Piątkowy wieczór w Warszawie miał smak właśnie takiego meczu – ciężkiego, nerwowego, momentami szarpanego. Legia po bolesnej lekcji w Poznaniu chciała wrócić na właściwe tory. Widzew przyjechał z nadzieją, że wyrwie się ze strefy spadkowej i wreszcie odwróci niekorzystny bilans bezpośrednich spotkań.
Początek dawał obietnicę emocji. Rajović próbował zaskoczyć Drągowskiego, Kornvig odpowiedział uderzeniem z dystansu. Ale to były tylko przebłyski – potem mecz ugrzązł. Tempo siadło, akcje się rwały, a na murawie więcej było walki niż piłkarskiej jakości. Jakby oba zespoły grały z ciężarem tabeli przywiązanym do nóg.
Pierwsza połowa nie przyniosła rozstrzygnięcia, a Legia dodatkowo straciła Wszołka, potem także Recę. Kontuzje zaczęły układać się w osobny scenariusz tego wieczoru, w którym nawet zmiennicy nie byli w stanie dokończyć swoich ról.
Druga część gry również długo nie rozpalała wyobraźni. Piątkowski uderzył niecelnie głową, Isaac trafił tylko w boczną siatkę. Widzew stworzył jedną naprawdę groźną sytuację – strzał Żyry nie zaskoczył jednak Hindricha. To było wszystko. Zbyt mało, by myśleć o przełamaniu.
A jednak futbol lubi dopisywać nieoczywiste zakończenia.
Gdy zegar przekroczył 90. minutę, a kibice zaczęli godzić się z bezbramkowym remisem, Legia ruszyła po raz ostatni. Zamieszanie w polu karnym, strzał Kapustki, odbita piłka – i wreszcie Adamski, stojący niemal na linii, jak bohater, który pojawia się w ostatnim akcie. Jedno dotknięcie. Jeden moment. Gol.
Stadion eksplodował. Widzew zamarł.
To nie było zwycięstwo przekonujące, nie było też piękne. Ale w takich meczach liczy się jedno – punkty. Legia, niczym bokser po ciężkich rundach, wyprowadziła cios w ostatniej sekundzie i uciekła spod lin. Widzew znów został z niczym, a widmo spadku nie tylko nie zniknęło, ale jakby jeszcze się przybliżyło.
Dla jednych – ulga. Dla drugich – coraz większy niepokój. I tylko gdzieś w tle pobrzmiewa echo dawnych lat, gdy ten mecz znaczył coś więcej niż walkę o przetrwanie.

























































Napisz komentarz
Komentarze