Pamiętam mojego ojca. Jego choroba była trudna, nietypowa, wymagająca specjalistycznych badań. Była klinika w Krakowie – jedna z niewielu, która mogła pomóc. Ale pomoc miała swoją cenę. Nie tylko finansową. Podróż, pobyt, opieka – dla osoby na wózku to nie jest zwykła wyprawa. To logistyczna operacja wymagająca co najmniej dwóch osób. Nie dałam rady. Zostałam. Przy łóżku. Z igłą, z lekami, z bólem, którego nie da się opisać.
Oddawałam krew. Podawałam środki przeciwbólowe. Patrzyłam, jak ktoś bliski gaśnie – nie dlatego, że nie było wiedzy medycznej, ale dlatego, że nie było dostępu.
Dziś mam pod opieką trzy osoby chore. I kiedy patrzę na zdjęcie posła w garniturze, który – jak się okazuje – choruje, ale jednocześnie ma czas i przestrzeń, by tę chorobę pokazywać publicznie, zaczynam zadawać pytania. Nie o jego zdrowie. O coś znacznie poważniejszego.
O sprawiedliwość.
Etycy od lat podkreślają, że publiczne eksponowanie własnego cierpienia przez osoby sprawujące władzę niesie ryzyko instrumentalizacji emocji społecznych. Jak zauważa prof. Magdalena Środa, „cierpienie w przestrzeni publicznej wymaga szczególnej odpowiedzialności, bo łatwo staje się narzędziem wpływu, a nie autentycznym doświadczeniem”. Z kolei prof. Jacek Hołówka zwraca uwagę, że „moralność życia publicznego opiera się na równości – jeśli ktoś korzysta z przywilejów niedostępnych dla innych, nie powinien budować swojego wizerunku na wspólnocie doświadczenia, której realnie nie dzieli”.
I tu dochodzimy do sedna.
Bo czym jest choroba posła w państwie, w którym parlamentarzysta zarabia kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, ma dostęp do prywatnych konsultacji, szybkiej diagnostyki, najlepszych specjalistów? Czym jest jego cierpienie wobec emeryta, który po czterdziestu latach pracy otrzymuje świadczenie ledwo przekraczające minimum egzystencji i miesiącami czeka na wizytę u specjalisty?
To nie jest ten sam świat.
To nie jest ta sama choroba.
To nie jest ta sama Polska.
Dlatego zadam publicznie jedno, bardzo proste pytanie do chorego, który pozuje do zdjęcia w eleganckim garniturze:
Jakie da Pan gwarancje zwykłemu Kowalskiemu, że za pięć lat będzie mógł leczyć się w powiatowym szpitalu za składki, które całe życie odprowadzał?
Nie w klinice w Warszawie. Nie w prywatnym gabinecie. W zwykłym, powiatowym szpitalu.
Czy zagwarantuje Pan dostęp do lekarza bez miesięcy oczekiwania? Czy zapewni Pan transport dla osób niesamodzielnych? Czy sprawi Pan, że ktoś taki jak ja nie będzie musiał wybierać między opieką nad bliskim a próbą ratowania jego życia setki kilometrów dalej?
Bo dziś ten wybór istnieje. I jest dramatyczny.
Nie oczekuję współczucia. Oczekuję odpowiedzialności.
Proszę więc nie pokazywać choroby jako elementu politycznego wizerunku. Proszę pokazać rozwiązania.
Bo choroba w Polsce nie jest równa dla wszystkich. I dopóki tak będzie, dopóty takie zdjęcia nie będą budziły empatii.
Będą budziły gniew.
Imię i nazwisko do wiadomości redakcji


























































Napisz komentarz
Komentarze