Pavlov’s Dog – „At the Sound of the Bell”: dzwony dla straconych marzeń i jedno z najpiękniejszych niedocenionych dzieł rocka progresywnego
Są głosy, które zachwycają od pierwszej sekundy, i takie, przed którymi człowiek instynktownie próbuje uciec. David Surkamp należy do tej drugiej kategorii, choć dla niektórych słuchaczy już po kilku minutach ucieczka zamienia się w fascynację, a fascynacja w uzależnienie. Śpiewa tak, jakby ktoś zamknął w jednej krtani Edith Piaf, Geddy’ego Lee, młodego Roberta Planta i bohatera opowiadania Edgara Allana Poego, który właśnie odkrył, że jego ukochana nigdy nie powróci. Wysoki, drżący, chwilami niemal histeryczny głos potrafi doprowadzić do rozpaczy zarówno przeciwników, jak i wielbicieli tej muzyki. A jednak bez niego Pavlov’s Dog byliby zapewne kolejnym amerykańskim zespołem próbującym pogodzić Genesis, Procol Harum, folkowe ballady i rockową przebojowość. Z nim stali się czymś zupełnie osobnym. „At the Sound of the Bell”, drugi album grupy, wydany w 1976 roku, to muzyczna opowieść o utraconej niewinności, tęsknocie za przeszłością i pięknie pojawiającym się często dokładnie wtedy, kiedy wszystko zaczyna się rozpadać. Płyta krótsza od niejednej współczesnej progresywnej suity, lecz mieszcząca więcej melancholii niż całe dyskografie niektórych artystów.
Dzisiaj, 19:40