Spała, 4 września 1933 r.
Ogólnopolskie Święto Dożynkowe w Spale zgromadziło około 25 tysięcy mieszkańców wsi z całego kraju. Uroczystości rozpoczęły się dziś o godz. 9.15 mszą świętą odprawioną w ogromnej hali sportowej na stadionie spalskim. Nabożeństwo celebrował ks. biskup Kubina.
O godz. 11.30 uformował się uroczysty korowód dożynkowy. Delegacje wieńcowe, zgrupowane każda wokół swojej bramy, ruszyły kolejno w stronę pałacyku myśliwskiego. Na czele pochodu postępowali starsi gospodarze i gospodynie, za nimi zaś szły grupy wieńcowe oraz delegacje poszczególnych ziem — z muzyką, śpiewem i wieńcami.
Na przedzie pochodu uczestnicy ruszyli przed pałacyk myśliwski, gdzie na ganku oczekiwał gospodarz uroczystości — Prezydent Rzeczypospolitej — w otoczeniu premiera, marszałka Sejmu, ministrów oraz członków domu cywilnego i wojskowego.
Starosta dożynkowy, Kaszub Paweł Motek, ubrany w ogromną czapę przystrojoną kwiatami i zbożem, podszedł do Pana Prezydenta, niosąc snop żyta i wypowiadając tradycyjne słowa:
„Na szczęście, na zdrowie, na ten nowy rok”.
Następnie rozsiał zboże w cztery strony świata, mówiąc:
„Szust pszeniczka jak rękawiczka,
sust żytko jak korytko,
sust jęczmień jak drzewa pień,
sust tatarka kieby miarka”.
Po tym wstępie poszczególne grupy odtworzyły przed gankiem obrzędy symbolizujące cały rok pracy na wsi, zgodnie z dawnymi zwyczajami. Następnie przed Prezydentem przemaszerowały wszystkie grupy wieńcowe i delegacje.
Pierwsi szli Pomorzanie w sukmanach, w których przebijał kolor błękitny. Dalej podążali Kaszubi w swoich rybackich kaftanach i kapturach, z sieciami na plecach. Kolejno przesuwały się następne grupy, każda z własną kapelą i w przepięknym stroju swojej ziemi: Poznaniacy w długich granatowych sukmanach, Ślązacy-górnicy w czarnych strojach z latarniami w rękach, Wilnianie w samodziałach.
Przy dźwiękach cymbałów szły grupy litewskie i białoruskie, dalej Poleszucy, Krakowiacy, Sieradzanie, Mazowszanie i inni.
Wieńcowanie na stadionie
O godz. 17.00 na wielkim stadionie sportowym odbyła się druga część uroczystości, tzw. wieńcowanie.
Na trybunach zgromadzili się goście w liczbie kilku tysięcy, wśród których znajdowało się wielu cudzoziemców. Gdy dostojny gospodarz przybył na stadion, na dany znak uczestnicy dożynek ruszyli od swoich bram w stronę Prezydenta, śpiewając chóralnie:
„Plon niesiemy, plon,
w gospodarza dom”.
Kiedy pieśni ucichły, a uczestnicy doszli do środka stadionu i tam się zatrzymali, wystąpił starosta dożynkowy wraz z przodownicą. Zwrócił się do Pana Prezydenta krótkim przemówieniem w gwarze kaszubskiej. Słowa te nagrodzone zostały hucznymi oklaskami zgromadzonych tłumów.
Następnie przemówiła przodownica w gwarze śląskiej, po czym zagrały kapele. Poszczególne delegacje wieńcowe z różnych ziem, z muzyką i śpiewem, zaczęły zbliżać się do Prezydenta i składać mu dary. Przodownice każdej grupy wypowiadały w imieniu swoich ziem życzenia.
Po złożeniu życzeń rozpoczęły się tańce.
Obiad przy pałacu i wieczorne popisy
O godz. 20.30 Pan Prezydent podejmował delegacje wszystkich ziem obiadem. Odbył się on na malowniczej polanie obok pałacu, oświetlonej barwnymi lampionami.
Po obiedzie odbyły się popisy zespołów artystycznych ze wszystkich województw.
Na zakończenie uroczystości komitet dożynkowy złożył Prezydentowi Rzeczypospolitej podziękowanie za gościnność.
***
Komentarz współczesny
Czytany dziś, po ponad dziewięćdziesięciu latach, ten tekst brzmi jak kadr z przedwojennej kroniki filmowej: Spała tonąca w muzyce kapel, stadion wypełniony tłumem, wieńce, gwary, sukmany, lampiony na polanie i prezydent stojący na ganku pałacyku myśliwskiego niczym gospodarz wielkiego narodowego domu.
Ale pod warstwą uroczystego tonu widać coś więcej niż tylko barwny folklor. Dożynki w Spale były w II Rzeczypospolitej wydarzeniem państwowym, widowiskiem wspólnoty, w którym wieś miała zostać pokazana jako fundament kraju. Nie jako tło, nie jako prowincja, lecz jako serce Rzeczypospolitej — z jej pracą, obrzędami, językami, strojami i pamięcią.
Spała nie była przypadkową sceną. To miejsce miało swój ciężar symboliczny: rezydencja prezydencka, lasy nad Pilicą, bliskość Tomaszowa Mazowieckiego, dawna przestrzeń polowań carskich, przejęta potem przez odrodzone państwo polskie. W takim miejscu obrzęd chłopski stawał się ceremoniałem państwowym. Snop żyta przyniesiony Prezydentowi był czymś więcej niż dekoracją. Był znakiem: „to my karmimy kraj”.
Dziś, gdy dożynki często kojarzą się z lokalnym festynem, sceną, wieńcem, konkursem i koncertem wieczoru, ten opis przypomina, jak mocno przedwojenna Polska budowała symbolikę wokół ziemi, pracy i wspólnoty. W pochodzie z 1933 roku maszerowały obok siebie regiony, gwary, stroje i tradycje — Pomorzanie, Kaszubi, Ślązacy, Wilnianie, Poleszucy, Krakowiacy, Sieradzanie, Mazowszanie. Była to mapa Rzeczypospolitej ułożona z ludzi.
Z dzisiejszej perspektywy szczególnie poruszający jest także język tej relacji. Pełen patosu, ale i konkretu. Dziennikarz notuje nie tylko liczby i godziny, lecz także kolory sukman, sieci na plecach Kaszubów, latarnie w rękach śląskich górników, cymbały grup litewskich i białoruskich. To świat wielonarodowej, wieloregionalnej II Rzeczypospolitej, jeszcze pewnej siebie, jeszcze ceremonialnej, jeszcze wierzącej w siłę symbolu.
Dla Spały i okolic Tomaszowa Mazowieckiego to fragment historii wyjątkowy. Przez jeden dzień niewielka miejscowość stała się sceną ogólnopolskiego misterium plonów. Przyjechało tu 25 tysięcy ludzi ze wsi całego kraju — liczba robiąca wrażenie nawet dziś, a w realiach 1933 roku oznaczająca ogromne przedsięwzięcie organizacyjne.
Warto więc czytać takie archiwalne teksty nie jak zakurzone ciekawostki, ale jak żywe fotografie pamięci. Bo w tej relacji jest nie tylko opowieść o dożynkach. Jest opowieść o państwie, które chciało widzieć w rolniku współgospodarza Polski. I o Spale, która na chwilę stała się czymś w rodzaju wielkiej sceny narodowej — miejscem, gdzie „Plon niesiemy, plon” brzmiało nie tylko jako pieśń, ale jako deklaracja przynależności.




Napisz komentarz
Komentarze