Są słowa, które w polityce lokalnej ważą więcej niż uchwały. Bo uchwałę można zmienić, poprawić, uchylić. Słów – zwłaszcza tych publicznych – już nie. One zostają. Jak rysa na szkle. Jak ślad buta na świeżym betonie.
I właśnie taki ślad zostawił Paweł Jabłoński, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej w Tomaszowie Mazowieckim.
Nie dlatego, że się z kimś nie zgodził.
Nie dlatego, że wszedł w spór.
Ale dlatego, jakim językiem ten spór prowadził.
Bo to nie była krytyka. To nie była polemika. To był język pogardy – skierowany w stronę kobiet, które zrobiły coś, co w polityce lokalnej najwyraźniej wciąż uchodzi za akt niesubordynacji: odważyły się mieć własne zdanie.
W tej jednej wypowiedzi zawiera się coś więcej niż emocja. Tam jest cały system myślenia. Myślenia, które mówi: kobieta w polityce ma być lojalna, cicha, przewidywalna. Ma podnosić rękę wtedy, kiedy trzeba. Ma nie wychodzić przed szereg.
A jeśli wychodzi – staje się celem.
Nieprzypadkowo padają słowa o „trofeach”, nieprzypadkowo pojawia się ton deprecjonowania, sprowadzania do roli dodatku, elementu gry, który można zdobyć, stracić, wymienić. To nie jest język przypadku. To jest język władzy rozumianej w najgorszy możliwy sposób – jako dominacja, a nie odpowiedzialność.
I teraz najważniejsze: to mówi nie anonimowy komentator. To mówi człowiek, który zasiada w prezydium rady. Który powinien być gwarantem standardów, a nie ich zaprzeczeniem.
Bo jeśli wiceprzewodniczący pozwala sobie na taki ton wobec kobiet pełniących funkcje publiczne, to jaki sygnał idzie w dół? Do urzędów, do szkół, do młodych ludzi, którzy patrzą i uczą się, czym jest „polityka”?
Że można więcej?
Że można ostrzej?
Że można bez konsekwencji?
Nie. Tu trzeba postawić granicę.
To nie jest „ostry styl”.
To nie jest „polityczna emocja”.
To jest mizoginia ubrana w język publiczny.
I nie ma dla niej usprawiedliwienia.
Bo demokracja nie polega na tym, że wszyscy się zgadzają. Demokracja polega na tym, że nawet w konflikcie zachowujemy elementarny szacunek. Kiedy ten szacunek znika, zaczyna się coś znacznie groźniejszego – rozkład instytucji od środka.
Tomaszów Mazowiecki nie potrzebuje radnych, którzy traktują kobiety jak „trofea” w politycznej rozgrywce. Potrzebuje ludzi, którzy rozumieją, że mandat to nie przywilej do obrażania, tylko zobowiązanie do reprezentowania wszystkich – także tych, którzy myślą inaczej.
Bo jeśli dziś milczymy wobec takich słów, jutro obudzimy się w rzeczywistości, w której pogarda stanie się normą, a szacunek – wyjątkiem.
I wtedy naprawdę nie będzie już o czym debatować.




























































Napisz komentarz
Komentarze