedy docieramy do najpiękniejszych zakątków, rozumiemy, dlaczego warto było rozpocząć podróż.
Adam i Ewa opuścili raj, ale nie zabrali z niego wyłącznie pamięci o utraconej niewinności. Być może wynieśli również zdolność tworzenia piękna. Roine Stolt przypomina, że muzyka jest jednym z najdoskonalszych sposobów korzystania z tego daru.
Ocena końcowa: 8,5/10
„Adam & Eve” to znakomity album The Flower Kings i jedna z najciekawszych płyt melodyjnego rocka progresywnego pierwszej dekady XXI wieku. Największymi atutami są monumentalne suity „Love Supreme” i „Driver’s Seat”, mroczny „A Vampire’s View”, finałowy „The Blade of Cain”, instrumentalne mistrzostwo Roine Stolta i Tomasa Bodina oraz niezwykła ekspresja Daniela Gildenlöwa. Słabszą stroną pozostaje nadmierna długość niektórych fragmentów, przewidywalność części melodii i nie zawsze spójna konstrukcja utworu tytułowego. Nie jest to dzieło rewolucyjne, lecz album, który znakomicie przypomina, dlaczego szwedzki zespół odegrał tak ważną rolę w odrodzeniu rocka progresywnego.
The Flower Kings – „Adam & Eve” (InsideOut Music, 2004). Dziesięć kompozycji, około 78 minut. Przywołane opinie pochodzą z Dutch Progressive Rock Page, ArtRock.pl, Music Waves i Music Street Journal. Cytaty krytyków zachowano w oryginale, a porównania muzyczne, analogie literackie oraz ocena 8,5/10 mają charakter autorskiego komentarza.
Skróć wstęp i mocniej zarysuj tezęUsuń powtórzenia o raju i muzyce



Napisz komentarz
Komentarze