The Flower Kings – „Adam & Eve”. Raj utracony, wampiry i muzyczny ogród pełen zakazanych owoców
Bóg stworzył świat w sześć dni, siódmego odpoczął. Roine Stolt najwyraźniej uznał, że to stanowczo za mało czasu, aby porządnie rozwinąć gitarową solówkę. Gdyby szwedzki muzyk miał skomponować ścieżkę dźwiękową do stworzenia świata, pierwszy dzień poświęciłby na dwudziestominutową suitę, drugiego zaprosiłby Jona Andersona na próbę, trzeciego poprosił Tomasa Bodina o przygotowanie organowego wstępu, a czwartego odkryłby, że Jonas Reingold zdążył już napisać trzy dodatkowe partie basu. Piątego dnia pojawiłby się Daniel Gildenlöw i zapytał, dlaczego w tym całym raju nikt nie mówi o cierpieniu, winie i samotności. Szóstego muzycy rozpoczęliby nagrywanie, a siódmego okazałoby się, że album trwa niemal osiemdziesiąt minut. Tak wyobrażam sobie narodziny „Adam & Eve” zespołu The Flower Kings. Płyty, na której biblijna symbolika spotyka psychodeliczne pejzaże, duch Yes przenika się z gitarową melancholią Pink Floyd, a symfoniczny rozmach niebezpiecznie zbliża się do granicy muzycznej przesady. To album piękny, niedoskonały, miejscami zaskakująco mroczny, ale przede wszystkim przypominający, dlaczego rock progresywny pozostaje jednym z najbardziej fascynujących gatunków muzycznych.
Wczoraj, 12:51