Według sondażu IBRiS dla Radia ZET 38,1 proc. wszystkich badanych uważa, że Mateusz Morawiecki powinien zastąpić Jarosława Kaczyńskiego na stanowisku prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Przeciwnego zdania jest 31,3 proc., a aż 30,6 proc. ankietowanych nie potrafi zająć stanowiska.
Znacznie ciekawsze są jednak odpowiedzi osób, które w wyborach parlamentarnych z 15 października 2023 roku głosowały na PiS. Dokładnie 50 proc. z nich chciałoby, aby Morawiecki przejął kierowanie partią. Przeciwko takiej zmianie jest 46 proc., a niezdecydowanych pozostaje zaledwie 4 proc. Badanie przeprowadzono 24 i 25 lipca 2026 roku na reprezentatywnej próbie tysiąca osób.
To wynik niemal remisowy, ale politycznie bardzo znaczący. Pokazuje bowiem, że w elektoracie PiS skończył się czas, w którym pytanie o następcę Jarosława Kaczyńskiego było odbierane jako zdrada albo zamach na jedność partii. Dziś połowa wyborców jest gotowa zaakceptować zmianę przywództwa — i wskazuje konkretne nazwisko.
Elektorat widzi następcę. Partia nadal widzi buntownika
Sondaż jest dla Morawieckiego mocnym argumentem. Były premier może powiedzieć swoim przeciwnikom: nie jestem politykiem bez zaplecza, którego ambicje istnieją wyłącznie w sejmowych kuluarach. Mam poparcie znaczącej części wyborców PiS.
Problem polega na tym, że Prawo i Sprawiedliwość nie jest partią, w której lidera wybiera się w prawyborach organizowanych wśród sympatyków. O przywództwie decydują struktury, delegaci, działacze oraz ludzie posiadający wpływy w partyjnym aparacie. Zgodnie ze statutowymi zasadami najwyższą władzą ugrupowania jest kongres, ale rzeczywisty układ sił przez lata opierał się na niepodważalnym autorytecie Jarosława Kaczyńskiego.
Morawiecki jest silny wśród części wyborców, posłów i polityków młodszego pokolenia. Znacznie słabsza pozostaje jednak jego pozycja wśród partyjnych struktur, które przez lata budowano wokół lojalności wobec prezesa. Dla wielu działaczy były premier jest człowiekiem, który do PiS przyszedł stosunkowo późno, zrobił błyskawiczną karierę, a następnie stworzył własne środowisko polityczne.
To właśnie zaplecze zgromadzone wokół stowarzyszenia Rozwój Plus stało się bezpośrednią przyczyną obecnego konfliktu. Kierownictwo PiS zażądało od parlamentarzystów deklaracji lojalności i rezygnacji z aktywności w konkurencyjnych organizacjach. Po upływie terminu Jarosław Kaczyński mówił o politykach, którzy znaleźli się poza partią. Ostatecznie Komitet Polityczny nie podjął jednak natychmiastowej decyzji o ich usunięciu. Lista 44 osób została przekazana rzecznikowi dyscyplinarnemu, który ma rozpatrywać poszczególne przypadki.
Sam Morawiecki uznał tę decyzję za przeciąganie „kiepskiego serialu” i zadeklarował, że przyjmuje, iż on i jego zwolennicy zostali z PiS usunięci.
W takich warunkach sondaż nie jest zwykłym badaniem popularności. Staje się elementem wewnętrznej wojny.
Morawiecki ma kapitał, którego nie można zlekceważyć
Atutem byłego premiera jest przede wszystkim rozpoznawalność. Przez sześć lat stał na czele rządu, reprezentował Polskę podczas spotkań międzynarodowych i był twarzą najważniejszych programów gospodarczych oraz społecznych obozu Zjednoczonej Prawicy.
Dla części wyborców pozostaje politykiem kompetentnym, sprawnym w debacie ekonomicznej i zdolnym rozmawiać zarówno z tradycyjnym elektoratem PiS, jak i z wyborcami bardziej centrowymi, przedsiębiorcami czy mieszkańcami dużych miast. Jego środowisko jest opisywane jako bardziej prorynkowe, umiarkowane i nastawione na gospodarczy rozwój niż twarde skrzydło partii.
To może być istotne przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku. PiS musi dziś walczyć na dwóch frontach. Z jednej strony konkuruje z Koalicją Obywatelską o część wyborców centrum, z drugiej — traci głosy na rzecz ugrupowań znajdujących się jeszcze dalej na prawo.
Morawiecki mógłby próbować odwrócić partię w stronę centrum i odbudować wizerunek ugrupowania zdolnego nie tylko mobilizować wiernych zwolenników, lecz także zdobywać nowych. Właśnie tutaj znajduje się jego największa polityczna szansa.
Sondaż pokazuje, że dla połowy dawnych wyborców PiS zmiana prezesa nie oznaczałaby końca partii. Mogłaby zostać odebrana jako nowe otwarcie.
Czarnek zajmuje miejsce przeznaczone kiedyś dla Morawieckiego
Największym rywalem Morawieckiego nie jest jednak wyłącznie Jarosław Kaczyński. Jest nim również Przemysław Czarnek, przedstawiany jako kandydat PiS na premiera po wyborach parlamentarnych w 2027 roku. Decyzję w tej sprawie ogłosił sam Kaczyński podczas marcowej konwencji partii.
Wskazanie Czarnka było czytelnym sygnałem: kierownictwo PiS nie zamierzało budować kolejnej kampanii wokół Morawieckiego. Partia wybrała polityka reprezentującego twardszy, bardziej ideologiczny kurs, dobrze przyjmowanego przez najbardziej konserwatywną część elektoratu.
Dla byłego premiera była to nie tylko osobista porażka. Oznaczała odsunięcie od roli naturalnego następcy i faktyczne przekazanie politycznej inicjatywy konkurencyjnemu środowisku.
Morawiecki może mieć większe zdolności koalicyjne i szerszą rozpoznawalność, ale Czarnek posiada atut, którego w PiS nie da się przecenić: został wskazany przez prezesa. Dopóki Jarosław Kaczyński kontroluje partię, takie poparcie waży więcej niż dobry wynik jednego sondażu.
Paradoks Kaczyńskiego
Jarosław Kaczyński przez lata pełnił w PiS podwójną rolę. Był nie tylko liderem, lecz także arbitrem rozstrzygającym spory pomiędzy frakcjami. To on decydował, kto awansuje, kto zostaje przesunięty na boczny tor i kto otrzyma możliwość budowania własnej pozycji.
Dzięki temu partia zachowywała jedność nawet wtedy, gdy wewnątrz niej ścierały się sprzeczne interesy polityczne, gospodarcze i personalne.
Ten model ma jednak swoją cenę. PiS nie wypracowało mechanizmu pokojowej sukcesji. Nie istnieje wyraźnie wskazany następca, który posiadałby jednocześnie poparcie wyborców, struktur, parlamentarzystów i obecnego prezesa.
Morawiecki jest silny wśród części elektoratu i parlamentarzystów. Czarnek ma poparcie twardego skrzydła oraz decyzję Kaczyńskiego w sprawie kandydatury na premiera. Mariusz Błaszczak przez lata uchodził natomiast za polityka najbardziej lojalnego wobec prezesa i akceptowalnego dla partyjnego aparatu.
Żaden z nich nie ma jednak pozycji porównywalnej z Kaczyńskim.
To paradoks obecnego prezesa: jego siła przez lata scalała PiS, ale jednocześnie uniemożliwiała wykreowanie następcy, który mógłby bezkonfliktowo przejąć władzę.
Sondaż wzmacnia Morawieckiego, ale nie daje mu partii
Wynik badania dla Radia ZET może pomóc byłemu premierowi na kilka sposobów.
Po pierwsze, utrudnia przedstawianie go jako polityka pozbawionego społecznego zaplecza. Po drugie, może powstrzymywać część władz PiS przed szybkim usunięciem jego zwolenników. Wyrzucenie grupy reprezentującej poglądy połowy elektoratu byłoby politycznie ryzykowne.
Po trzecie, sondaż zwiększa zdolność Morawieckiego do negocjowania — zarówno wewnątrz PiS, jak i w przypadku powstania nowego ugrupowania lub klubu parlamentarnego.
Jednocześnie badanie ujawnia ograniczenia jego pozycji. Aż 46 proc. wyborców PiS nie chce, aby zastąpił Kaczyńskiego. To niemal połowa partyjnego elektoratu. Morawiecki nie jest więc kandydatem jednoczącym. Jest kandydatem dzielącym wyborców niemal dokładnie na pół.
Co więcej, wśród ogółu badanych popiera go 38,1 proc. respondentów. To wynik wyższy niż odsetek przeciwników, ale nadal daleki od społecznego mandatu pozwalającego mówić o bezdyskusyjnym liderze prawicy.
Trzy możliwe scenariusze
Pierwszy zakłada pojednanie. Kierownictwo PiS mogłoby zatrzymać procedury dyscyplinarne, a Morawiecki ograniczyć autonomiczną aktywność swojego środowiska. Były premier zachowałby miejsce w partii, ale prawdopodobnie musiałby zaakceptować pierwszoplanową rolę Czarnka w wyborach 2027 roku.
Drugi scenariusz to otwarta wojna o sukcesję. Morawiecki pozostałby formalnie w PiS i czekał na osłabienie Kaczyńskiego, próbując stopniowo zdobywać poparcie struktur. Byłaby to jednak długa i wyniszczająca walka, której wynik trudno przewidzieć.
Trzeci wariant oznacza rozłam i budowę osobnego ugrupowania. Taki ruch pozwoliłby Morawieckiemu uzyskać pełną kontrolę nad własnym środowiskiem, ale jednocześnie pozbawiłby go struktur, marki i lojalnego elektoratu PiS. Podział prawicy mógłby zaś utrudnić jej zdobycie większości w wyborach parlamentarnych. Analitycy cytowani przez zagraniczne media wskazują, że rozdrobnienie pomiędzy PiS, środowisko Morawieckiego i ugrupowania bardziej radykalne może zwiększyć szanse obecnego obozu rządzącego na utrzymanie władzy.
Morawiecki może odziedziczyć PiS, ale nie może go zdobyć szturmem
Najnowszy sondaż pokazuje, że Mateusz Morawiecki jest dziś jednym z najpoważniejszych kandydatów do przejęcia przywództwa na polskiej prawicy. Posiada polityczne doświadczenie, rozpoznawalność, własne środowisko i poparcie połowy wyborców PiS z 2023 roku.
Nie oznacza to jednak, że ma realną możliwość natychmiastowego zastąpienia Jarosława Kaczyńskiego.
PiS pozostaje partią zbudowaną pionowo, w której władza nie wypływa wyłącznie z popularności społecznej. Wynika również z kontroli nad strukturami, listami wyborczymi, finansami, nominacjami i aparatem organizacyjnym.
Morawiecki może wygrać sondaż. Może zgromadzić kilkudziesięciu parlamentarzystów. Może nawet stworzyć własną formację. Dopóki jednak Jarosław Kaczyński utrzymuje kontrolę nad głównym nurtem PiS, były premier nie jest następcą, lecz konkurentem.
Jego szansa nadejdzie dopiero wtedy, gdy w partii powstanie rzeczywista próżnia przywództwa. Wtedy okaże się, czy połowa wyborców wskazana w sondażu będzie początkiem większości, czy tylko jedną z dwóch armii stojących naprzeciw siebie w bitwie o polityczne dziedzictwo Kaczyńskiego.



Napisz komentarz
Komentarze