Adrian Witczak, poseł z Tomaszowa Mazowieckiego, postanowił zabłysnąć. I jak to często bywa – im słabszy dorobek, tym ostrzejsze słowa. Jego wypowiedź o Sławomirze Cenckiewiczu, sprowadzająca decyzję o rezygnacji do rzekomego „strachu przed weryfikacją”, brzmi jak szkolny komentarz z ławki, a nie jak głos parlamentarzysty. To nie jest analiza. To jest polityczny bełkot ubrany w pozory stanowczości.
Bo kim jest Cenckiewicz? Niezależnie od politycznych sympatii – to historyk, autor licznych publikacji, człowiek, który współpracował z instytucjami państwa przez lata, doradzał prezydentom, zajmował się sprawami bezpieczeństwa i archiwów służb specjalnych. Można się z nim nie zgadzać. Można go krytykować. Ale trzeba mieć czym.
A kim jest jego krytyk?
Adrian Witczak nie zapisał się w tej kadencji niczym, co można by uznać za realny wkład w życie publiczne. Brak inicjatyw, brak projektów, brak obecności tam, gdzie dzieją się sprawy ważne dla ludzi. Zamiast tego – kamera na sejmowym korytarzu, szybki komentarz, kilka chwytliwych zdań. I tyle. Polityka jako performance. Jako mem.
I właśnie to jest sedno problemu. Mamy do czynienia z coraz powszechniejszym zjawiskiem: politycy bez zaplecza, bez doświadczenia, bez dorobku – budują swoją „rozpoznawalność” poprzez atak. Nie poprzez argument, nie poprzez pracę, nie poprzez kompetencje. Poprzez agresję.
To wygodne. Nie trzeba nic umieć. Wystarczy wskazać kogoś, kto coś osiągnął – i spróbować go zredukować do poziomu taniego hasła.
Witczak mówi o „osobie niegodnej zaufania”. Ale czy ktoś, kto przez lata nie potrafi zbudować własnej wiarygodności, ma moralne prawo wydawać takie wyroki? Czy człowiek, który nie stworzył nic trwałego w życiu publicznym, powinien pouczać tych, którzy – niezależnie od ocen – coś po sobie zostawili?
Problem jest jednak głębszy niż jeden poseł i jedna wypowiedź. To system. Mechanizm, w którym polityczna lojalność i medialna widoczność zastępują kompetencje. W którym łatwiej zostać „komentatorem rzeczywistości” niż jej współtwórcą. W którym krzyk wygrywa z wiedzą.
I to niestety dotyczy także naszego lokalnego podwórka.
Tomaszów Mazowiecki nie potrzebuje kolejnych „bohaterów jednego zdania”. Nie potrzebuje polityków, którzy istnieją tylko wtedy, gdy zapala się czerwona lampka kamery. Potrzebuje ludzi, którzy rozumieją, że mandat to nie przepustka do medialnych popisów, ale zobowiązanie.
Bo dziś nie chodzi już tylko o Cenckiewicza. Chodzi o standardy. O to, czy pozwolimy, by debata publiczna zamieniła się w festiwal personalnych wycieczek, czy jednak będziemy wymagać od polityków czegoś więcej niż sprawnego operowania sloganem.
A jeśli ktoś chce naprawdę oceniać innych – niech najpierw pokaże, co sam potrafi. Bo inaczej pozostaje tylko hałas. A hałas, jak wiemy, rzadko bywa oznaką jakości.































































Napisz komentarz
Komentarze