PO PROSTU PRZYJAŹŃ
"Po prostu przyjaźń" nie udaje nawet oryginalności. Ta obsadzona gwiazdami, od Bartka Topy i Magdaleny Różdżki, po Annę Polony i Jana Peszka, wielowątkowa opowieść, powstała na bazie sprawdzonego - na świecie i w Polsce - formatu. Ma być śmiesznie, ale i refleksyjnie, dowcipne i wzruszająco. "Po prostu przyjaźń" wygląda trochę jak "Po prostu miłość", czy "Listy do M." - sprawnie zrealizowane, komercyjne kino.
Reżyser filmu, Filip Zylber, jako chłopiec wystąpił w legendarnym "Sanatorium pod Klepsydrą" Wojciecha Jerzego Hasa, od kina nie było już dla niego ucieczki. Debiutował znakomitą adaptacją opowiadania Tadeusza Borowskiego, "Pożegnanie z Marią". Ma na swoim koncie wiele spektakli realizowanych dla Teatru Telewizji, ale także seriali, telenoweli. I właśnie te ostatnie doświadczenia okazały się, zdaje się, decydujące o powierzeniu mu roli reżysera "Po prostu przyjaźń". Ta praca wymagała bowiem przede wszystkim świetnego rzemiosła.
I rzeczywiście, Zylberowi udało się bezkolizyjnie spiąć nadmiar postaci i wątków. Przyjaźń w filmie niejedno ma imię. Chodzi o rozterki w rodzaju: mówić prawdę wprost, czy zachować ją dla siebie, gra toczy się również o tytułową przyjaźń - zagrożoną przez kobietę, pieniądze, albo nieumiarkowane ambicje.
W "Po prostu przyjaźń" spodobała mi się również teza, że przyjaciele wcale nie muszą być do siebie podobni charakterologicznie. Przyjaźń łączy przeciwieństwa. Bogatego z biednym, profesora z karierowiczem, dziewczynę o figurze modelki i brzydala. Taki koncept jest nie tylko bardzo fotogeniczny (nic nie cieszy oka bardziej niż skrajności), to również psychologicznie prawdziwy. Przyjaźń, po prostu przyjaźń - niejedno ma imię.
Łukasz Maciejewski





























































Napisz komentarz
Komentarze