Gov’t Mule – „Déjà Voodoo”. Muł, który powrócił z krainy umarłych. Blues, żałoba i gitarowa magia Warrena Haynesa
W muzyce, podobnie jak w życiu, istnieją straty, których nie można naprawić. Można kupić nowy instrument, zatrudnić znakomitego muzyka, wejść do najlepszego studia nagraniowego, ale nie da się przywrócić chemii powstającej pomiędzy ludźmi dzielącymi scenę, ryzyko i własne szaleństwo. Kiedy w sierpniu 2000 roku zmarł Allen Woody, basista Gov’t Mule, wydawało się, że wraz z nim odszedł również fragment duszy zespołu. Warren Haynes i Matt Abts stanęli przed wyborem, który zna każdy człowiek próbujący przetrwać po wielkiej stracie: pozostać wiernym przeszłości czy nauczyć się żyć od nowa. Cztery lata później odpowiedzieli albumem „Déjà Voodoo”. Płytą, na której gitara brzmi jak stary silnik Harleya próbujący wyrwać się z bagien Luizjany, organy Hammonda pachną zadymionym barem w Nowym Orleanie, a blues nie jest gatunkiem muzycznym, lecz sposobem opowiadania o wszystkim, co człowieka boli. To muzyka wywodząca się z tradycji Allman Brothers Band, Cream, Free i Led Zeppelin, ale posiadająca własny charakter: surowy, ciężki, chwilami brutalny, a jednocześnie głęboko ludzki. Gov’t Mule nie próbują wskrzesić zmarłego kolegi. Robią coś znacznie trudniejszego. Udowadniają, że pamięć może stać się fundamentem nowego początku.
Dzisiaj, 10:15