Koniec października i pierwsze dni listopada mają swój szczególny rytm. Cmentarze rozświetlają się tysiącami zniczy, wracają nazwiska, historie i obrazy ludzi, których kiedyś mogliśmy dotknąć, z którymi rozmawialiśmy przy stole, kłóciliśmy się, śmialiśmy i planowaliśmy kolejne święta. Wszystkich Świętych dla wielu osób jest dniem pamięci, ale również momentem, kiedy dawno oswojony ból potrafi powrócić z siłą, której się nie spodziewaliśmy.
I nie ma w tym nic niezwykłego.
Jak podkreśla Milena Dzienisiewicz, psycholożka z Kliniki Uniwersytetu SWPS, żałoba nie przebiega według prostego scenariusza. Popularny model Elisabeth Kübler-Ross, opisujący pięć etapów – zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresję i akceptację – przez lata zakorzenił się w kulturze masowej niemal jak instrukcja obsługi cierpienia. Tymczasem prawdziwe życie nie przypomina podręcznika.
– Żałoba nie ma porządku. Emocje nie pojawiają się w uporządkowanej i znanej z góry kolejności. To plątanina uczuć i myśli, które mogą nieustannie pojawiać się i znikać – wyjaśnia ekspertka.
Porównuje żałobę do morza podczas sztormu. Początkowo fale są potężne, czasem niemal odbierają możliwość normalnego funkcjonowania. Z czasem morze się uspokaja. Fale stają się mniejsze i rzadsze, ale nigdy nie znikają całkowicie. Wystarczy fotografia, piosenka słuchana przed laty, zapach potrawy albo jedno zdanie wypowiedziane przez kogoś przypadkiem, by pamięć otworzyła drzwi, które – jak nam się wydawało – były już dawno zamknięte.
Psycholożka wskazuje na model czterech zadań żałoby autorstwa amerykańskiego psychoterapeuty Williama Wordena. Człowiek musi stopniowo uznać rzeczywistość straty, przeżyć związany z nią ból, nauczyć się funkcjonować w świecie bez bliskiej osoby i znaleźć dla zmarłego nowe miejsce we własnym życiu emocjonalnym. Nie istnieje jednak obowiązkowa kolejność tych etapów. Można do nich wracać wiele razy.
Najważniejsza może być świadomość, że śmierć nie musi oznaczać końca relacji.
– Śmierć nie jest końcem relacji. My ją po prostu zmieniamy i kontynuujemy bez fizycznej obecności zmarłego – tłumaczy Dzienisiewicz.
Brzmi to paradoksalnie, ale jest doświadczeniem milionów ludzi. Można nadal gotować pierogi według przepisu babci. Można używać narzędzi po ojcu, słuchać płyt, które kiedyś wspólnie kupowaliśmy, chodzić na mecze drużyny, której kibicował dziadek, albo rozbudowywać pozostawioną przez niego kolekcję znaczków.
Pamięć nie musi być więzieniem. Może być mostem.
Żałoba bywa także doświadczeniem, które rozpoczyna się jeszcze przed śmiercią. W przypadku osób ciężko i nieuleczalnie chorych bliscy mogą przeżywać tzw. żałobę antycypacyjną. Człowiek zaczyna przygotowywać się psychicznie do utraty osoby, która wciąż żyje.
Towarzyszyć temu może nawet pozorny chłód emocjonalny wobec chorego. Nie musi oznaczać braku miłości. Bywa mechanizmem obronnym – próbą zabezpieczenia psychiki przed nadchodzącym bólem. Dlatego tak ważne jest zachowanie bliskości również wtedy, kiedy świadomość nieuchronnego odejścia staje się coraz silniejsza.
Trudne zadanie stoi także przed rodziną i przyjaciółmi osoby pogrążonej w żałobie. Chcemy pomóc, ale często nie wiemy jak. Wtedy pojawiają się zdania powtarzane od pokoleń: „czas leczy rany”, „musisz być silny”, „życie toczy się dalej”.
Problem w tym, że człowiekowi po stracie takie słowa często nie pomagają.
Zdaniem Mileny Dzienisiewicz znacznie ważniejsze od gotowych formuł jest zwykłe zapewnienie o obecności. Czasem uczciwe „nie wiem, co powiedzieć, ale jestem przy tobie” ma większą wartość niż najbardziej wyszukane pocieszenie.
Bo żałoby nie można komuś odebrać. Nie można jej też przyspieszyć. Można jedynie być obok.
Szczególnej delikatności wymaga rozmowa o śmierci z dziećmi. Dorośli często próbują oszczędzić najmłodszym cierpienia i sięgają po metafory. Mówimy, że babcia „odeszła”, dziadek „zasnął na zawsze”, ktoś „jest teraz daleko”.
Psychologowie przestrzegają jednak, że małe dziecko może rozumieć takie komunikaty dosłownie. Jeśli usłyszy, że dziadek „zasnął i już się nie obudzi”, może zacząć bać się własnego snu. Dlatego o śmierci z dziećmi należy rozmawiać prostym i zrozumiałym językiem, dostosowanym do ich wieku.
Nie każda żałoba z czasem łagodnieje. Jeżeli przez wiele miesięcy cierpienie pozostaje równie intensywne, a osoba po stracie nie jest w stanie wrócić do normalnego funkcjonowania, może pojawić się przedłużona reakcja żałoby. W zależności od stosowanej klasyfikacji mówi się o okresie około sześciu do dwunastu miesięcy.
Wówczas warto zwrócić się po pomoc psychologiczną lub psychiatryczną.
Wszystkich Świętych nie musi wyglądać tak samo dla każdego
Okres Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego niesie ze sobą jeszcze jeden ciężar – oczekiwania społeczne. Trzeba pojechać na cmentarz. Trzeba zapalić znicz. Trzeba odwiedzić kilka grobów. Trzeba spotkać się z rodziną.
Ale żałoba nie zna słowa „trzeba”.
Dla jednego człowieka najlepszym sposobem przeżycia tego dnia będzie wielogodzinna wizyta na cmentarzu. Ktoś inny zapali świeczkę w domu. Jeszcze ktoś wyciągnie starą fotografię, włączy płytę, której słuchał z ojcem, albo pójdzie samotnie na spacer.
Rytuał ma pomagać człowiekowi, a nie człowiek służyć rytuałowi.
Dlatego, jak podkreśla psycholożka, warto szanować własne granice i nie zmuszać się do zachowań, na które nie jesteśmy gotowi. Dotyczy to zarówno odwiedzania grobów, jak i rodzinnych spotkań czy rozmów o osobie zmarłej.
Być może właśnie dlatego cmentarze pod koniec października robią na nas tak ogromne wrażenie. Nie są przecież wyłącznie miejscem śmierci. Są jednym z największych archiwów ludzkich relacji. Pod każdym nazwiskiem kryją się czyjeś wspomnienia, głos, gest, charakter, żart opowiadany przy stole.
I dopóki ktoś pamięta – historia tej osoby w pewnym sensie nadal trwa.
Bo żałoba nie polega na tym, żeby przestać kochać człowieka, którego już nie ma. Polega na tym, żeby nauczyć się kochać go inaczej.



Napisz komentarz
Komentarze