Są takie mecze, które nie potrzebują fajerwerków przez dziewięćdziesiąt minut. Wystarczy, że mają bohatera, dobrą dramaturgię i moment, po którym kibic mówi pod nosem: „dla takich akcji przychodzi się na stadion”. W niedzielnym spotkaniu 32. kolejki Betclic III ligi, grupy I Lechia Tomaszów Mazowiecki pokonała Świt Nowy Dwór Mazowiecki 2:0, a oba gole dla zielono-czerwonych strzelił Mateusz Kempski. Wynik 2:0 i nazwisko strzelca z 6. oraz 80. minuty potwierdzają również serwisy wynikowe oraz klubowa strona Lechii.
To zwycięstwo było czymś więcej niż tylko dopisaniem trzech punktów do tabeli. Lechia podniosła się po bolesnej porażce 1:4 z Troszynem, przełamała serię trzech meczów bez zwycięstwa i zrobiła to w sposób najbardziej budujący: spokojnie, dojrzale, z czystym kontem i wyraźnym stemplem jakości w ofensywie. Przed tym spotkaniem tomaszowianie mieli za sobą remis 2:2 z Wisłą Płock II i porażkę 1:3 z Wigrami Suwałki, co pokazywały ostatnie wyniki ligowe.
Szybki wolny, błyskawiczny cios
Mecz zaczął się dla Lechii niemal idealnie. Jeszcze kibice dobrze nie zdążyli wejść w rytm spotkania, jeszcze trybuny układały się w swój meczowy szmer, a gospodarze już zadali pierwszy cios. W 6. minucie Kamil Szymczak szybko wykonał rzut wolny z okolic połowy boiska. Nie było celebrowania, ustawiania piłki jak rekwizytu w teatrze i czekania, aż rywal złapie oddech. Była decyzja. Długie podanie do Marcina Pieńkowskiego, przyjęcie, obrót, zagranie na jedenasty metr i tam Mateusz Kempski zrobił to, co napastnik powinien robić bez zbędnej poezji: uderzył mocno, efektownie, pod poprzeczkę.
Bramkarz Świtu był bez szans. Lechia prowadziła 1:0, a ten gol ustawił emocje pierwszej połowy. Gospodarze nie cofnęli się głęboko, nie oddali piłki w geście piłkarskiej przezorności. Przeciwnie — próbowali grać swoje. Zielono-czerwoni częściej utrzymywali się przy futbolówce, szukali tempa, wykorzystywali skrzydła i cierpliwie czekali na kolejne pęknięcie w defensywie gości.
Świt, który do Tomaszowa przyjeżdżał po zwycięstwach z ŁKS-em Łomża i Zniczem Biała Piska, nie był zespołem przypadkowym. Ostatnie wyniki nowodworzan pokazywały, że potrafią grać skutecznie, szczególnie gdy dostaną przestrzeń do szybkiego ataku.
Poprzeczka, która mogła zmienić mecz
Pierwsza połowa mogła skończyć się zupełnie innym nastrojem. Lechia miała swoje sytuacje — próbował Piotr Gębala, aktywny był Kempski — ale kiedy prowadzi się tylko jedną bramką, mecz zawsze zostawia rywalowi uchylone drzwi.
Świt niemal przez nie wszedł w doliczonym czasie gry. Po dośrodkowaniu w pole karne Michał Chodorski uderzył głową, Marcin Żyła odbił piłkę przed siebie, a Adrian Olpiński dopadł do futbolówki i huknął tak, że przez moment na stadionie pewnie wielu kibicom zamarł oddech. Piłka zatrzymała się na poprzeczce.
To był jeden z tych momentów, które po meczu łatwo opisać jednym zdaniem, ale na żywo trwają znacznie dłużej. Ułamek sekundy, metaliczna odpowiedź bramki, westchnienie trybun. Lechia zeszła do szatni z prowadzeniem, ale też z ostrzeżeniem: ten mecz trzeba było zamknąć.
Druga połowa: otwarta gra i nerwy pod obiema bramkami
Po przerwie spotkanie nie straciło temperatury. W 56. minucie Marcin Pieńkowski popędził prawą stroną i zagrał przed pole karne do Kamila Szymczaka. Kapitan Lechii uderzył minimalnie obok. Dwie minuty później odpowiedział Emil Andruszkiewicz, próbując szczęścia zza pola karnego. Piłka minęła bramkę, ale Świt sygnalizował, że nadal żyje.
Najbardziej szalony fragment przyszedł kilka minut później. W 63. minucie Kempski świetnie uruchomił Pieńkowskiego. Pomocnik Lechii wpadł w pole karne i uderzył, ale futbolówka odbiła się od poprzeczki. Chwilę później po drugiej stronie boiska Michał Chodorski urwał się lewym skrzydłem, wszedł w pole karne i trafił w słupek.
Poprzeczka Lechii. Słupek Świtu. Dwie sytuacje, które mogły przewrócić scenariusz. Piłka nożna czasem przypomina jazz — niby są nuty, niby jest plan, ale ostatecznie liczy się improwizacja, centymetry i to, kto zachowa więcej chłodu, kiedy robi się gorąco.
Gębala minął sześciu. Kempski tylko dokończył dzieło
Decydujący moment przyszedł w 80. minucie. I był to moment, który powinien trafić do klubowego skrótu sezonu.
Piotr Gębala ruszył z piłką i zaczął mijać rywali, jakby ktoś na chwilę przestawił tempo meczu tylko dla niego. Jeden, drugi, trzeci, kolejni zawodnicy Świtu zostawali za plecami. Nie była to akcja przypadkowa, wymuszona chaosem. To był rajd zuchwały, bezczelnie odważny i piłkarsko piękny. Gębala minął sześciu przeciwników, a potem zrobił rzecz najważniejszą: nie zakochał się we własnym dryblingu. Zagrał do lepiej ustawionego Kempskiego.
A Kempski? Kempski był tam, gdzie trzeba. Dopełnił formalności, trafił na 2:0 i zamknął mecz. Drugi gol napastnika Lechii został odnotowany w 80. minucie, a pierwsze trafienie w 6. minucie.
Zwycięstwo, które ma znaczenie dla tabeli i głów
Po końcowym gwizdku Lechia mogła cieszyć się nie tylko z wyniku, ale także ze sposobu, w jaki go osiągnęła. To było zwycięstwo pewne, ale nie banalne. Świt miał swoje momenty, obił słupek i poprzeczkę, próbował wrócić do gry. Gospodarze jednak przetrwali trudniejsze fragmenty, zachowali czyste konto i zadali drugi cios wtedy, gdy najbardziej go potrzebowali.
Po tym meczu Lechia zajmuje 8. miejsce w tabeli, a Świt plasuje się niżej — Sofascore po spotkaniu wskazywał tomaszowian na 8. pozycji, a zespół z Nowego Dworu Mazowieckiego na 11. miejscu.
Warto też pamiętać, że historia bezpośrednich pojedynków tych drużyn nie była dla Lechii szczególnie komfortowa. W ostatnich dziesięciu meczach przed tym spotkaniem Świt miał lepszy bilans zwycięstw, a jesienią obecnego sezonu w Nowym Dworze padł remis 1:1. Tym bardziej niedzielne 2:0 smakuje jak coś więcej niż zwykłe ligowe zwycięstwo. To był komunikat: w Tomaszowie trzeba grać do końca, ale też trzeba być gotowym na to, że Lechia potrafi ukąsić szybko i poprawić w najważniejszym momencie.
Kempski bohaterem, ale Lechia wygrała zespołem
Najłatwiej napisać, że to był mecz Mateusza Kempskiego. I był. Dwa gole napastnika zawsze robią swoje. Ale byłoby niesprawiedliwością pominąć resztę układanki: szybkie myślenie Szymczaka przy pierwszej bramce, pracę Pieńkowskiego na skrzydle, interwencje Marcina Żyły, konsekwencję defensywy i błysk Piotra Gębali przy drugim trafieniu.
Lechia potrzebowała takiego meczu. Nie tylko dla tabeli. Także dla pewności siebie. Dla kibiców, którzy chcą oglądać zespół odważny, nieprzestraszony własnym prowadzeniem. Dla szatni, która po trudniejszych wynikach musiała przypomnieć sobie, że potrafi kontrolować mecz i wygrywać go bez nerwowej końcówki.
Następne spotkanie Lechia rozegra na wyjeździe z Mławianką Mława — klubowa strona wskazuje ten mecz w terminarzu po starciu ze Świtem. (lechiatm.pl) Po takim zwycięstwie tomaszowianie pojadą tam z czymś, czego nie da się wpisać w protokół meczowy, ale co w futbolu bywa bezcenne: z poczuciem, że gra znowu ma rytm.
Lechia Tomaszów Mazowiecki – Świt Nowy Dwór Mazowiecki 2:0 (1:0)
Bramki: Mateusz Kempski 6, 80
Żółte kartki: Eryk Kaproń, Oliwier Dubicki — Michał Kucharczyk
Sędzia: Karol Kowalski z Lublina
Widzów: 345
Lechia: Marcin Żyła – Maksym Rosiński, Marcin Orzechowski, Piotr Gębala, Eryk Kaproń, Kamil Szymczak, Marcin Pieńkowski, Filip Becht, Mateusz Kempski, Krystian Kolasa, Bartosz Bogus.






























































Komentarze