To data, która nie daje się zamknąć w jednej szufladzie. 6 czerwca prowadzi nas przez historię wojenną, literaturę, kino, muzykę, religię, politykę pamięci i sport. Jakby ktoś położył na jednym stole stary wojskowy mundur, egzemplarz „Nad Niemnem”, płytę winylową, kluczyki od „malucha”, rakietę tenisową i taśmę z Abbey Road.
Generał, którego nazwisko śpiewamy w hymnie
208 lat temu, 6 czerwca 1818 roku, w Winnej Górze w Wielkopolsce zmarł gen. Jan Henryk Dąbrowski — twórca Legionów Polskich we Włoszech, uczestnik insurekcji kościuszkowskiej, generał armii Księstwa Warszawskiego. W naszej pamięci pozostał nie tylko jako dowódca, ale jako człowiek, którego nazwisko weszło do narodowego hymnu.
Kiedy śpiewamy „Marsz, marsz, Dąbrowski”, nie przywołujemy jedynie postaci z podręcznika. Przywołujemy całą epokę: rozbiory, emigrację, nadzieję, wojskowy trud i wiarę, że Polska może wrócić nie tylko na mapę, ale także do codziennego języka ludzi. Dąbrowski stał się symbolem uporczywej, czasem niemal szalonej nadziei, że historia nie musi kończyć się klęską.
W lokalnej perspektywie, także tej tomaszowskiej, taka pamięć nie jest pustym ceremoniałem. Tomaszów Mazowiecki wyrósł przecież z pracy, migracji, przemysłu, ambicji i codziennego wysiłku. To miasto dobrze rozumie, że wolność nie rodzi się z jednego gestu. Często powstaje z tysięcy małych decyzji, z organizowania życia, z pilnowania języka, szkoły, kultury i wspólnoty.
Eliza Orzeszkowa — literatura jako sumienie społeczne
185 lat temu, 6 czerwca 1841 roku, w Miłkowszczyźnie koło Grodna urodziła się Eliza Orzeszkowa — pisarka, publicystka, autorka „Nad Niemnem”, „Meira Ezofowicza” i „Marty”. Jedna z pierwszych polskich kobiet, które tak wyraźnie i publicznie zabierały głos w sprawie emancypacji, edukacji i społecznej odpowiedzialności.
Orzeszkowa pisała literaturę, która nie chciała być tylko ozdobą salonu. Jej książki były narzędziem sporu o Polskę po powstaniu styczniowym. Romantyczny zryw przegrał z carskim aparatem przemocy, więc pozytywiści musieli odpowiedzieć na pytanie: co dalej? Orzeszkowa odpowiadała: pracować, uczyć, organizować, nie odwracać wzroku od krzywdy. Zamiast łatwych westchnień — odpowiedzialność. Zamiast pięknych deklaracji — praca u podstaw.
W Tomaszowie i powiecie tomaszowskim ta lekcja nadal brzmi aktualnie. Lokalna wspólnota nie buduje się wyłącznie podczas wielkich rocznic. Buduje się w szkołach, bibliotekach, organizacjach społecznych, samorządach, redakcjach, domach kultury i zwykłych rozmowach mieszkańców. Orzeszkowa dobrze wiedziała, że społeczeństwo nie jest abstrakcją. Społeczeństwo to konkretni ludzie i ich losy.
Roman Wilhelmi — aktor, który grał jakby walczył
90 lat temu, 6 czerwca 1936 roku, w Poznaniu urodził się Roman Wilhelmi. Aktor przez lata związany z warszawskim Teatrem Ateneum, później z Teatrem Nowym. Publiczność zapamiętała go z seriali „Czterej pancerni i pies”, „Alternatywy 4” oraz „Kariera Nikodema Dyzmy”, a także z filmów „Zaklęte rewiry”, „Dzieje grzechu”, „Aria dla atlety” i „Ćma”.
Wilhelmi był aktorem osobnym, gwałtownym, charyzmatycznym. Nie grał miękko. Nie przesuwał się po ekranie jak cień. Wchodził w rolę jak bokser do ringu. Było w nim coś z jazzu: improwizacja, nerw, cięcie, napięcie między ironią a dramatem.
Jako Nikodem Dyzma stworzył portret człowieka, który nie tyle awansuje społecznie, ile obnaża społeczeństwo gotowe klękać przed pozorem. Ta historia, choć napisana przed wojną, wraca co jakiś czas jak refren piosenki, której nikt nie chce pamiętać, ale wszyscy znają melodię. Z kolei Stanisław Anioł z „Alternatyw 4” stał się jedną z najbardziej gorzkich i zarazem komicznych figur PRL-u — twarzą małej władzy, która potrafi zatruć codzienność skuteczniej niż wielkie przemówienia.
D-Day. Kiedy historia wyszła z morza
82 lata temu, 6 czerwca 1944 roku, siły zbrojne alianckich państw zachodnich rozpoczęły lądowanie w Normandii. Była to część operacji „Overlord”, otwierającej drugi front w Europie. D-Day przeszedł do historii jako największa operacja desantowa II wojny światowej i jeden z momentów przesądzających o losach hitlerowskich Niemiec.
W wyobraźni zbiorowej widzimy barki desantowe, stalowe hełmy, mokry piasek, chaos plaż Omaha, Utah, Gold, Juno i Sword. Ale za filmowym obrazem kryje się dramat tysięcy żołnierzy. Normandia nie była efektowną sceną z kina wojennego. Była krwawym początkiem końca III Rzeszy.
Warto pamiętać również o polskim wymiarze tej historii. Polscy żołnierze walczyli na wielu frontach: od Narwiku, przez Tobruk i Monte Cassino, po Falaise. Polska nie miała wtedy wolnego państwa, ale miała armię, która nie skapitulowała duchowo. W tej perspektywie D-Day nie jest tylko historią Zachodu. Jest także częścią opowieści o Europie, która musiała zostać odbita z rąk totalitaryzmu.
Profesor Izdebski i rozmowa o tym, o czym przez lata milczano
70 lat temu, 6 czerwca 1956 roku, urodził się prof. Zbigniew Izdebski — jeden z najbardziej znanych polskich seksuologów, badacz zachowań społecznych, były przewodniczący Towarzystwa Rozwoju Rodziny. Autor publikacji takich jak „Kocha, lubi, szanuje. Wychowanie do życia w rodzinie”, „Seks po polsku. Zachowania seksualne jako element stylu życia Polaków” czy „Tajemnice inicjacji seksualnej. Zanim powiesz tak”.
Izdebski przez lata oswajał w Polsce tematy spychane do szeptu, żartu albo wstydu. Edukacja, zdrowie seksualne, relacje, odpowiedzialność — to obszary, w których język publiczny bywał u nas albo pruderyjny, albo brutalnie uproszczony. Jego praca przypominała, że rozmowa o seksualności nie musi być ani skandalem, ani tabloidową ciekawostką. Może być elementem wiedzy o człowieku, rodzinie, zdrowiu i społeczeństwie.
Fiat 126p — mały samochód, wielki mit PRL
53 lata temu, 6 czerwca 1973 roku, w Fabryce Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej rozpoczęto produkcję Fiata 126p. „Maluch” był ciasny, głośny, kapryśny i niewygodny, a mimo to dla wielu polskich rodzin stał się pierwszym prywatnym biletem do wolności.
W PRL-u Fiat 126p był czymś więcej niż samochodem. Był obietnicą ruchu. Rodzinnym wehikułem wakacji, wyjazdów nad wodę, do rodziny, na działkę, na zakupy, czasem do mechanika częściej niż na urlop. W Tomaszowie i okolicach „maluch” pamięta trasy nad Pilicę, do Spały, Sulejowa, Smardzewic, nad Zalew, na wiejskie drogi i osiedlowe parkingi. Był małą kapsułą aspiracji. Trochę śmieszną, trochę wzruszającą, bardzo naszą.
Beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki i współczesna pamięć męczenników
16 lat temu, 6 czerwca 2010 roku, na placu Piłsudskiego w Warszawie odbyła się msza beatyfikacyjna ks. Jerzego Popiełuszki — kapelana „Solidarności”, zamordowanego w 1984 roku przez funkcjonariuszy komunistycznej Służby Bezpieczeństwa.
Popiełuszko należy do tych postaci, których nie da się zamknąć wyłącznie w kościelnej narracji. Był kapłanem, ale stał się także symbolem sprzeciwu wobec przemocy państwa. Jego słowa „zło dobrem zwyciężaj” przeszły do polskiego języka moralnego. Brzmią prosto, ale ich prostota jest myląca. To jedno z najtrudniejszych zdań w polskiej historii najnowszej.
Dziś w Sanktuarium św. Jana Pawła II na krakowskich Białych Morzach odbywa się także beatyfikacja dziewięciu salezjanów — męczenników II wojny światowej, którzy zginęli w niemieckich nazistowskich obozach Auschwitz i Dachau. Ks. Jan Świerc, ks. Ignacy Antonowicz, ks. Karol Golda, ks. Włodzimierz Szembek, ks. Franciszek Harazim, ks. Ludwik Mroczek, ks. Ignacy Dobiasz, ks. Kazimierz Wojciechowski i ks. Franciszek Miśka ponieśli śmierć w latach 1941–1942.
Organizatorzy uroczystości podkreślają, że beatyfikacja jest publicznym uznaniem ich wierności Bogu, Kościołowi i salezjańskiemu powołaniu w realiach totalitarnej przemocy. To również przypomnienie, że II wojna światowa nie była abstrakcyjnym starciem systemów. Była codziennym miażdżeniem ludzi: duchownych, nauczycieli, robotników, Żydów, Romów, polskich elit i zwykłych rodzin.
Stefan Kuryłowicz i architektura, która zostaje po człowieku
15 lat temu, 6 czerwca 2011 roku, w wypadku lotniczym w Hiszpanii zginął prof. Stefan Kuryłowicz — architekt, autor m.in. gmachu Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu. Był jedną z najważniejszych postaci współczesnej polskiej architektury.
Architektura ma szczególny rodzaj pamięci. Książkę można zamknąć, film wyłączyć, piosenkę zatrzymać. Budynek zostaje w mieście i codziennie rozmawia z ludźmi, nawet jeśli oni nie zawsze to zauważają. Kuryłowicz należał do twórców, którzy rozumieli, że nowoczesność nie musi być brutalnym gestem wobec przestrzeni. Może być próbą uporządkowania chaosu i nadania miastu nowego rytmu.
Wiktor Korcznoj — szachy jako zimnowojenny dramat
10 lat temu, 6 czerwca 2016 roku, zmarł Wiktor Korcznoj, jeden z najlepszych szachistów XX wieku. Do 1976 roku reprezentował ZSRR, później uciekł na Zachód i zamieszkał w Szwajcarii. Jego pojedynki z Anatolijem Karpowem i mecze obserwowane przez miliony ludzi miały wymiar znacznie większy niż sportowy.
Szachownica w czasach zimnej wojny była teatrem ideologicznym. Figury przesuwane po planszy zdawały się czasem reprezentować całe systemy polityczne. Korcznoj był zawodnikiem wybitnym, ale też człowiekiem, którego biografia sama stała się częścią tej rozgrywki między Wschodem a Zachodem. Jego historia pokazuje, że nawet gra tak cicha jak szachy potrafi nieść hałas epoki.
Kalendarium muzyczne: od Tangerine Dream do Maanamu
Muzycznie 6 czerwca jest datą wyjątkowo bogatą. Prowadzi od elektronicznych pejzaży Edgara Froesego i Tangerine Dream, przez złoty głos Binga Crosby’ego, gitarową pirotechnikę Steve’a Vaia, pierwszą sesję The Beatles przy Abbey Road, po jarociński wybuch Maanamu, taneczny triumf Whitney Houston i ostatnie akordy życia Billy’ego Prestona.
Edgar Froese i sen o elektronicznej przyszłości
W 1944 roku w Tylży, mieście położonym dziś w obwodzie kaliningradzkim, urodził się Edgar Froese — niemiecki multiinstrumentalista, kompozytor i współtwórca legendarnej formacji Tangerine Dream. To jedna z tych postaci, bez których trudno wyobrazić sobie historię muzyki elektronicznej.
Froese należał do artystów, którzy zamiast klasycznej piosenki wybrali pejzaż dźwiękowy: syntezatory, repetycje, przestrzeń, puls miasta przyszłości i kosmiczną melancholię. Wczesne albumy Tangerine Dream miały ogromne znaczenie dla rozwoju krautrocka, a późniejsze nagrania pomogły ukształtować brzmienie new age.
Ich muzyka była jak ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego filmu Stanleya Kubricka: chłodna, hipnotyczna, a jednak dziwnie ludzka. Froese nagrywał także płyty solowe. Zmarł w styczniu 2015 roku w Wiedniu.
Bing Crosby — głos epoki radia, kina i wielkich nakładów
W 1960 roku Bing Crosby otrzymał platynową płytę upamiętniającą sprzedaż 200 milionów płyt. Na tę liczbę składało się 2600 singli i 125 dużych płyt. W całym życiu Crosby sprzedał ponad 400 milionów nagrań.
Był kimś więcej niż piosenkarzem. Był głosem epoki radia, kina i wielkiej amerykańskiej rozrywki. Jego interpretacja „White Christmas” stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych nagrań XX wieku. Tam, gdzie Frank Sinatra wnosił dramat i nerw, Crosby dawał ciepło kominka, klubowy półmrok i uśmiech starego Hollywood.
Steve Vai — gitarzysta, który podpisał pakt z wyobraźnią
Tego samego dnia, w 1960 roku, w Nowym Jorku urodził się Steve Vai — wirtuoz gitary, wokalista i kompozytor. Terminował u Franka Zappy, później grał w Alcatrazz, Whitesnake i grupie Davida Lee Rotha. Solową karierę budował albumami „Flex-Able”, „Passion and Warfare” czy „Sex and Religion”.
Vai to gitarzysta z gatunku tych, którzy nie tylko grają nuty, ale próbują z nich budować osobne światy. W filmie „Crossroads” wcielił się w demonicznego gitarzystę Jacka Butlera — i trudno o bardziej trafiony symbol. Jego technika bywała niemal nadnaturalna, ale największa siła Vaia tkwiła w wyobraźni: w umiejętności sprawienia, by gitara brzmiała jak głos, maszyna, krzyk albo sen.
Pierwsza sesja The Beatles przy Abbey Road
W 1962 roku w studiach przy Abbey Road w Londynie odbyła się pierwsza sesja nagraniowa zespołu The Beatles. Grupa nagrała cztery piosenki, a jedną z nich był ich pierwszy singiel — „Love Me Do”. Za sesję każdy z muzyków otrzymał 7 funtów i 10 szylingów.
Z perspektywy historii muzyki wygląda to niemal jak scena otwierająca wielką powieść: kilku młodych chłopaków z Liverpoolu wchodzi do studia, jeszcze bez aureoli legendy, jeszcze bez stadionowego krzyku Beatlemanii, jeszcze bez „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” i „Abbey Road”. A jednak właśnie tam zaczyna się historia, która przestawiła zwrotnice popkultury.
„Yellow River” i przebój, którego nie chcieli The Tremeloes
W 1970 roku zespół Christie zdobył pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów piosenką „Yellow River”. Utwór skomponował lider zespołu Jeff Christie. Początkowo został zaoferowany grupie The Tremeloes, która nagrała go z myślą o wydaniu jako singiel, ale później uznała, że brzmi zbyt popowo. Producent Mike Smith usunął więc ich partie wokalne i zastąpił je głosem Jeffa Christie.
Tak czasem działa muzyczna fortuna: jedni rezygnują z piosenki, inni dzięki niej trafiają na szczyt. „Yellow River” stała się jednym z tych przebojów, które natychmiast przyklejają się do pamięci — prosty refren, jasny rytm, wakacyjna lekkość, za którą stoi cała kuchnia fonograficznych decyzji.
Def Leppard — koncert, który otworzył drzwi do wielkiej kariery
W 1979 roku Def Leppard zagrał koncert w klubie Crookes Workingman w Sheffield. Recenzja występu, opublikowana później w muzycznej gazecie „Sounds”, pomogła zespołowi zdobyć pierwszy kontrakt z wytwórnią Phonogram Records.
W latach 80. Def Leppard stał się jedną z największych rockowych marek świata, sprzedając miliony płyt, z multiplatynową „Hysterią” na czele. Ale zanim przyszły stadiony, teledyski i globalny sukces, była scena klubowa, pot, hałas wzmacniaczy i recenzja, która zadziałała jak zapalnik.
Maanam w Jarocinie — początek polskiej eksplozji
W 1980 roku na I Ogólnopolskim Przeglądzie Muzyki Młodej Generacji w Jarocinie wystąpił Maanam, zespół założony pięć lat wcześniej przez Marka Jackowskiego i Milo Kurtisa. Na jarocińskiej scenie grupa wykonała „Boskie Buenos” i „Żądzę pieniądza”. Oba utwory stały się wielkimi przebojami i wkrótce ukazały się na singlu.
To był moment, w którym polski rock złapał inny oddech. Kora nie śpiewała jak grzeczna gwiazda estrady. Ona rzucała słowa jak iskry. Maanam brzmiał nowocześnie, nerwowo, miejsko. W kraju stojącym u progu Sierpnia ’80 ta muzyka miała w sobie coś z nadchodzącej zmiany — nie manifest wprost, ale napięcie, którego nie dało się już zamknąć w oficjalnej ramówce.
Kim Wilde i Whitney Houston — pop lat 80. w dwóch odsłonach
W 1987 roku Kim Wilde zdobyła pierwsze miejsce amerykańskiej listy przebojów singlem „You Keep Me Hanging On”. Był to cover hitu zespołu The Supremes z 1966 roku, nagrywany później także przez wielu innych artystów. Wersja Kim Wilde przeniosła soul-popowy klasyk Motown w erę syntezatorów, mocnych bębnów i telewizyjnego blasku lat 80.
Tego samego roku Whitney Houston wprowadziła na pierwsze miejsce w Wielkiej Brytanii utwór „I Wanna Dance with Somebody (Who Loves Me)”. Singiel dotarł na szczyty zestawień w kilkunastu krajach i przyniósł artystce nagrodę Grammy w 1988 roku za najlepsze żeńskie wykonanie piosenki pop.
To jeden z tych utworów, które udają czystą radość, ale pod błyszczącą powierzchnią mają samotność. Whitney śpiewa o pragnieniu bliskości, a produkcja zamienia ten głód w taneczny fajerwerk. Pop najwyższej próby: emocjonalny, efektowny, natychmiast rozpoznawalny.
B*Witched, Boyzone i irlandzki pop końca lat 90.
W 1998 roku grupa B*Witched umieściła na pierwszym miejscu brytyjskiej listy przebojów debiutancki singiel „C’est La Vie”. Irlandzki żeński kwartet stał się siódmym wykonawcą, którego pierwsza płytka zadebiutowała na szczycie brytyjskiego zestawienia. Tego samego dnia na pierwszym miejscu listy albumów znalazła się płyta „Where We Belong” zespołu Boyzone.
Był to czas, gdy pop końca lat 90. chodził w dżinsie, miał szeroki uśmiech, taneczny refren i energię telewizji muzycznych. Dziś te nagrania są kapsułą czasu: trochę niewinne, trochę plastikowe, ale dla wielu osób wciąż natychmiast otwierające drzwi do młodości.
Billy Preston — klawiszowiec, który rozświetlał cudze piosenki
W 2006 roku w klinice w Malibu w Kalifornii zmarł Billy Preston — klawiszowiec, wokalista, laureat Grammy. Współpracował z gigantami muzyki rockowej, popowej i rhythm and bluesa: The Beatles, The Rolling Stones, Nat King Cole’em, Little Richardem, Rayem Charlesem, Eltonem Johnem, Erikiem Claptonem i Bobem Dylanem.
Preston był jednym z tych muzyków, którzy potrafili rozświetlić cudzą piosenkę kilkoma akordami. W historii The Beatles zapisał się szczególnie mocno — jego gra na elektrycznym pianinie w czasie sesji „Get Back” i „Let It Be” wniosła do zespołu świeżą energię w momencie, gdy grupa pękała już od środka. Nie bez powodu bywał nazywany „piątym Beatlesem”.
Dziś w kraju: beatyfikacja, Lednica i trudna rozmowa o pamięci
Dzisiejsza sobota przynosi także ważne wydarzenia bieżące. W Krakowie odbywa się beatyfikacja dziewięciu salezjanów — męczenników niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych Auschwitz i Dachau. Na Polach Lednickich trwa 30. Ogólnopolskie Spotkanie Młodych Lednica2000 pod hasłem „Genesis”. W Warszawie zapowiedziano rozmowy przedstawicieli polskich władz z Kyryłem Budanowem, szefem ukraińskiego wywiadu wojskowego.
Szczególnie delikatny jest wątek polsko-ukraiński. W tle znajduje się sprawa nazwy jednej z ukraińskich jednostek wojskowych odwołującej się do „bohaterów UPA”. To temat bolesny, bo dotyka pamięci o zbrodniach OUN-UPA na obywatelach II Rzeczypospolitej, zwłaszcza o ludobójstwie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Polska wspiera Ukrainę w wojnie obronnej przeciw Rosji, ale przyjaźń między narodami nie może być budowana na przemilczeniu. W relacjach polsko-ukraińskich potrzebne są dwa zdania wypowiadane równocześnie: Ukraina ma prawo do obrony przed imperialną agresją Rosji; Polska ma prawo do prawdy i pamięci o swoich ofiarach.
Lednica — młodzi pod Bramą-Rybą
Na Polach Lednickich w Wielkopolsce odbywa się dziś 30. Ogólnopolskie Spotkanie Młodych Lednica2000. Jubileuszowe wydarzenie przebiega pod hasłem „Genesis”, które nawiązuje do powrotu do źródeł wiary, powołania i osobistej relacji z Chrystusem.
Spotkania odbywają się od 1997 roku. Ich twórcą był dominikanin o. Jan Góra. Przez lata Lednica stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych wydarzeń religijnych młodego pokolenia w Polsce. Jest tam modlitwa, muzyka, wspólnota, emocje i symboliczny gest przejścia przez Bramę-Rybę. Dla jednych to doświadczenie duchowe, dla innych ważny fenomen społeczny pokazujący, że religijność młodych zmienia swój język, rytm i formę.
Ze świata: papież Leon XIV w Hiszpanii
W sobotę papież Leon XIV wyrusza w siedmiodniową podróż do Hiszpanii. W planie wizyty znalazły się Madryt, Barcelona oraz dwie z Wysp Kanaryjskich — miejsca szczególnie mocno dotknięte europejskim kryzysem migracyjnym.
To pierwsza papieska wizyta w Hiszpanii od 15 lat. Poprzednio kraj ten odwiedził Benedykt XVI. Leon XIV przybywa do Hiszpanii w czasie politycznego napięcia, sporów wokół skandali korupcyjnych w rządzącej Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej premiera Pedra Sancheza oraz narastającej laicyzacji społeczeństwa.
Dla Kościoła będzie to podróż trudna i symboliczna. Hiszpania przez wieki była jednym z filarów europejskiego katolicyzmu, dziś mierzy się z gwałtownymi przemianami obyczajowymi, kryzysem zaufania po ujawnieniu przypadków pedofilii wśród duchownych i pytaniem, jak mówić o wierze w świecie, który coraz częściej wybiera milczenie albo dystans.
Sport: paryska bajka Mai Chwalińskiej
O godz. 15.00 na korcie centralnym im. Philippe’a Chatriera ma rozpocząć się finał singla kobiet wielkoszlemowego turnieju French Open. Maja Chwalińska zmierzy się z Mirrą Andriejewą.
24-letnia polska tenisistka, debiutująca w zasadniczej części zmagań w Paryżu, stała się jednym z największych odkryć tegorocznego turnieju. Rozpoczęła od kwalifikacji, wygrała dziewięć spotkań i osiągnęła życiowy sukces. W poniedziałkowym notowaniu rankingu WTA będzie co najmniej 21., choć startowała ze 114. pozycji.
Jej rywalka jest sześć lat młodsza, ale bardziej doświadczona i utytułowana. Również po raz pierwszy dotarła jednak do decydującego pojedynku w Wielkim Szlemie. Chwalińska ma szansę zostać drugą Polką, po Idze Świątek, która triumfuje w turnieju tej rangi w Paryżu.
To historia jak z dobrego filmu sportowego: kwalifikacje, samotność bocznych kortów, nagły awans, coraz większy stadion, coraz większa stawka i finał, w którym piłka zaczyna ważyć więcej niż zwykle.
6 czerwca — data, która gra na wielu instrumentach
Dzisiejsze kalendarium nie układa się w jedną prostą opowieść. Jest w nim Dąbrowski i hymn, Orzeszkowa i pozytywistyczna praca u podstaw, Wilhelmi i gorzka ironia polskiego ekranu, Normandia i huk największej operacji desantowej II wojny światowej, Fiat 126p i rodzinne marzenia upchnięte do małego bagażnika.
Ale jest też muzyka: Tangerine Dream, Bing Crosby, Steve Vai, The Beatles, Christie, Def Leppard, Maanam, Kim Wilde, Whitney Houston, B*Witched, Boyzone i Billy Preston. Jakby 6 czerwca ktoś ustawił na jednej scenie syntezatory, gitarowe wzmacniacze, fortepian elektryczny, jarociński mikrofon i stare radio z lat 60.
Historia ma dziś rytm orkiestry, w której obok werbli wojny słychać szelest kartek, silnik „malucha”, głos aktora przed wejściem na scenę, syntezator Froesego, gitarę Steve’a Vaia, refren Whitney Houston i piłkę odbitą na paryskiej mączce.
6 czerwca przypomina, że pamięć nie jest muzealną ciszą. To rozmowa, którą każde pokolenie musi podjąć od nowa — czasem szeptem, czasem krzykiem, czasem piosenką.



Komentarze