Prawo radnego do kontroli władzy jest oczywiste. Nie jest jednak oczywiste, czy każda góra papieru oznacza skuteczną kontrolę. Czasami jest tylko górą papieru.
Interpelacja Piotra Kucharskiego liczy pięć stron właściwej treści, chat GPT przygotowywał ją zapewne kilkanaście sekund. Odpowiedź na na nią zajmie urzędnikom kilka miesięcy. Pismo zawiera dziesięć rozbudowanych pytań oraz dodatkowe postulaty dotyczące organizacji miejskich procedur. Dokument obejmuje okres dwunastu lat – od 2014 do 2026 roku – i ma w założeniu doprowadzić do kompleksowego sprawdzenia umów dzierżawy oraz wniosków o bezprzetargowe nabycie miejskich nieruchomości. Samych dzierżaw na targowisku miejski są setki, jeśli nie tysiące w okresie tych kilkunastu lat.
Brzmi poważnie. Niemal jak zapowiedź komisji śledczej. Tyle że komisja śledcza zwykle zaczyna od podejrzenia konkretnej nieprawidłowości. Tutaj poza absurdalną sprawą działki przy ulicy św. Antoniego 2 (do której wrócimy w osobnym artykule) radny zarzuca sieć na praktycznie cały urząd, a nawet jednostki podległe. Pracownicy ZDIUM zajmujący się targowiskiem teraz skupią się nie na utrzymaniu czystości w mieście ale na radnym Kucharskim, który ma wyraźne problemy poznawcze
Działka po działce, segregator po segregatorze
Radny oczekuje informacji o liczbie umów dzierżawy zawieranych na co najmniej dziesięć lat lub na czas nieoznaczony. Chce kompletnego wykazu nieruchomości, ich adresów, numerów ewidencyjnych, powierzchni, dat zawarcia pierwszej umowy z danym podmiotem oraz wysokości czynszu.
To dopiero początek.
Interesują go również wszystkie wnioski o bezprzetargowy wykup nieruchomości złożone od listopada 2014 roku, ich dalszy los, liczba spraw zakończonych sprzedażą, odrzuconych przez prezydenta, zatrzymanych na poziomie Rady Miejskiej albo wycofanych przez samych przedsiębiorców.
Radny żąda również wykazu spraw pozostających w toku, informacji o zaległościach dzierżawców wobec miasta, prowadzonych działaniach windykacyjnych oraz zasadach sprawdzania kondycji finansowej podmiotów korzystających z miejskiego majątku. To ostatnie to wyjątkowo ciekawe podejście, przypominające praktyki niszczące przedsiębiorczość w PRL.
Krótko mówiąc: wszystko o wszystkim z dwunastu lat.
Na papierze wygląda to jak troska o przejrzystość. W praktyce może oznaczać konieczność otwierania kolejnych szaf, teczek, rejestrów, systemów księgowych i archiwalnych segregatorów. Franz Kafka, gdyby trafił do tomaszowskiego magistratu, zapewne westchnąłby z uznaniem. „Proces” miał przynajmniej jednego bohatera. Tutaj bohaterów mogą być tysiące – tyle, ile umów i akt trzeba będzie sprawdzić. Co dalej? Przesłuchania dzierżawców? Kolejne donosy do prokuratur w całej Polsce i wizyty w gabinecie ministra Żurka?
Urzędnicy zamiast mieszkańców będą obsługiwać radnego
Według informacji przekazywanych przez pracowników magistratu przygotowanie kompletnej odpowiedzi może potrwać wiele tygodni. Są to na razie oceny urzędników, a nie oficjalny kosztorys ani stanowisko władz miasta. Skala żądanych informacji pozwala jednak przyjąć, że nie chodzi o zadanie na jedno popołudnie i dwa kliknięcia w komputerze.
Dane mogą znajdować się w różnych wydziałach, rejestrach i teczkach. Część materiałów może wymagać ręcznego odszukania, zweryfikowania i porównania. Trzeba będzie sprawdzić nie tylko aktualne umowy, ale również daty zawierania pierwszych kontraktów, późniejsze aneksy, zaległości, wnioski o wykup oraz przebieg postępowań.
Do pracy mogą zostać zaangażowani pracownicy wydziału gospodarki nieruchomościami, finansów, windykacji, kancelarii i archiwum. Być może również prawnicy, ponieważ dane dotyczące przedsiębiorców nie zawsze można bezrefleksyjnie przepisać z akt i podać do publicznej wiadomości.
Koszt tej interpelacji nie sprowadza się więc do kilku kartek papieru i zużycia tonera. Kosztem są godziny opłacane z budżetu miasta. Godziny, w których urzędnicy nie zajmą się mieszkańcem, inwestorem, bieżącą umową, sprzedażą lokalu, postępowaniem administracyjnym czy przygotowaniem kolejnej inwestycji.
Nie istnieje specjalny fundusz pod nazwą „obsługa pomysłów radnego Kucharskiego”. Wszystko finansują mieszkańcy.
Kontrola czy demonstracja złośliwości?
Piotr Kucharski nie jest radnym pierwszej kadencji, który dopiero odkrywa, że miasto posiada działki, zawiera umowy i czasem sprzedaje nieruchomości. Mandat sprawuje od wielu lat. Tym bardziej zasadne jest pytanie: dlaczego kompleksowy audyt okresu rozpoczynającego się w 2014 roku pojawia się dopiero teraz?
Czy przez wcześniejsze lata radny nie interesował się gospodarką nieruchomościami? Czy nie uczestniczył w pracach komisji, sesjach oraz głosowaniach dotyczących miejskiego majątku? Czy dopiero jedna sprawa przy ulicy św. Antoniego sprawiła, że postanowił prześwietlić dwanaście lat funkcjonowania urzędu?
Tymczasem Kucharski nie używa skalpela. Zrzuca na urząd ogromną sieć i każe wyciągnąć wszystko, co wpadnie w oczka.
Można oczywiście przekonywać, że dopiero pełen obraz pozwoli ocenić, czy przedsiębiorcy byli traktowani jednakowo. Problem polega na tym, że pełny obraz można powiększać bez końca. Skoro dwanaście lat dzierżaw, to może następnie dwanaście lat sprzedaży lokali? Potem ulg podatkowych? Zezwoleń? Umorzeń? Przetargów? Faktur? Każdą z tych spraw można objąć podobnym urzędniczym maratonem.
Pytanie brzmi, gdzie kończy się kontrola, a zaczyna interpelacyjna ofensywa bez rachunku kosztów. Szaleństwo, czy oportunizm?
Sprzedaż bez przetargu nie jest automatycznie przekrętem
Ton interpelacji może prowadzić czytelnika do przekonania, że bezprzetargowe zbycie nieruchomości jest czymś podejrzanym już z samej definicji. Tak nie jest.
Ustawa o gospodarce nieruchomościami przyjmuje jako zasadę sprzedaż nieruchomości w drodze przetargu, ale jednocześnie szczegółowo określa przypadki, w których nieruchomość może lub powinna zostać zbyta bez przetargu. Art. 37 ustawy wprost wskazuje zarówno regułę przetargową, jak i ustawowe wyjątki.
Sama informacja, że nieruchomość sprzedano dotychczasowemu dzierżawcy bez przetargu, nie dowodzi więc faworyzowania przedsiębiorcy, korupcji ani złamania prawa. Trzeba jeszcze ustalić podstawę prawną, stan faktyczny, przeznaczenie działki, jej wycenę oraz treść uchwał i decyzji.
Mieniem komunalnym nie gospodaruje się według zasady „kto pierwszy, ten lepszy”, ale również nie według zasady „każda sprzedaż bez przetargu jest podejrzana”. Istnieją przepisy, procedury, wyceny, opinie prawne i kompetencje organów gminy.
Można dyskutować, czy w sprawie działki przy ulicy św. Antoniego 2 radni powinni otrzymać więcej czasu, czy projekt powinien trafić wcześniej do komisji oraz czy zwołanie sesji nadzwyczajnej było właściwe. To są konkretne pytania. Do ich zbadania niekoniecznie potrzeba jednak historii każdej istotnej umowy dzierżawy od czasów, gdy w kinach królowała pierwsza część „Strażników Galaktyki”, a Polska dopiero przygotowywała się do kolejnych wyborów samorządowych.
Radny ma prawo pytać. Ale pytania także kosztują
Ustawa o samorządzie gminnym daje radnym szerokie prawo do uzyskiwania informacji, materiałów oraz wglądu w działalność urzędu i jednostek gminnych. Jednocześnie radny ma obowiązek uczestniczyć w pracach rady i jej komisji.
Nikt nie kwestionuje więc prawa Piotra Kucharskiego do składania interpelacji. Nie można jednak udawać, że realizacja tego prawa odbywa się w próżni i nic nie kosztuje.
Każda odpowiedź musi zostać przygotowana przez konkretnego człowieka. Ktoś musi otworzyć akta, porównać daty, policzyć umowy, sprawdzić zadłużenie, opisać procedury, zweryfikować informacje i złożyć podpis. Im szersze pytanie, tym większy rachunek. A każda pomyłka może skutkować kolejnymi pytaniami radnego, wygenerowanymi przez chat GPT.
Odpowiedzialny radny powinien zatem pytać nie tylko: „czy mogę tego zażądać?”, lecz także: „czy naprawdę potrzebuję aż tak szerokiego zestawu danych i co mieszkańcy otrzymają w zamian?”
W interpelacji Kucharskiego brakuje najważniejszego elementu: przekonującego wyjaśnienia, dlaczego sprawdzenie jednej kontrowersyjnej procedury wymaga objęcia analizą wszystkich podobnych spraw z dwunastu lat.
Rachunek zostanie w magistracie
Piotr Kucharski może przedstawiać swoją interpelację jako walkę o przejrzystość. Tyle że przejrzystość nie polega na zasypaniu urzędu żądaniami. Polega na zadawaniu pytań, które prowadzą do konkretnych ustaleń.
Między kontrolą a paraliżowaniem administracji istnieje granica. Nie jest ona zapisana w jednej ustawie i nie da się jej zmierzyć linijką. Wyznaczają ją rozsądek, proporcjonalność oraz odpowiedzialność za publiczne pieniądze.
Radny ma prawo zaglądać władzy na ręce. Nie powinien jednak zmuszać całego urzędu do wielotygodniowego marszu przez archiwa tylko po to, by pokazać, jak szerokie potrafi napisać pytanie.
Za kilka tygodni przekonamy się być może, czy z góry dokumentów wyłoni się rzeczywista nieprawidłowość. Czy jednak będzie to jedynie kolejny polityczny spektakl, po którym pozostaną przepracowane godziny, zmęczeni urzędnicy i rachunek wystawiony mieszkańcom Tomaszowa?



Napisz komentarz
Komentarze