Coraz mniej dzieci, coraz mniej porodówek
Demografia działa jak zimny rachmistrz. W Polsce rodzi się coraz mniej dzieci, a oddziały ginekologiczno-położnicze są rozliczane przede wszystkim za wykonane świadczenia. Kiedy porodów jest niewiele, utrzymanie zespołu, dyżurów, sal, sprzętu i zaplecza staje się dla zadłużonych szpitali coraz większym ciężarem.
W 2010 roku działało w Polsce 406 porodówek. W listopadzie 2025 roku było ich już 305. W tym roku NFZ otrzymał informacje o porodach z 283 oddziałów ginekologiczno-położniczych. To nie jest kosmetyczna korekta systemu, lecz głęboka zmiana mapy opieki okołoporodowej.
Według danych GUS w 2025 roku urodziło się 238 tysięcy dzieci. Rok wcześniej było ich prawie 252 tysiące, w 2023 roku – 272 tysiące, a w 2022 roku – 305 tysięcy. Dla porównania, w czasie wyżu demograficznego lat 80. w Polsce rodziło się ponad 700 tysięcy dzieci rocznie.
Tak wygląda demograficzny kadr w zwolnionym tempie: mniej dzieci, mniej porodów, mniej oddziałów. Ale między statystyką a życiem jest jeszcze człowiek.
„Białe plamy” i godzina drogi do porodu
Największy niepokój budzą tzw. białe plamy, czyli regiony, w których kobieta ma daleko do najbliższego oddziału położniczego. Wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski poinformował, że około 11 tysięcy kobiet w wieku rozrodczym ma do najbliższej porodówki ponad godzinę drogi. To 0,14 proc. Polek w wieku 15–49 lat.
Na papierze liczba może wydawać się niewielka. W praktyce wystarczy jedna kobieta, jedna noc, jedna źle odśnieżona droga, jedno powikłanie. W położnictwie czas bywa równie ważny jak kompetencje lekarza.
Dla mieszkańców mniejszych miast i powiatów, także takich jak Tomaszów Mazowiecki i okoliczne gminy, ta dyskusja nie jest abstrakcją z ministerialnych gabinetów. To pytanie o to, czy lokalny szpital będzie tylko punktem na mapie, czy realnym miejscem bezpieczeństwa.
Ryczałt dla małych porodówek
Ministerstwo Zdrowia przygotowuje dwa główne rozwiązania. Pierwsze zakłada ryczałtowe finansowanie porodówek, które nie osiągają 400 porodów rocznie, ale znajdują się w miejscach istotnych z punktu widzenia dostępności. Dopiero powyżej tej liczby NFZ miałby rozliczać każdy poród oddzielnie.
Resort przyjmuje jednocześnie wskaźnik 700 porodów rocznie jako poziom, który – według analiz – pozwala zapewnić optymalne doświadczenie kliniczne zespołu. To średnio około dwa porody dziennie.
Wiceminister Tomasz Maciejewski tłumaczy, że liczba 400 wynika z analiz obejmujących liczbę procedur, położenie geograficzne szpitali i ogólnopolską tendencję demograficzną. Są bowiem placówki, które nigdy nie osiągną 700 porodów rocznie, ale ich zamknięcie oznaczałoby powstanie białej plamy.
To ważne rozróżnienie. Bo czym innym jest oddział nierentowny w dużym mieście, gdzie kilka innych szpitali działa w promieniu kilkunastu kilometrów, a czym innym porodówka w regionie, gdzie jej likwidacja oznacza dla pacjentek długą, stresującą i potencjalnie niebezpieczną podróż.
Porody domowe i Domy Narodzin
Druga propozycja dotyczy porodów domowych i Domów Narodzin. Obecnie NFZ nie finansuje porodów domowych, dlatego nie prowadzi też pełnych statystyk dotyczących liczby dzieci rodzących się poza szpitalami.
Ministerstwo rozważa wpisanie porodu domowego do koszyka świadczeń gwarantowanych. W grę wchodzi również tworzenie Domów Narodzin, czyli miejsc prowadzonych przez położne, zlokalizowanych w pobliżu zaplecza medycznego. Według zapowiedzi resortu miałyby one funkcjonować przy oddziałach ginekologii planowej, z dostępem do sali operacyjnej i lekarzy na wypadek komplikacji.
To nie jest pomysł z księżyca. W Europie podobne rozwiązania działają m.in. w Holandii, Wielkiej Brytanii, Danii, Niemczech i Francji. W Holandii system porodów domowych jest szczególnie rozwinięty – według wiceministra około 13–16 proc. porodów odbywa się tam w warunkach domowych.
Mniej cesarskich cięć?
Maciejewski zwraca uwagę, że w krajach, w których większą rolę w opiece porodowej odgrywają położne, wykonuje się mniej cesarskich cięć. W Polsce niemal połowa porodów odbywa się przez cesarskie cięcie, podczas gdy Światowa Organizacja Zdrowia wskazuje, że optymalny odsetek takich porodów nie powinien przekraczać 10–15 proc.
To jeden z najważniejszych punktów tej debaty. Poród nie zawsze musi być wydarzeniem medykalizowanym do granic możliwości. Ale też nie może być romantycznym eksperymentem bez zabezpieczenia. Między chłodnym szpitalnym korytarzem a ryzykiem porodu bez systemowego wsparcia jest przestrzeń, którą mogą wypełnić dobrze przygotowane położne, jasne procedury i szybki dostęp do lekarzy.
Fundacja Rodzić po Ludzku: potrzebna strategia, nie chaos
Joanna Pietrusiewicz, prezeska Fundacji Rodzić po Ludzku, ocenia, że zarówno finansowanie porodów domowych, jak i Domy Narodzin są potrzebne. Podkreśla jednak, że nie mogą być traktowane jako proteza po zamykanych porodówkach.
Fundacja od lat postuluje, by porody domowe były finansowane przez NFZ. Dziś są dostępne przede wszystkim dla kobiet, które mogą zapłacić za opiekę kilka tysięcy złotych. Koszt obejmuje m.in. pracę położnych i przygotowanie do porodu.
Pietrusiewicz zaznacza, że poród domowy wymaga kwalifikacji pacjentki, badań, przygotowania i obecności wykwalifikowanego personelu. Nie jest rozwiązaniem dla każdej ciąży. Może być bezpieczny wtedy, gdy odbywa się w przewidywalnych warunkach, przy niskim ryzyku i z możliwością szybkiej interwencji.
Jednocześnie szefowa Fundacji ostrzega, że ewentualne pozostawienie wyłącznie porodówek z liczbą ponad 700 porodów rocznie mogłoby oznaczać likwidację około 80 oddziałów. W niektórych województwach mapa porodówek zmieniłaby się radykalnie.
Jej słowa brzmią jak ostrzeżenie przed reformą prowadzoną metodą przesuwania pionków po planszy. Tyle że pionkami są kobiety, dzieci, położne, lekarze i całe lokalne społeczności.
Szpitale pytają o kryteria
Niepokój widać także po stronie dyrektorów szpitali. Jacek Walkowski, dyrektor szpitala w Starachowicach, podkreśla, że zarządzana przez niego porodówka od lat wysoko plasuje się w rankingu „Gdzie Rodzić po Ludzku”. Placówka przyjmuje około 570 porodów rocznie, ma wysoki odsetek porodów w znieczuleniu i niski odsetek cesarskich cięć.
Mimo tego jej przyszłość nie jest jasna. Dyrektor wystąpił z pismami do wojewody, centrali NFZ i ministra zdrowia, domagając się przedstawienia kryteriów. Pyta, czy poza liczbą porodów brane będą pod uwagę jakość opieki, pozycja w rankingach i realne znaczenie oddziału dla regionu.
To pytania, które powinny wybrzmieć głośno także w innych miastach. Bo liczba porodów jest ważna, ale nie może być jedyną miarą. Jakość, dostępność, bezpieczeństwo i zaufanie pacjentek również mają wartość.
Prawo, pieniądze i realne życie
Zmiany, o których mówi resort, dotykają systemu świadczeń gwarantowanych finansowanych ze środków publicznych. To obszar regulowany m.in. przez ustawę o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz rozporządzenia ministra zdrowia określające zakres świadczeń gwarantowanych.
Jeżeli poród domowy miałby trafić do koszyka świadczeń, potrzebne będą nie tylko pieniądze, ale też precyzyjne standardy: kto kwalifikuje kobietę, jakie badania są obowiązkowe, ile położnych uczestniczy w porodzie, jaki jest maksymalny czas transportu do szpitala, kto odpowiada za dokumentację i kiedy zapada decyzja o przewiezieniu pacjentki na oddział.
Bez tego łatwo stworzyć pięknie brzmiący pomysł, który w praktyce utknie między NFZ, szpitalem, samorządem i pacjentką.
Tomaszów Mazowiecki też powinien patrzeć na tę mapę
W Tomaszowie Mazowieckim działa oddział ginekologiczno-położniczy w Tomaszowskim Centrum Zdrowia. Dla powiatu tomaszowskiego to nie tylko kolejny oddział szpitalny. To część lokalnego bezpieczeństwa zdrowotnego.
Dlatego debata o przyszłości porodówek powinna interesować nie tylko duże miasta i wojewódzkie centra. Jeżeli państwo zaczyna na nowo rysować mapę porodów, lokalne samorządy, dyrektorzy szpitali, radni i parlamentarzyści z regionu powinni pytać o kryteria już teraz.
Bo gdy porodówka znika, nie znika tylko wpis w rejestrze. Znika poczucie bliskości pomocy. A w opiece okołoporodowej bliskość bywa równie ważna jak nowoczesny sprzęt.
Rekomendacje mają być znane pod koniec czerwca
Ministerstwo Zdrowia zapowiada, że rekomendacje dotyczące przyszłości porodówek, porodów domowych i Domów Narodzin mają być gotowe pod koniec czerwca. Przy resorcie powołano już zespół ds. porodów domowych i Domów Narodzin, którym kieruje Grażyna Iwanowicz-Palus, krajowa konsultantka w dziedzinie pielęgniarstwa ginekologiczno-położniczego.
Na początku roku resort proponował także tworzenie pokoi narodzin. Z tej możliwości skorzystał dotąd jeden szpital – od 1 czerwca interwencyjny punkt położniczy działa w Wągrowcu w województwie wielkopolskim.
To pokazuje, że system szuka nowych form. Pytanie tylko, czy będą one odpowiedzią na realne potrzeby kobiet, czy jedynie eleganckim opisem odwrotu państwa z lokalnej opieki porodowej.
Bo poród to nie rubryka w arkuszu kalkulacyjnym. To jedno z tych wydarzeń, w których państwo powinno być blisko. Nie po godzinie drogi, nie po konsultacjach, nie po zamknięciu oddziału. Blisko wtedy, gdy jest naprawdę potrzebne.
Opracowanie na podstawie PAP: Aneta Pawłowska-Krać



Komentarze