Gov’t Mule po śmierci Allena Woody’ego. Zespół, który musiał nauczyć się oddychać na nowo
Historia Gov’t Mule rozpoczęła się w 1994 roku, kiedy Warren Haynes i Allen Woody, związani z legendarnym The Allman Brothers Band, postanowili stworzyć własny zespół. Dołączył do nich perkusista Matt Abts, a powstałe trio szybko wypracowało charakterystyczne brzmienie oparte na ciężkim bluesie, rockowej improwizacji i niemal telepatycznym porozumieniu instrumentalistów. Ich muzyka przypominała Cream, ale posiadała również surowość Mountain, melancholię Allman Brothers i gitarową potęgę Led Zeppelin. Debiutancki „Gov’t Mule” z 1995 roku, późniejsze „Dose” oraz „Life Before Insanity” z 2000 roku pokazywały grupę, która nie przejmowała się muzycznymi trendami. W czasach alternatywnego rocka i postgrunge’u zachowywali się tak, jakby historia zatrzymała się w momencie, kiedy Duane Allman i Eric Clapton nagrywali „Layla and Other Assorted Love Songs”. Nie była to jednak rekonstrukcja przeszłości, lecz kontynuacja sposobu myślenia o muzyce opartego na emocjach, improwizacji i przekonaniu, że gitara elektryczna nadal potrafi powiedzieć coś, czego nie da się wyrazić słowami.
Śmierć Allena Woody’ego 26 sierpnia 2000 roku postawiła przyszłość zespołu pod znakiem zapytania. Haynes i Abts nie zdecydowali się od razu zatrudnić następcy. Rozpoczęli projekt „The Deep End”, zapraszając znakomitych basistów różnych pokoleń, aby wspólnie oddać hołd zmarłemu koledze. Było to zarówno muzyczne przedsięwzięcie, jak i sposób przepracowywania straty. Dopiero później zdecydowali się na nowy, stały skład. Do zespołu dołączyli Andy Hess na gitarze basowej oraz Danny Louis na instrumentach klawiszowych. Pierwotne trio przekształciło się w kwartet, a zmiana otworzyła nowe możliwości kompozycyjne. Organy Hammonda i elektryczny fortepian Rhodes pozwoliły wzbogacić muzykę o funkowy puls, soulowe harmonie i subtelniejsze aranżacje. „Déjà Voodoo” ukazał się 14 września 2004 roku nakładem ATO Records. Wyprodukowany przez Haynesa i Michaela Barbiero album zawiera dwanaście utworów trwających łącznie niemal 76 minut. To pierwsze studyjne wydawnictwo nagrane przez nowy kwartet. Nie jest próbą odtworzenia dawnego Gov’t Mule, ale początkiem jego drugiego życia.
„Bad Man Walking”, „About to Rage” i „Perfect Shelter”. Funkowy diabeł spotyka bluesowego kaznodzieję
Album otwiera „Bad Man Walking”, kompozycja niemal natychmiast ujawniająca nową osobowość zespołu. Potężny gitarowy riff spotyka się z funkowym rytmem, a elektryczny fortepian Danny’ego Louisa wprowadza charakterystyczne akcenty przypominające muzykę Nowego Orleanu. Jest tutaj coś z The Meters, odrobina Little Feat i surowość klasycznego southern rocka. Haynes śpiewa głosem człowieka, który wiele przeżył, niejedno widział i dawno przestał wierzyć w prosty podział świata na dobrych i złych. Jego wokal przywołuje Gregga Allmana, ale jest bardziej szorstki, mniej romantyczny, chwilami niemal kaznodziejski. Szczególnie imponuje sposób, w jaki gitara i klawisze wzajemnie się uzupełniają. W dawnym trio Haynes musiał wypełniać niemal całą przestrzeń harmoniczną. Teraz może pozwolić sobie na krótsze frazy, pauzy i instrumentalny dialog. Nowy skład Gov’t Mule nie ogranicza energii zespołu. Pozwala jej oddychać.
„About to Rage”, trwający ponad osiem minut, jest jednym z najważniejszych utworów albumu. Rozwija się powoli, z cierpliwością charakterystyczną dla najlepszych bluesrockowych kompozycji. Można odnaleźć tutaj coś z „Since I’ve Been Loving You” Led Zeppelin, choć Haynes nie próbuje naśladować dramatycznej ekspresji Roberta Planta. Śpiewa bardziej powściągliwie, a gitara staje się drugim głosem opowieści. Muzyka narasta niczym burza nad rozgrzanym południowym krajobrazem. Najpierw pojawiają się pojedyncze błyski, następnie ciężkie chmury, aż wreszcie nadchodzi gwałtowne instrumentalne wyładowanie. Zespół nie rezygnuje z improwizacyjnego dziedzictwa, ale podporządkowuje je konsekwentnej dramaturgii. „Perfect Shelter” wprowadza natomiast gitarowe wah-wah, funkowy rytm i niezwykłą swobodę stylistyczną. Słychać wpływy Jimiego Hendrixa, ale również Stevie Wondera z okresu „Superstition”. Thom Jurek z AllMusic zwrócił uwagę na to połączenie funkowej energii i gitarowej ekspresji. To trafna obserwacja, pokazująca, jak szeroko Gov’t Mule rozumieją tradycję bluesa. Nie jest ona muzealnym eksponatem, lecz żywym językiem, który można rozwijać za pomocą kolejnych rytmów i harmonicznych pomysłów.
„Little Toy Brain”, „Slackjaw Jezebel” i „Wine and Blood”. Południe nie wybacza łatwo
„Little Toy Brain” należy do najbardziej przejmujących kompozycji całej płyty. To powolny, monumentalny blues, w którym organy Hammonda tworzą ciepłe tło dla chropowatego głosu Haynesa. Można odnaleźć tutaj coś z Free i Paula Rodgersa, ale również z melancholijnych ballad Allman Brothers Band. Gitara nie dominuje nad utworem. Pojawia się wtedy, kiedy emocje wymagają mocniejszego akcentu, a następnie ustępuje miejsca wokaliście. Właśnie tutaj najlepiej słychać, jak bardzo Haynes rozwinął się jako autor i interpretator piosenek. Nie jest już wyłącznie znakomitym gitarzystą, który potrafi również śpiewać. Staje się pełnoprawnym wokalistą, umiejętnie wykorzystującym szorstkość własnego głosu. Thom Jurek z AllMusic wyróżniał tę interpretację jako jeden z najlepszych wokalnych momentów w dotychczasowym dorobku artysty.
„Slackjaw Jezebel” przywraca cięższy, niemal bezczelny rockowy charakter. Bas Andy’ego Hessa posiada wyjątkową siłę, a gitarowy riff przypomina spotkanie Black Sabbath z Lynyrd Skynyrd. To muzyka zadymionych barów, nocnych autostrad i ludzi, którzy zbyt długo przesiadywali przy szklance whisky, próbując zapomnieć o własnych problemach. Nie jest to najbardziej subtelna kompozycja albumu, ale znakomicie pokazuje, że Gov’t Mule nie zamierzają rezygnować z surowej energii. Po tym uderzeniu pojawia się „Wine and Blood”, jeden z najpiękniejszych utworów „Déjà Voodoo”. Muzyka zwalnia, wkracza melancholia, a southern rock staje się opowieścią o ludziach, których życie nie potoczyło się zgodnie z marzeniami. Słychać echa „Melissa” Allman Brothers Band i amerykańskiego country rocka. Haynes wykorzystuje gitarę do komentowania własnego śpiewu. Kilka dźwięków, delikatne podciągnięcie struny i odpowiednio długa pauza wystarczają, aby stworzyć emocjonalne napięcie.
„Wine and Blood” przywołuje mi prozę Cormaca McCarthy’ego, szczególnie jego zdolność przedstawiania ludzi zmagających się z przeszłością i światem pozbawionym łatwego pocieszenia. Nie chodzi o dosłowną literacką inspirację, lecz podobną temperaturę emocjonalną. U McCarthy’ego krajobraz amerykańskiego Południa bywa piękny i okrutny jednocześnie. U Gov’t Mule podobną sprzeczność odnajdujemy w muzyce. Melodia jest ciepła, niemal kojąca, ale pod jej powierzchnią kryje się ból. „Lola Leave Your Light On” przynosi powrót do gitarowej brutalności. To southern rock w najbardziej bezpośrednim wydaniu, przywołujący Lynyrd Skynyrd i ZZ Top. Gitara Haynesa brzmi niemal fizycznie, jakby posiadała własny ciężar, a sekcja rytmiczna zapewnia jej znakomity fundament. To nie jest muzyka dla słuchaczy oczekujących trzyminutowego radiowego przeboju. Potrzebuje czasu, aby pokazać pełnię swojej siły.
„Silent Scream”. Jedenaście minut w ciemności
„Silent Scream” jest najbardziej rozbudowaną kompozycją „Déjà Voodoo”, trwającą niemal jedenaście minut. To muzyczna podróż przez psychodeliczny rock, bluesową balladę i niemal progresywną dramaturgię. Utwór rozpoczyna się spokojnie, ale stopniowo narasta, tworząc atmosferę niepokoju i emocjonalnego napięcia. Organy Danny’ego Louisa odgrywają szczególnie ważną rolę. Nie są jedynie tłem dla gitarowych popisów, lecz pełnoprawnym partnerem w instrumentalnym dialogu. Chwilami można odnaleźć tutaj coś z Pink Floyd z okresu „Meddle” i „Wish You Were Here”, ale Gov’t Mule zachowują własne, wyraźnie bluesowe korzenie.
Sam tytuł – „Milczący krzyk” – przywołuje obraz cierpienia, którego nie sposób wyrazić słowami. W „Krzyku” Edvarda Muncha przerażenie staje się doświadczeniem niemal kosmicznym, przenikającym cały otaczający świat. Muzyka Gov’t Mule wywołuje podobne wrażenie. Gitara nieustannie próbuje wyrwać się z melancholijnego otoczenia, ale powraca do ciężkiego, niemal hipnotycznego rytmu. Geoffrey Himes z „The Washington Post” dostrzegł w „Silent Scream” skojarzenia z balladami Johna Lennona, podkreślając jednocześnie, że obecność instrumentów klawiszowych pozwoliła Haynesowi znacznie poszerzyć język harmoniczny. To właśnie tutaj szczególnie mocno słychać, że Gov’t Mule na „Déjà Voodoo” stali się zespołem bardziej wszechstronnym. Nie porzucili bluesa, lecz przestali traktować go jako ograniczenie.
„No Celebration”, „Mr. Man” i „My Separate Reality”. Nie każde zwycięstwo zasługuje na toast
„No Celebration” jest jedną z najbardziej dojrzałych emocjonalnie piosenek wydawnictwa. Już sam tytuł – „Żadnego świętowania” – przywołuje człowieka, który nie znajduje powodów do radości, nawet jeśli otoczenie oczekuje triumfalnych deklaracji. Muzyka rozwija się powoli, pozostawiając miejsce chropowatemu głosowi Haynesa. Nie ma tutaj teatralnego patosu ani próby wymuszenia współczucia. Słychać raczej wyznanie człowieka zbyt zmęczonego, aby nadal ukrywać prawdę o własnym życiu. Można zastanawiać się, czy doświadczenie utraty Allena Woody’ego wpłynęło na bardziej refleksyjny charakter twórczości Haynesa, choć byłoby uproszczeniem traktowanie każdej melancholijnej kompozycji jako bezpośredniego wspomnienia zmarłego muzyka. Geoffrey Himes z „The Washington Post” dostrzegł jednak w najlepszych utworach albumu szczególną emocjonalną głębię związaną z doświadczeniem straty.
„No Celebration” przywołuje również późną twórczość Johnny’ego Casha, szczególnie nagrania przygotowane wspólnie z Rickiem Rubinem. Nie chodzi o podobieństwo instrumentarium, lecz o emocjonalną oszczędność i dojrzałość. Cash potrafił śpiewać tak, jakby każde słowo było próbą rozliczenia się z własną przeszłością. Haynes nie osiąga podobnej surowości, ale jego głos posiada analogiczną wiarygodność. „Mr. Man” przynosi powrót do dynamicznego southern boogie. Rytm przypomina ZZ Top i Allman Brothers Band, a całość stanowi koncertowy oddech po wcześniejszym melancholijnym napięciu. To nie jest najbardziej odkrywcza kompozycja albumu, ale pokazuje niezwykłą chemię zespołu. Nawet kiedy muzycy wykorzystują znany schemat, ich wspólna gra posiada energię trudną do podrobienia.
„My Separate Reality” należy natomiast do najcięższych nagrań płyty. Gitara Haynesa brzmi niemal jak przemysłowa maszyna, a bas i perkusja tworzą rytmiczną konstrukcję o ogromnej sile. Muzyka pozostaje zakorzeniona w bluesie, lecz zbliża się do klasycznego hard rocka i wczesnego heavy metalu. Słychać Led Zeppelin i Black Sabbath, ale ciężar Gov’t Mule jest bardziej ziemski, fizyczny, pozbawiony mitologicznej otoczki. Tytułową odrębną rzeczywistość można potraktować jako metaforę samotności człowieka, który stopniowo traci kontakt ze światem. W „Notatkach z podziemia” Dostojewskiego narrator zamyka się we własnych myślach, obsesjach i poczuciu wyobcowania. Gov’t Mule przywołują podobną atmosferę za pomocą potężnego gitarowego riffu, pokazując, że Warren Haynes potrafi nadawać instrumentalnej sile psychologiczne znaczenie.
„New World Blues”. Amerykański sen, który nie wszystkim przyniósł szczęście
Album kończy „New World Blues”, kompozycja nawiązująca do tradycji amerykańskiego bluesa, ale również do refleksji nad współczesnym światem. Tytuł można odczytać jako przewrotny komentarz do mitu Nowego Świata, miejsca obiecującego wolność, sukces i nieograniczone możliwości. Muzyka Gov’t Mule przypomina jednak, że za wielkimi obietnicami kryją się również rozczarowania, nierówności i cierpienie. W literaturze podobne napięcie odnajdujemy w „Gronach gniewu” Johna Steinbecka, gdzie bohaterowie wyruszają w poszukiwaniu lepszego życia, aby odkryć rzeczywistość znacznie bardziej okrutną niż własne marzenia. Gov’t Mule nie tworzą oczywiście muzycznej adaptacji Steinbecka, ale blues od dawna opowiada o podobnym doświadczeniu: nadziei, która nieustannie musi mierzyć się z rzeczywistością.
„New World Blues” nie jest triumfalnym zakończeniem. Nie zamyka płyty wielką instrumentalną eksplozją. Pozostawia poczucie, że muzyczna podróż mogłaby trwać nadal, ponieważ historie opowiadane przez bluesa nigdy nie znajdują ostatecznego rozwiązania. I właśnie dlatego stanowi odpowiedni finał wydawnictwa. „Déjà Voodoo” nie opowiada przecież o zwycięstwie nad przeszłością, lecz o zdolności dalszego życia pomimo jej ciężaru.
Krytycy o „Déjà Voodoo”. Blues, który nie zna pojęcia muzycznej mody
„Déjà Voodoo” spotkał się z przychylnym przyjęciem krytyków, choć nie wszyscy jednakowo oceniali jego oryginalność. Szczególnie interesującą recenzję opublikował Wojciech Mann w „Polityce” 13 listopada 2004 roku, nadając jej tytuł „Muł ponad podziałami”. Zwrócił uwagę na niezależność Warrena Haynesa od przemijających trendów, przywiązanie do bluesrockowej tradycji oraz wyjątkową cierpliwość, której ta muzyka wymaga od słuchacza. Napisał: „Nie kupujcie tej płyty, jeżeli się ciągle spieszycie”. To jedno zdanie znakomicie oddaje istotę Gov’t Mule. W epoce coraz krótszych radiowych przebojów zespół proponował kompozycje wymagające skupienia i gotowości do zanurzenia się w długich gitarowych frazach. Mann dostrzegł również kojący charakter muzyki, która mimo ciężkich riffów i dramatycznych solówek potrafi przynieść emocjonalne uspokojenie.
Thom Jurek z AllMusic uznał „Déjà Voodoo” za wydawnictwo otwierające nowy etap historii Gov’t Mule. Szczególnie docenił obecność Andy’ego Hessa i Danny’ego Louisa oraz sposób, w jaki przekształcenie trio w kwartet poszerzyło możliwości harmoniczne zespołu. Napisał: „A new chapter in the life of a truly inspiring rock & roll band”, czyli „Nowy rozdział w życiu naprawdę inspirującego zespołu rockandrollowego”. Wyróżnił między innymi „Bad Man Walking”, „Perfect Shelter”, „Little Toy Brain”, „Slackjaw Jezebel” i „Wine and Blood”. Geoffrey Himes z „The Washington Post” poszedł jeszcze dalej, uznając album za najlepszą ówczesną propozycję Gov’t Mule. Podkreślił rozwój Haynesa jako kompozytora i wokalisty, choć zauważył również, że część tekstów pozostaje w granicach bluesrockowych stereotypów.
Doug Collette z „All About Jazz” szczególnie wysoko ocenił chemię nowego kwartetu oraz umiejętność pogodzenia improwizacyjnej swobody z bardziej zwartą konstrukcją piosenek. Napisał: „Deja Voodoo is potent, intelligent music, hard rock with brains”, czyli „Déjà Voodoo to mocna, inteligentna muzyka – hard rock z głową”. Trudno o trafniejsze podsumowanie. Z kolei Mike Greenhaus z Jambands.com zwrócił uwagę, że po latach personalnych zmian i koncertowych eksperymentów Gov’t Mule odnaleźli stabilne brzmienie. W jego ocenie materiał jest cięższy, mroczniejszy i bardziej refleksyjny niż część wcześniejszych nagrań. Te opinie wskazują na fundamentalną zmianę: Gov’t Mule nie stali się zespołem bardziej efektownym, lecz bardziej świadomym własnych możliwości.
Warren Haynes. Gitarzysta, który nie potrzebuje udowadniać własnej wielkości
Warren Haynes należy do najważniejszych gitarzystów współczesnego blues rocka, ale jego wielkość nie polega na nieustannym demonstrowaniu technicznej sprawności. Nie jest rewolucjonistą na miarę Jimiego Hendrixa ani wirtuozem zainteresowanym przede wszystkim szybkością gry. Jego siła wynika ze zdolności nadawania pojedynczym dźwiękom emocjonalnego znaczenia. Można odnaleźć w nim Duane’a Allmana, Alberta Kinga, B.B. Kinga, Erica Claptona i Paula Kossoffa, ale także charakterystyczną dla southern rocka umiejętność łączenia bluesowej melancholii z gitarową potęgą. Haynes potrafi zagrać jedną frazę, pozwolić jej wybrzmieć i dopiero po chwili odpowiedzieć kolejną. To muzyczny odpowiednik literackiego milczenia. Ernest Hemingway pokazywał, że największy dramat można opowiedzieć za pomocą oszczędnych zdań i znaczeń ukrytych pomiędzy słowami. Haynes robi coś podobnego z gitarą.
Równie ważne pozostaje drugie oblicze jego twórczości – gitarowa brutalność. Kiedy wchodzi ciężki riff, potrafi zabrzmieć niemal jak Tony Iommi, choć jego muzyka pozostaje mocniej zakorzeniona w bluesie. Na „Déjà Voodoo” oba temperamenty odnajdują znakomitą równowagę. Ogromne znaczenie ma również Danny Louis, którego organy Hammonda i fortepian Rhodes nie tylko wzbogacają aranżacje, ale zmieniają sposób funkcjonowania całego zespołu. Haynes nie musi już bez przerwy grać. Może milczeć, odpowiadać, budować napięcie i pozwalać innym muzykom przejmować inicjatywę. To nie jest zwyczajna zmiana personalna. To zmiana całej muzycznej filozofii Gov’t Mule.
Zamiast zakończenia. Umarłych nie można zastąpić, ale można nauczyć się żyć
W „Wściekłości i wrzasku” William Faulkner przedstawił świat, w którym przeszłość nieustannie przenika teraźniejszość, a człowiek nie potrafi całkowicie uwolnić się od pamięci. Bohaterowie próbują odnaleźć sens w rzeczywistości naznaczonej stratą, lecz każda próba nowego początku zostaje skonfrontowana z tym, czego nie można już odzyskać. „Déjà Voodoo” Gov’t Mule można odczytywać jako muzyczną opowieść o podobnym doświadczeniu. Nie jest to album żałobny w tradycyjnym znaczeniu. Nie zawiera wyłącznie smutnych ballad i wspomnień o Allenie Woodym. Przeciwnie. Pełno tutaj potężnych riffów, funkowego rytmu, gitarowej energii i niemal fizycznej radości wspólnego grania. Ale właśnie ta sprzeczność stanowi o jego sile.
Żałoba nie oznacza przecież, że człowiek musi na zawsze przestać się śmiać, kochać, pracować czy tworzyć. Pamięć o zmarłym nie wymaga zamknięcia życia w muzeum dawnych wspomnień. Czasami największym hołdem okazuje się odwaga kontynuowania drogi, którą kiedyś rozpoczęliśmy razem. Haynes i Abts zrozumieli to znakomicie. Nie zatrudnili muzyka mającego udawać Allena Woody’ego, nie próbowali odtworzyć dawnego trio. Stworzyli nowy kwartet, pozwalając mu odnaleźć własne brzmienie. Andy Hess i Danny Louis nie stali się zastępcami przeszłości, lecz współautorami przyszłości zespołu.
Oczywiście „Déjà Voodoo” nie jest albumem doskonałym. Niektóre kompozycje mogłyby być krótsze, kilka riffów przypomina wcześniejsze dokonania Gov’t Mule, a część tekstów pozostaje w granicach bluesrockowych konwencji. Przy niemal 76 minutach muzyki można również odczuć zmęczenie powtarzalnością niektórych gitarowych struktur. Ale blues nigdy nie opierał się na bezbłędności. Jego największą siłą pozostawała emocjonalna prawda, nawet jeśli została wyrażona przy pomocy melodii słyszanej wcześniej setki razy.
„Déjà Voodoo” jest albumem ludzi, którzy wiedzą, skąd przyszli, ale nie zamierzają spędzić reszty życia, patrząc wyłącznie za siebie. Nie chodzi tutaj wyłącznie o gitarowe popisy, techniczną doskonałość czy wierność tradycji bluesa. Chodzi o potrzebę dalszego życia, pamięć, która nie musi zamieniać się w ciężar, i przyjaźń, której nie kończy śmierć. O muzykę, która potrafi przeprowadzić człowieka przez najtrudniejsze doświadczenia.
Gov’t Mule na „Déjà Voodoo” nie pokonali śmierci. Zrobili coś bardziej ludzkiego: nauczyli się grać dalej, wiedząc, że nie wszyscy mogą już z nimi stanąć na scenie.
Ocena końcowa: 9/10
„Déjà Voodoo” Gov’t Mule (2004) to jeden z najważniejszych albumów zespołu i jedno z najbardziej wartościowych wydawnictw bluesrockowych początku XXI wieku. Dwanaście kompozycji łączy blues rock, southern rock, hard rock, funk i psychodeliczne improwizacje, a największymi atutami pozostają „Bad Man Walking”, „About to Rage”, „Perfect Shelter”, „Little Toy Brain”, „Wine and Blood”, „Silent Scream” i „No Celebration”. Znakomita gitara Warrena Haynesa, dojrzały wokal, funkowa energia i współpraca nowego kwartetu pozwoliły zespołowi rozpocząć kolejny rozdział historii. Najpoważniejszymi słabościami pozostają długość albumu, powtarzalność części riffów i nierówny poziom tekstów.
Werdykt: To potężny, emocjonalny i znakomicie zagrany album, udowadniający, że można pozostać wiernym bluesrockowym korzeniom, nie rezygnując z artystycznego rozwoju. Warren Haynes, Matt Abts, Andy Hess i Danny Louis stworzyli muzykę dla słuchaczy ceniących Allman Brothers Band, Cream, Free, Led Zeppelin, Lynyrd Skynyrd i klasyczny amerykański blues rock.
Gov’t Mule – „Déjà Voodoo” (ATO Records, 2004). Produkcja: Warren Haynes i Michael Barbiero. Dwanaście utworów, około 76 minut. Przywołane opinie krytyczne pochodzą z „Polityki”, AllMusic, „The Washington Post”, „All About Jazz” i Jambands.com. Cytaty zachowano w oryginale lub uzupełniono polskim tłumaczeniem. Literackie odniesienia i ocena końcowa stanowią autorski komentarz redakcyjny.



Napisz komentarz
Komentarze