Pierwsza połowa jak z podręcznika – Lechia kontrolowała grę
Początek meczu należał wprawdzie do gospodarzy – już w 8. minucie Vadym Yavorskyi próbował zaskoczyć efektowną przewrotką – ale była to jedynie zapowiedź jego późniejszego wieczoru, nie dominacji Pelikana.
Bo potem boisko przejęła Lechia. Spokojna w rozegraniu, konsekwentna w ataku pozycyjnym, coraz śmielej zamykała rywali na ich połowie. Brakowało jedynie konkretu – aż do momentu, który odblokował mecz.
W 26. minucie po faulu na Krystianie Kolasie sędzia wskazał na jedenasty metr. Do piłki podszedł Mateusz Kempski i bezbłędnym strzałem dał prowadzenie gościom.
Zaledwie dziewięć minut później było już 0:2. Po dośrodkowaniu Piotra Gębali piłka trafiła do Filipa Zawadzkiego, który – choć jego uderzenie próbował jeszcze ratować bramkarz – skutecznie podwyższył wynik.
Lechia schodziła na przerwę z dwubramkową zaliczką i – co ważniejsze – pełną kontrolą nad spotkaniem.
Po przerwie – inny Pelikan, inna historia
Druga połowa była jak zmiana sceny w teatrze – nagle role się odwróciły.
Pelikan wyszedł na murawę bardziej agresywny, szybszy, zdeterminowany. Już w 57. minucie kontaktowego gola zdobył Adrian Dudziński, wykorzystując zamieszanie po rzucie wolnym.
Chwilę później gospodarze mieli szansę na natychmiastowe wyrównanie. Po faulu bramkarza Lechii Mateusza Awdziewicza sędzia podyktował rzut karny. Do piłki podszedł Tomasz Dąbrowski, ale… przestrzelił nad poprzeczką.
To mógł być moment przełamania. Lechia jednak nie potrafiła odzyskać kontroli.
W 77. minucie znów dał o sobie znać Vadym Yavorskyi, który z bliskiej odległości doprowadził do wyrównania. 2:2 – i mecz zaczynał się od nowa.
Dogrywka – moment, w którym Lechia straciła wszystko
Gdy regulaminowy czas nie przyniósł rozstrzygnięcia, zaczęła się walka na wytrzymałość – fizyczną i mentalną.
W tej drugiej lepsi okazali się gospodarze.
W 97. minucie Yavorskyi uderzył perfekcyjnie z rzutu wolnego, trafiając bezpośrednio do siatki. To był gol, który zmienił układ sił – Lechia musiała gonić wynik, a Pelikan mógł grać swoje.
Zielono-czerwoni próbowali odpowiedzieć, ale ich akcje były coraz bardziej chaotyczne, pozbawione tej precyzji, którą imponowali w pierwszej połowie.
Ostateczny cios padł w doliczonym czasie gry. Kacper Falkowski wykorzystał wyjście bramkarza Lechii i… strzałem z własnej połowy ustalił wynik na 4:2. Gol, który przypieczętował dramat tomaszowian.
Obraz meczu – historia dwóch połówek
To spotkanie można streścić jednym zdaniem:
👉 Lechia zdominowała pierwszą połowę, Pelikan przejął drugą i dogrywkę.
Zabrakło:
- utrzymania koncentracji,
- kontroli tempa gry po przerwie,
- reakcji na rosnącą presję rywala.
Szczegóły meczu
Pelikan Łowicz – Lechia Tomaszów Mazowiecki 2:2 (0:2), po dogrywce 4:2
Bramki:
- Pelikan: Adrian Dudziński 57, Vadym Yavorskyi 77, 97, Kacper Falkowski 120+3
- Lechia: Mateusz Kempski 26 (karny), Filip Zawadzki 35
Żółte kartki:
- Lechia: Eryk Kaproń, Daniel Chwałowski
Sędzia:
- Mikołaj Kujawski (Łódź)
Skład Lechii
Awdziewicz – Becht, Orzechowski, Król, Kolasa (62. Rosiński) – Gębala (73. Garnysz), Kaproń, Szymczak (74. Chwałowski), Pieńkowski – Kempski (55. Bogusławski), Zawadzki (74. Czapla)
Co dalej?
Dla Lechii to bolesna lekcja – bo awans był na wyciągnięcie ręki.
Ale futbol, jak pisał kiedyś Eduardo Galeano, „to opowieść o pamięci krótszej niż wynik końcowy”.
W Tomaszowie zostaje jedno pytanie:
👉 jak zamienić dobrą grę w pierwszej połowie w zwycięstwo trwające 90 minut – albo i więcej?





























































Napisz komentarz
Komentarze