Badanych zapytano, czy koalicja rządząca z premierem Donaldem Tuskiem na czele utrzyma władzę po kolejnych wyborach. Przecząco odpowiedziało łącznie 58,3 proc. respondentów. Odpowiedź „zdecydowanie nie” wybrało 31,3 proc. ankietowanych, natomiast „raczej nie” – 27 proc.
W utrzymanie władzy przez obecny obóz rządzący wierzy jedynie 22,9 proc. badanych. Odpowiedź „zdecydowanie tak” wskazało 7,2 proc., a „raczej tak” – 15,7 proc. Zdania w tej sprawie nie ma 18,8 proc. respondentów.
Badanie United Surveys by IBRiS przeprowadzono dla Wirtualnej Polski w dniach 10–12 lipca 2026 roku metodą mieszaną CATI i CAWI, na reprezentatywnej próbie tysiąca pełnoletnich mieszkańców Polski.
Nawet wyborcy koalicji nie są jednomyślni
Najbardziej niepokojące dla rządu mogą być wyniki uzyskane wśród jego własnych sympatyków. Choć 64 proc. wyborców obozu rządzącego wierzy w utrzymanie władzy, aż 19 proc. przewiduje porażkę, a kolejne 17 proc. nie potrafi ocenić sytuacji.
Oznacza to, że ponad jedna trzecia sympatyków koalicji albo nie wierzy w jej zwycięstwo, albo przynajmniej ma poważne wątpliwości. W polityce taki brak pewności jest zwykle pierwszym sygnałem erozji mobilizacji. Wyborcy głosują nie tylko na programy i kandydatów, ale także na tych, których uznają za zdolnych do skutecznego sprawowania władzy.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja po stronie opozycyjnej. Aż 95 proc. sympatyków opozycji uważa, że obecna koalicja przegra następne wybory.
Jeszcze większy optymizm panuje wśród wyborców Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej. W tej grupie 96 proc. respondentów spodziewa się zmiany władzy. Tylko 3 proc. zakłada utrzymanie obecnego rządu.
KO może wygrać sondaż, ale przegrać władzę
Największym problemem obecnej koalicji nie musi być nawet wynik samej Koalicji Obywatelskiej. KO może pozostać największym ugrupowaniem, a mimo to stracić możliwość zbudowania większości parlamentarnej.
W czerwcowym badaniu IBRiS dla Wirtualnej Polski Koalicja Obywatelska prowadziła z wynikiem 29,7 proc., przed Prawem i Sprawiedliwością, które uzyskało 24,1 proc. Układ poparcia wskazywał jednak, że o przyszłej większości mogą decydować ugrupowania prawicowe, a zwłaszcza Konfederacja.
To zasadnicza różnica pomiędzy wygraniem wyborów a zdobyciem władzy. Polska ordynacja wyborcza nie nagradza wyłącznie partii z pierwszego miejsca. Liczy się zdolność do przekroczenia progu przez sojuszników oraz stworzenia większości liczącej co najmniej 231 posłów.
Donald Tusk może więc wygrać kolejną noc wyborczą w telewizyjnym studiu, a jednocześnie przegrać negocjacje koalicyjne następnego dnia.
Słabość koalicjantów może przesądzić o porażce
Koalicja rządząca powstała jako sojusz ugrupowań bardzo różnych ideowo: od konserwatywnego PSL, przez Polskę 2050 i Koalicję Obywatelską, po Lewicę. W 2023 roku wspólnym mianownikiem był przede wszystkim sprzeciw wobec dalszych rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Taki fundament wystarczył do zdobycia władzy. Może jednak okazać się niewystarczający do jej utrzymania.
Najpoważniejsze zagrożenie dla obecnego obozu stanowi kondycja mniejszych partnerów KO. Jeżeli część z nich nie przekroczy progu wyborczego, głosy oddane na te partie nie przełożą się na mandaty. Wówczas nawet relatywnie dobry wynik Koalicji Obywatelskiej może nie wystarczyć do stworzenia większości.
Właśnie dlatego wzrost znaczenia Konfederacji zmienia polityczną matematykę. Ugrupowanie to może zostać języczkiem u wagi, bez którego ani PiS, ani KO nie będą w stanie samodzielnie zbudować stabilnego rządu. Już wcześniejsze sondaże wskazywały, że ewentualny powrót PiS do władzy zależałby od porozumienia z Konfederacją.
Rząd płaci za rozczarowanie, nie tylko za błędy
Najnowszego badania nie należy czytać jako zwykłego sondażu partyjnego. Ankietowani nie odpowiadali przecież, na kogo zagłosują, ale oceniali, kto ich zdaniem będzie zdolny do utrzymania władzy.
To pytanie o polityczną skuteczność.
Rząd Donalda Tuska coraz wyraźniej płaci za różnicę pomiędzy ogromnymi oczekiwaniami z końca 2023 roku a codzienną praktyką sprawowania władzy. Obietnice szybkich zmian zderzyły się z koalicyjnymi sporami, wetami, konfliktami personalnymi i trudnością w realizowaniu sztandarowych zapowiedzi.
Wyborcy nie muszą znać szczegółów każdego projektu ustawy. Widzą natomiast chaos, wzajemne oskarżenia koalicjantów i brak spójnej odpowiedzi na pytanie, dokąd właściwie zmierza państwo.
Koalicja miała być sprawną drużyną demokratycznej odbudowy. Coraz częściej przypomina jednak orkiestrę, w której każdy gra inny utwór, a dyrygent próbuje przekonać publiczność, że właśnie tak miała brzmieć symfonia.
Anty-PiS może już nie wystarczyć
W wyborach parlamentarnych w 2023 roku Donald Tusk potrafił skutecznie zmobilizować znaczną część społeczeństwa hasłem odsunięcia PiS od władzy. Był to cel czytelny, emocjonalny i dla wielu wyborców wystarczający.
Po kilku latach rządzenia samo ostrzeganie przed powrotem Jarosława Kaczyńskiego może jednak nie wystarczyć.
Partia rządząca musi w końcu odpowiadać za własne decyzje, nie za decyzje poprzedników. Im bliżej wyborów, tym mniej skuteczna będzie opowieść, że wszystkie niepowodzenia wynikają z ośmiu lat rządów PiS, działań prezydenta, Trybunału Konstytucyjnego albo trudnych koalicjantów.
W pewnym momencie wyborcy pytają już tylko: co zostało zrobione?
Jeżeli odpowiedź nie będzie przekonująca, nawet słabość Prawa i Sprawiedliwości nie uratuje obecnej większości.
Prawica ma szansę, ale nie ma jeszcze zwycięstwa
Sondaż jest niewątpliwie dobrym sygnałem dla partii prawicowych, ale nie oznacza, że powrót prawicy do władzy został przesądzony.
Prawo i Sprawiedliwość nadal musi rozwiązać problem przywództwa, poszerzyć swój elektorat i odzyskać wyborców, którzy po 2023 roku przeszli do Konfederacji albo pozostali w domach. Konfederacja z kolei będzie musiała odpowiedzieć na pytanie, czy chce być partią protestu, czy ugrupowaniem gotowym ponosić odpowiedzialność za państwo.
Ewentualna współpraca PiS i Konfederacji nie jest automatyczna. Obie formacje konkurują o część tego samego elektoratu, różnią się gospodarczo i mają własne ambicje personalne. Ich łączny wynik może dać większość, ale równie dobrze powyborcze negocjacje mogą zakończyć się konfliktem.
Przed prawicą otwiera się zatem realna szansa. Byłoby jednak błędem uznać ją za gwarancję zwycięstwa.
Czerwona lampka na biurku premiera
Do regularnych wyborów parlamentarnych pozostał jeszcze ponad rok, a ich dokładna data nie została dotąd wyznaczona. Zgodnie z czteroletnią kadencją obecnego Sejmu powinny się one odbyć jesienią 2027 roku.
W polityce to zarówno dużo, jak i bardzo mało.
Donald Tusk wciąż ma czas, aby odbudować zaufanie. Musiałby jednak przestać traktować wyborców jak publiczność niekończącej się kampanii przeciwko PiS i przedstawić spójną opowieść o efektach własnych rządów. Musiałby również zdyscyplinować koalicjantów i przekonać Polaków, że obecny obóz jest czymś więcej niż tylko tymczasowym porozumieniem ludzi, którzy nie lubią Jarosława Kaczyńskiego.
Dziś większość społeczeństwa w to nie wierzy.
Sondaż IBRiS nie jest jeszcze wyrokiem. Jest jednak donośnym dzwonkiem alarmowym. Jeżeli 58,3 proc. Polaków zakłada zmianę władzy, oznacza to, że obecna koalicja przestała być postrzegana jako naturalny faworyt kolejnych wyborów.
A w demokracji władza zaczyna się kończyć nie wtedy, gdy zostaną policzone głosy, lecz wtedy, gdy ludzie przestają wierzyć, że rządzący są w stanie ponownie wygrać.



Napisz komentarz
Komentarze