Marcin Cząba jest badaczem komunikacji, scenarzystą i współautorem – wraz z Emilią Nadratowską-Cząbą – książki „Każdy z nas gra w inną grę. 9 typów osobowości i ukryte schematy, które nami rządzą”. Od ponad dwóch dekad zajmuje się analizą wzorców zachowań, relacji i mechanizmów psychologicznych wpływających na sposób postrzegania rzeczywistości.
PAP: W książce opisujecie dziewięć typów osobowości. Muszę jednak zacząć od wyznania: nie odnajduję siebie w stu procentach w żadnym z nich. Czy to oznacza, że istnieją również „kundle” – wojownik z domieszką marzyciela albo dawca z cechami buntownika?
M.Cz.: Oczywiście. Ludzie nie są figurami wyciętymi z kartonu. Każdy z nas nosi w sobie wiele wzorców zachowań, które nakładają się na siebie. Wpływają na nie doświadczenia z dzieciństwa, środowisko, w którym dorastaliśmy, relacje rodzinne czy schematy przejęte od rodziców.
Typy osobowości należy traktować raczej jak spektrum niż zamknięte szufladki. To trochę jak z kolorami tęczy. W podręczniku widzimy siedem barw, ale w rzeczywistości przejść między nimi jest znacznie więcej. Podobnie jest z ludźmi. Większość z nas stanowi mieszankę różnych cech, choć zwykle jeden wzorzec pozostaje dominujący i to on w największym stopniu wpływa na nasze decyzje, emocje oraz relacje.
Można powiedzieć, że dysponujemy ograniczoną liczbą podstawowych mechanizmów psychologicznych, ale używamy ich w niemal nieskończonej liczbie konfiguracji. Tak jak kilka figur na szachownicy pozwala rozegrać miliony różnych partii.
PAP: Czyli chodzi o odnalezienie tego głównego wzorca?
M.Cz.: Tak, ale paradoks polega na tym, że najtrudniej jest trafnie ocenić samego siebie. Każdy z nas patrzy na „swoje ja” przez filtr własnych przekonań, usprawiedliwień i wyobrażeń. Dlatego często więcej prawdy o nas potrafi powiedzieć ktoś bliski – partner, przyjaciel albo osoba, która obserwuje nas od lat.
Można być na przykład typem, którego nazywamy zwycięzcą, i jednocześnie nie mieć szczególnego talentu do zarządzania pieniędzmi. Kluczowa nie jest tutaj wysokość konta bankowego, lecz ambicja. Taka osoba chce osiągać cele, zdobywać pozycję, wspinać się po szczeblach hierarchii. Dla jednego będzie to sukces biznesowy, dla innego prestiż naukowy, pozycja społeczna albo autorytet w swojej dziedzinie.
PAP: Każdy typ osobowości ma w waszej książce wersję dojrzałą i niedojrzałą. Co to oznacza?
M.Cz.: Ta sama cecha może być zarówno źródłem siły, jak i problemów. Weźmy buntownika. W niedojrzałej formie buntuje się przeciwko wszystkiemu i wszystkim. Konfliktuje się z otoczeniem, prowokuje, walczy z każdym autorytetem. Taki człowiek często niszczy relacje, a czasem samego siebie.
Ale dokładnie ten sam potencjał może zostać wykorzystany w sposób konstruktywny. Dojrzały buntownik nie walczy już z ludźmi, lecz o ludzi. Staje po stronie słabszych, broni wykluczonych, sprzeciwia się niesprawiedliwości.
Mam przyjaciółkę hematolożkę. Każdego dnia walczy o swoich pacjentów, często mierzących się z chorobami zagrażającymi życiu. Ten sam upór, który w niedojrzałej wersji mógłby prowadzić do nieustannych konfliktów, u niej stał się źródłem siły i determinacji. Cecha pozostała ta sama. Zmienił się jedynie kierunek, w którym została wykorzystana.
PAP: Czy któryś z typów jest lepszy od pozostałych?
M.Cz.: Nie. To byłoby tak, jakbyśmy próbowali udowodnić, że jeden język obcy jest lepszy od drugiego. Każdy typ osobowości opisuje świat w nieco inny sposób.
Dla perfekcjonisty ogromną wartością będzie sumienność. To dzięki niej osiąga świetne rezultaty, dba o szczegóły i buduje poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem dla osoby o typie, który nazywamy Piotrusiem Panem, ta sama sumienność może oznaczać więzienie. Kojarzy mu się z ograniczeniem wolności, nadmiarem zasad i utratą spontaniczności.
Znam kobietę o bardzo perfekcjonistycznym usposobieniu, która przyłapała się kiedyś na tym, że usuwała część maili jeszcze przed ich przeczytaniem, bo sama świadomość zaległości wywoływała u niej napięcie. Z drugiej strony mam znajomą reprezentującą niemal modelowy typ Piotrusia Pana. Tak długo nie otwierała rachunków, że pewnego dnia odłączono jej prąd. Jej pierwszą reakcją nie była panika, lecz stwierdzenie: „No trudno, przez kilka dni poczuję się jak w latach osiemdziesiątych”.
Obie osoby funkcjonują według zupełnie innych zasad. I żadna z nich nie jest z definicji lepsza od drugiej.
PAP: Tytuł książki mówi, że każdy z nas gra w inną grę. Co to właściwie znaczy?
M.Cz.: To metafora. Dziś często mówi się o bańkach informacyjnych. My posługujemy się pojęciem gry, ale chodzi bardziej o to, że każdy człowiek żyje w swojej „bańce logicznej”, przez którą interpretuje rzeczywistość.
Wyobraźmy sobie perfekcjonistę. Dla niego świat powinien działać jak precyzyjny mechanizm zegarka. Jeśli ograniczenie prędkości wynosi 50 km. na godzinę, pojedzie dokładnie 50. Nie 52, nie 55. Jest przekonany, że gdyby wszyscy przestrzegali ustalonych zasad, świat funkcjonowałby lepiej.
Osoba bardziej spontaniczna odbierze tę samą postawę jako sztywniactwo, totalny brak elastyczności. Obie patrzą na ten sam świat, ale widzą go przez zupełnie inne filtry.
PAP: Piszecie również o „martwym punkcie” psychiki. Czym on jest?
M.Cz.: To obszar, którego nie dostrzegamy właśnie dlatego, że jednostronnie rozwijamy pewne cechy naszego typu, a inne całkowicie zaniedbujemy, bo jesteśmy zbyt mocno skupieni na czymś innym. Można go porównać do martwego pola w samochodowym lusterku.
Przykładowo zwycięzca koncentruje się na wynikach, skuteczności i osiąganiu celów. To jego ogromna siła. Jednocześnie może nie zauważać ludzi stojących za liczbami i wskaźnikami. Jeśli ma przeprowadzić redukcję zatrudnienia, myśli o optymalizacji procesu, a nie o konkretnych rodzinach, które utracą źródło dochodu. Widzi las, ale przestaje dostrzegać pojedyncze drzewa.
Podobnie działa to w innych typach. Osoba niezwykle empatyczna, tzw. dawca, może mieć problem z wyznaczaniem granic. Pożycza pieniądze komuś, kto od lat ich nie oddaje, usprawiedliwia kolejne nadużycia i nie potrafi powiedzieć „nie”, ponieważ jej uwagę całkowicie pochłania cierpienie drugiego człowieka.
Każda mocna strona ma swoją cenę. Jeśli jesteśmy bardzo zdyscyplinowani, możemy zaniedbać spontaniczność. Jeśli jesteśmy niezwykle ambitni, możemy ignorować sygnały płynące z własnego ciała. Jeśli jesteśmy wyjątkowo opiekuńczy, możemy stać się bezbronni wobec manipulacji.
PAP: Podajecie w książce informację, że zdecydowana większość konfliktów między ludźmi – 96 proc. - wynika z różnic w percepcji. Naprawdę możemy patrzeć na to samo i widzieć coś zupełnie innego?
M.Cz.: Nie tylko możemy – robimy to codziennie. Inspirowaliśmy się między innymi pracami Edwarda de Bono dotyczącymi myślenia równoległego. Pokazują one, że ludzie interpretują te same wydarzenia przez pryzmat własnych wartości i doświadczeń.
Dla jednych konflikt jest zagrożeniem. Dla innych jest czymś oczyszczającym. Wyobraźmy sobie mediatora i wojownika. Mediator marzy o harmonii. Nawet niewielkie napięcie traktuje jako źródło stresu. Wojownik przeciwnie – uważa konflikt za coś ożywczego. Twierdzi wręcz, że dopiero podczas sporu ludzie pokazują swoją prawdziwą twarz.
Jeżeli takie osoby pracują razem, każda z nich będzie przeżywać tę samą sytuację zupełnie inaczej. Wyobraźmy sobie zebranie. Szef o usposobieniu wojownika podnosi głos, ostro krytykuje projekt i mówi: „to się nie nadaje, robimy od nowa”. Dla niego to normalna wymiana argumentów. Tymczasem mediator wraca do domu z poczuciem porażki i przez cały wieczór zastanawia się, czy nie został publicznie upokorzony. Obaj uczestniczyli w tej samej rozmowie, lecz każdy przeżył ją w innym świecie, całkiem inaczej. Ale to jeszcze nie wszystko – taki wojownik potrzebuje konfliktu, będzie go szukał, prowokował, bo traktuje go jak taki energetyczny prysznic. Dla mediatora, zwłaszcza niedojrzałego, każda scysja jest życiową katastrofą.
PAP: Jak więc mediator powinien rozmawiać z szefem-wojownikiem, gdy chce go poprosić o podwyżkę?
M.Cz.: Nie istnieje uniwersalna instrukcja obsługi człowieka. Możemy jednak nauczyć się rozumieć język typu osobowości drugiej osoby.
W przypadku kontaktów z wojownikiem niezwykle ważne jest wyznaczanie granic. Takie osoby często testują otoczenie. Sprawdzają, czy druga strona potrafi się obronić, czy raczej ustąpi przy pierwszej presji. Jeśli pokażemy wyłącznie lęk, możemy zostać uznani za kogoś, kto nie wierzy we własne racje, można go najpierw zlekceważyć, a potem upokorzyć.
Nie chodzi o to, by walczyć. Chodzi o spokojne i stanowcze komunikowanie własnych potrzeb. Wojownik często bardziej szanuje człowieka, który potrafi powiedzieć „nie zgadzam się”, niż takiego, który przytakuje dla świętego spokoju.
PAP: Jakie połączenie osobowości w związku jest najbardziej ryzykowne?
M.Cz.: Paradoksalnie nie zawsze te, które wydają się najbardziej skrajne. Weźmy perfekcjonistę i Piotrusia Pana. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak przepis na katastrofę.
Tymczasem bardzo często tworzą oni dobre związki właśnie dlatego, że wzajemnie się uzupełniają. Perfekcjonista daje związkowi strukturę i porządek. Piotruś Pan z kolei wnosi spontaniczność, lekkość i radość życia. Każde z nich posiada coś, czego brakuje drugiemu.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy obie strony pozostają na poziomie niedojrzałym i zaczynają traktować swoje różnice jako broń. Wówczas jedna osoba zarzuca drugiej chaos i nieodpowiedzialność, a druga odpowiada oskarżeniami o kontrolowanie i sztywność.
PAP: Z książki płynie jednak optymistyczny wniosek: można się rozwijać i zmieniać.
M.Cz.: To był jeden z głównych powodów, dla których ją napisaliśmy. Od ponad 25 lat obserwujemy ludzi i widzimy, że jest możliwa ogromna zmiana wtedy, gdy rozpoznajemy własne martwe punkty.
Pamiętam kobietę wychowaną w domu przypominającym małą jednostkę wojskową. Liczyła się tam wyłącznie dyscyplina, obowiązki i kontrola. Ta babka strzygła włosy na krótko, chodziła w glanach, jej ciuchy przypominały umundurowanie. Kiedy urodziła jej się córka, dziewczynka okazała się całkowitym przeciwieństwem – matki i całej rodziny.
Ta kobieta długo uważała córkę za ekscentryczkę i problem wychowawczy. Mówiła o niej per „dziwoląg”. Spotkaliśmy się na po tym, jak kiedyś rodzice zeszli rano do kuchni i odkryli, że mała udekorowało ją różowymi rysunkami. Na pytanie, dlaczego to zrobiła, odpowiedziała: „bo u nas jest za mało różowego”.
Trzeba było czasu, aby zaczęli dostrzegać, że dziewczynka pokazuje coś, czego im wszystkim w tym domu brakowało: spontaniczności, emocjonalności, otwartości i radości życia.
Co ciekawe, zmieniać zaczęła się również sama matka. Zaczęła bardziej dbać o siebie, pozwalać sobie na kobiecość, łatwiej nawiązywała relacje z ludźmi. To, co początkowo wydawało się problemem, okazało się lustrem pokazującym rodzinie jej zaniedbane potrzeby.
PAP: A co z osobami, które przez całe życie pędzą za sukcesem?
M.Cz.: Bardzo często zatrzymuje je dopiero kryzys - wypalenie zawodowe albo poważne problemy zdrowotne. Widzieliśmy wiele przypadków ludzi, którzy przez lata budowali karierę i ignorowali wszystko inne. Dopiero gdy pojawiał się sygnał alarmowy, np. w postaci zawału, zaczynali zadawać sobie pytania o sens, relacje i własne potrzeby. To bolesne doświadczenie, ale czasami właśnie kryzys pozwala zobaczyć to, czego wcześniej nie byliśmy w stanie dostrzec. Kiedyś usłyszałem od zaprzyjaźnionego księdza: „Marcin, wierz mi, nikt na łożu śmierci nie żałował, że nie pracował więcej, ale wielu płakało nad utraconymi relacjami”.
PAP: Na koniec pytanie osobiste. Pisał pan tę książkę razem z żoną. Jakimi jesteście typami osobowości i czy różnice pomagały wam, czy przeszkadzały w pracy?
M.Cz.: Tak naprawdę pracujemy nad tym tematem od ponad dwóch dekad. Książka była raczej próbą uporządkowania wiedzy niż początkiem wspólnej drogi.
Ja jestem typem, który nazywamy Piotrusiem Panem, wiecznym dzieckiem – wizjonerem o bardzo dywergencyjnym sposobie myślenia. Oznacza to skłonność do łączenia odległych idei i dostrzegania związków, których inni często nie zauważają. Problem w tym, że czasami odbywa się to kosztem spraw bardzo przyziemnych.
Kiedyś wyjechaliśmy z żoną na dwutygodniowy urlop. Po powrocie okazało się, że przez cały ten czas drzwi wejściowe do domu nie były zamknięte na klucz. Ale to nie wszystko - one były przez cały czas uchylone. Każdy mógł wejść do środka.
Dla wielu osób byłby to dowód skrajnej nieodpowiedzialności. Moja żona potraktowała to jednak jako kolejny przykład tego, że kiedy pochłonie mnie jakiś pomysł, potrafię całkowicie stracić kontakt z realnym życiem. Ważniejsze jest coś innego – choć nie jesteśmy idealni, przez te ćwierć wieku, kiedy jesteśmy razem, nigdy nie było pomiędzy nami jakiejś strasznej awantury. Bo wiemy, że to nie ma sensu i rozumiemy, skąd biorą się nasze zachowania. A zrozumienie rozbraja konflikty, zanim zdążą się pojawić.
Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)



Komentarze