To próba postawienia tamy zjawisku, które przez lata rosło na oczach wszystkich: rodziców, nauczycieli, platform społecznościowych, policji i ustawodawców. Patostreaming stał się jednym z najbardziej ponurych produktów epoki smartfona — czymś pomiędzy tanim spektaklem przemocy, cyfrowym cyrkiem okrucieństwa a moralnym śmietnikiem internetu. Jak w „Mechanicznej pomarańczy” Stanleya Kubricka, przemoc przestała być tylko czynem. Stała się przedstawieniem.
Co zakłada ustawa?
Nowe przepisy mają kryminalizować publiczne rozpowszechnianie w internecie treści przedstawiających popełnienie czynu zabronionego albo pozorowanie takiego czynu — jeżeli odbywa się to w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej.
Chodzi m.in. o materiały pokazujące czyny zagrożone karą pozbawienia wolności, przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, wolności, wolności seksualnej, obyczajności, rodzinie i opiece, a także zachowania z użyciem przemocy. Ustawa obejmuje również znęcanie się nad zwierzętami, zabicie zwierzęcia, poniżające traktowanie innej osoby — nawet za jej zgodą — oraz działania związane z organizacją gier hazardowych.
Szczególnie surowiej traktowane mają być sytuacje, w których treści dotyczą osoby małoletniej. W takim przypadku sprawcy może grozić kara od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.
Patostreaming, czyli patologia na żywo
Samo słowo „patostreaming” powstało z połączenia słów „patologia” i „stream”, czyli internetowa transmisja na żywo. W praktyce oznacza nagrywanie, publikowanie albo transmitowanie materiałów, w których pojawia się przemoc, poniżanie, wulgaryzmy, alkohol, obsceniczne zachowania, znęcanie się nad ludźmi lub zwierzętami.
Mechanizm jest prosty i brutalny. Im większy szok, tym większa oglądalność. Im większa oglądalność, tym większe pieniądze, rozpoznawalność i wpływy. To logika znana z ciemniejszej strony internetu: kliknięcie staje się walutą, a upokorzenie drugiego człowieka — towarem.
Dla dorosłych może to być odrażający margines sieci. Dla dzieci i młodzieży — często materiał, który trafia na ekran przypadkiem, przez algorytm, polecenie znajomych albo krótkie filmiki krążące po komunikatorach. I tu zaczyna się problem, którego nie da się zamknąć jednym głosowaniem w Sejmie.
Prawo próbuje dogonić internet
Do tej pory patostreaming był trudny do jednoznacznego ścigania jako osobne zjawisko. Odpowiedzialność karna mogła pojawiać się wtedy, gdy w materiale dochodziło do konkretnego przestępstwa: pobicia, znęcania, gróźb, naruszenia nietykalności, znieważenia, rozpijania małoletnich czy znęcania się nad zwierzętami. Problem polegał jednak na tym, że internetowa transmisja sama w sobie często funkcjonowała jako osobny model zarabiania na patologii.
Uchwalona przez Sejm ustawa ma uderzyć właśnie w ten mechanizm: nie tylko w sam czyn, ale również w jego publiczne rozpowszechnianie, monetyzowanie i zamienianie w widowisko.
W ustawie przewidziano jednak ważne wyłączenia. Przestępstwem nie mają być działania podejmowane w ramach działalności artystycznej, edukacyjnej, prasowej, naukowej albo w celu ochrony interesu publicznego. To istotne z punktu widzenia mediów, dokumentalistów, organizacji społecznych i osób nagłaśniających patologie po to, by je ujawnić, a nie promować.
Nie tylko Warszawa. To także sprawa lokalnych szkół, rodzin i podwórek
Choć ustawa powstaje w Sejmie, jej znaczenie nie kończy się przy Wiejskiej. Patostreaming dotyka także lokalnych społeczności — takich jak Tomaszów Mazowiecki, Spała, Smardzewice, Inowłódz, Ujazd czy Rzeczyca. Bo internet nie zna granic administracyjnych. Ten sam filmik może w ciągu kilku minut trafić do ucznia podstawówki, licealisty, rodzica i nauczyciela.
Dla szkół to kolejny argument, by poważnie traktować edukację medialną, cyberbezpieczeństwo i rozmowy o przemocy rówieśniczej. Dla rodziców — sygnał, że kontrola rodzicielska nie może polegać wyłącznie na kupieniu dziecku telefonu i nadziei, że „jakoś to będzie”. A dla lokalnych instytucji — przypomnienie, że bezpieczeństwo dzieci coraz częściej zaczyna się nie na przejściu dla pieszych, ale na ekranie smartfona.
Nie chodzi o moralną panikę. Internet nie jest złem wcielonym. Jest jak wielkie miasto: ma biblioteki, koncerty, kina, szkoły i place zabaw, ale ma też zaułki, w które dziecko nie powinno wchodzić samo. Problem w tym, że w sieci te zaułki potrafią same zapukać do ekranu.
Polityczna zgoda ponad podziałami
Prace nad przepisami zainicjowali posłowie zarówno koalicji rządzącej, jak i opozycji. Projekty w tej sprawie składali najpierw posłowie PiS, później także Koalicji Obywatelskiej. Poseł Michał Wójcik z PiS apelował o połączenie projektów i wspólne procedowanie.
W czasach, gdy polska polityka często przypomina bardziej ring niż parlament, tak szerokie poparcie dla ustawy jest warte odnotowania. W głosowaniu za ustawą opowiedziało się 419 posłów. To pokazuje, że w sprawie ochrony dzieci i walki z internetowym handlem przemocą możliwe jest porozumienie ponad partyjnymi szyldami.
Czy sama ustawa wystarczy?
Nie. I warto powiedzieć to wprost.
Nowe przepisy mogą dać policji i prokuraturze skuteczniejsze narzędzie, ale nie zastąpią rozmowy w domu, reakcji szkoły, odpowiedzialności platform internetowych i czujności dorosłych. Patostreaming żyje tam, gdzie przemoc staje się rozrywką, a widz udaje, że jest tylko widzem. Tymczasem każde kliknięcie, udostępnienie i wpłata podczas transmisji są częścią tego mechanizmu.
Ustawa może więc zamknąć część drzwi. Ale klucz do reszty nadal leży w rękach rodziców, nauczycieli, opiekunów, administratorów platform i samych użytkowników internetu.
Bo cyfrowy świat nie wychowuje się sam. Jeżeli zostawimy go algorytmom, dostaniemy to, co algorytmy potrafią robić najlepiej: więcej emocji, więcej skrajności, więcej krzyku. A przecież internet może być także miejscem wiedzy, kultury, muzyki, sportu, lokalnej wspólnoty i dobrej rozmowy.
Pytanie brzmi, którą wersję sieci będziemy dzieciom podsuwać pod nos.



Komentarze