Są takie dokumenty, które nie tyle wyjaśniają rzeczywistość, ile obnażają jej kompromitujący charakter. Odpowiedź Tomaszowskiego Centrum Zdrowia na pytania dotyczące wydatków prezesa Marka Utrackiego należy właśnie do tej kategorii. Formalnie wszystko się zgadza: są tabele, są kwoty, są opisy. Problem w tym, że im dłużej człowiek wczytuje się w te zestawienia, tym trudniej oprzeć się wrażeniu, że pod szyldem „reprezentacji spółki” finansowano rzeczy, które z interesem publicznym miały niewiele wspólnego.
W dokumencie czytamy, że koszty reprezentacyjne obejmowały wydatki „o charakterze okolicznościowym oraz organizacyjnym”, w szczególności zakup kwiatów i usługi cateringowe. Łącznie dało to kwotę 44 346,81 zł. Już sama ta suma powinna skłonić do zadania prostego pytania: czy publiczna spółka ochrony zdrowia naprawdę musi tak hojnie inwestować w dekoracyjno-gastronomiczną otoczkę swojej działalności? A jeśli już musi, to czy potrafi to jasno i uczciwie uzasadnić? Bo z przedstawionych danych wynika przede wszystkim jedno: wydawanie pieniędzy przychodziło łatwiej niż rzetelne tłumaczenie, po co właściwie je wydawano.
Szczególnie uderzają wydatki na kwiaty. Nie chodzi o pojedynczy bukiet kupiony na wyjątkową okazję, ale o regularny, powtarzalny strumień zakupów w kwiaciarni Blanka. W styczniu pojawiają się dwa wydatki po 100 zł, w lutym kolejne: 120 zł i 100 zł, w marcu już 600 zł, potem następne kwoty w kwietniu, maju, czerwcu, lipcu, sierpniu, wrześniu, październiku i listopadzie. Kwiaty wracają w tej dokumentacji z uporem godnym lepszej sprawy. Można odnieść wrażenie, że w TCZ kwiaty były niemal stałym elementem zarządzania. Tylko że spółka lecznicza to nie salon florystyczny ani agencja eventowa. Gdy w placówce ochrony zdrowia z taką regularnością pojawiają się wydatki na wiązanki i kompozycje kwiatowe, obywatel ma pełne prawo zapytać, czy ktoś nie pomylił misji publicznej z prywatnym gustem estetycznym.
Jeszcze bardziej wymowne są wydatki opisane jako „catering”. Sam termin brzmi godnie, służbowo, profesjonalnie. Tyle że za tym eleganckim słowem kryją się bardzo konkretne rachunki. W styczniu dwa razy po 100 zł w Barze Janosik w Zawadzie. W lutym znowu 100 zł w Janosiku i 123,20 zł w firmie Pietrzko z Tomaszowa Mazowieckiego, która — co warto powiedzieć wprost — jest po prostu Pizzerią Fiero. W czerwcu znów 100 zł w Janosiku. W listopadzie kolejne 720 zł i 100 zł w tym samym miejscu, a w grudniu następne 960 zł. Trudno nie zauważyć, że kwoty rzędu 100–150 zł, opisywane urzędowym mianem „cateringu”, najbardziej przypominają zwykłe rachunki za posiłki. I to raczej nie za obsługę dużych wydarzeń, lecz za wyżywienie jednej lub dwóch osób. W przypadku Baru Janosik, położonego przy trasie S8, nasuwa się wręcz banalnie prosty wniosek: to najprawdopodobniej koszt obiadu w trasie, a nie żadnego doniosłego wydarzenia reprezentacyjnego.
I właśnie tutaj zaczyna się problem nie tylko księgowy, ale przede wszystkim etyczny. Bo czym innym jest finansowanie rzeczywiście potrzebnego spotkania służbowego, a czym innym wrzucanie w koszty spółki własnych posiłków i opatrywanie ich wygodną etykietą „catering”. To nie jest drobiazg. To jest pewien styl myślenia o publicznych pieniądzach. Styl, w którym granica między tym, co służbowe, a tym, co osobiste, zaczyna się niebezpiecznie rozmywać. A kiedy taka granica się zaciera, zwykle kończy się to tym, że płaci instytucja, a korzysta jednostka.
Oczywiście w tabeli są także wydatki większe, znacznie większe. W maju pojawia się catering na 2 700 zł od zakładu gastronomicznego Dorota Warczyk z Inowłodza. Taka sama kwota wraca w listopadzie. W grudniu widzimy już 16 200 zł dla tego samego podmiotu, a także 1 600 zł dla FHU Marob z Inowłodza, przy czym sam dokument zaznacza, że chodzi o „duplikat” z dnia 20 grudnia 2025 roku. Osobno odnotowano także 3 000 zł i 200 zł za artykuły cukiernicze z firmy Rafik oraz zwroty różnych kosztów związanych z zakupami spożywczymi czy organizacją dnia św. Mikołaja. To wszystko składa się na obraz, w którym pojęcie „reprezentacji” zostało rozciągnięte do granic przyzwoitości. Bo jeśli w publicznej spółce ochrony zdrowia można pod reprezentację podciągnąć niemal wszystko — od kwiatów, przez pizzę, po świąteczne wydatki spożywcze — to znaczy, że ktoś bardzo długo korzystał z komfortu braku realnej kontroli.
Nie mniej bulwersujące jest to, jak niechętnie odpowiadano na pytania dotyczące innych kosztów. W sprawie telefonu komórkowego i bezprzewodowego internetu spółka nie potrafiła od razu wskazać, czy prezes kiedykolwiek przekroczył przewidziany w umowie limit 250 zł netto miesięcznie. Zamiast konkretnej odpowiedzi pojawiła się zapowiedź, że trzeba dopiero pozyskać billing i dane rozliczeniowe, by ustalić, co właściwie się działo. To brzmi jak administracyjna karykatura nadzoru. Jeśli spółka na bieżąco nie wie, czy prezes przekraczał limity kosztów przewidziane w umowie, to znaczy, że kontrola była co najwyżej fasadowa.
Swoją drogą, podobny mechanizm widać przy kosztach dojazdów. Z przedstawionych tabel wynika, że za przejazdy na trasie Marki–Tomaszów Mazowiecki i z powrotem, czyli de facto za dojazdy do siedziby spółki, wypłacono od stycznia do listopada 2025 roku 37 610,75 zł. Do tego doszło jeszcze 529 zł kosztów jednego wyjazdu służbowego, co razem daje 38 139,75 zł. To już nie są drobne rozliczenia, ale konkretne pieniądze. Powstaje więc pytanie zasadnicze: czy spółka publiczna miała finansować zarządzanie placówką, czy również codzienną logistykę życiową prezesa? Bo z perspektywy zwykłego mieszkańca wygląda to tak, jakby publiczna firma zdrowotna dopłacała do prywatnego modelu funkcjonowania swojego szefa.
Na tym tle szczególnie źle wypada sposób komunikacji. Zamiast przejrzystej i stanowczej odpowiedzi na zadane pytania dostaliśmy dokument, który próbuje sprawiać wrażenie porządku, ale tak naprawdę pozostawia serię niewygodnych niedopowiedzeń. Owszem, wskazano cele zarządcze. Owszem, pokazano zestawienia kosztów. Ale tam, gdzie powinno pojawić się prawdziwe wyjaśnienie sensu i zasadności wydatków, pojawia się urzędowa mgła. Kto dostał te kwiaty? W jakim celu kupowano je niemal przez cały rok? Na czym dokładnie polegał „catering” za 100 zł w barze przy trasie? Kto jadł, z kim jadł i dlaczego płaciła za to spółka? To są pytania elementarne. I to właśnie brak odpowiedzi na te pytania jest dziś najbardziej kompromitujący.
W sprawie wydatków TCZ nie chodzi wyłącznie o liczby. Chodzi o standardy. O elementarne wyczucie, że publiczne pieniądze — zwłaszcza w ochronie zdrowia — nie są prywatnym portfelem prezesa ani funduszem drobnych przyjemności. Kto zarządza taką spółką, powinien zachowywać nie tylko formalną poprawność, ale również powściągliwość, transparentność i zwykłą przyzwoitość. Tymczasem z przedstawionych dokumentów wyłania się obraz odwrotny: lekkość w wydawaniu, ciężkość w tłumaczeniu i wyraźny brak zrozumienia, że etyka w życiu publicznym zaczyna się właśnie od takich pozornie małych rzeczy. Od obiadu wpisanego jako „catering”. Od bukietu wrzuconego w koszty. Od rachunku, który może i da się zaksięgować, ale którego moralnie obronić już znacznie trudniej.
Najgorsze w tej historii jest to, że nie mówimy o prywatnej firmie, w której właściciel ryzykuje własnym majątkiem. Mówimy o podmiocie leczniczym, który działa w sferze szczególnie wrażliwej społecznie. W takim miejscu każdy zbędny wydatek, każdy niejasno opisany rachunek i każdy przejaw finansowej beztroski powinien być traktowany z podwójną surowością. Bo jeśli w ochronie zdrowia nie obowiązują najwyższe standardy odpowiedzialności, to gdzie właściwie miałyby jeszcze obowiązywać?






























































Napisz komentarz
Komentarze