W piątek uczniowie w całej Polsce kończą rok szkolny. W salach gimnastycznych, klasach i szkolnych korytarzach znów pojawi się ten sam obrazek: świadectwa, gratulacje, uśmiechy, czasem łzy, czasem ulga większa niż radość. Dla części uczniów będzie to dzień szczególny, bo odbiorą świadectwa z tzw. czerwonym paskiem, czyli z wyróżnieniem przyznawanym za wysoką średnią ocen i bardzo dobre zachowanie.
W teorii to proste: dziecko dobrze pracowało, osiągnęło wysokie wyniki, więc zostaje publicznie docenione. W praktyce sprawa od lat przypomina scenę z filmu, w której wszyscy znają scenariusz, ale każdy udaje, że gra w innym przedstawieniu. Szkoła przez dziesięć miesięcy komunikuje uczniowi: ucz się na oceny, walcz o średnią, poprawiaj, zaliczaj, podnoś wynik. A potem część dorosłych mówi: tylko nie przywiązujmy się za bardzo do czerwonego paska.
No więc albo jedno, albo drugie.
Szkoła mówi ocenami. Dzieci tylko nauczyły się tego języka
Psycholog dr Aleksandra Piotrowska w rozmowie z PAP zwróciła uwagę na rzecz fundamentalną: polska edukacja jest od początku do końca nastawiona nie tyle na rozwijanie umiejętności, ile na zdobywanie dobrych stopni. I właśnie dlatego – jej zdaniem – podważanie sensu czerwonego paska w obecnym systemie jest absurdem.
To mocne, ale uczciwe postawienie sprawy.
Bo przecież dziecko nie wymyśliło średniej 4,75. Nie wymyśliło dziennika elektronicznego, punktów, rankingów, progów, rekrutacji, konkursu świadectw i rodzinnego napięcia wokół każdej czwórki z minusem. Dziecko weszło do świata zaprojektowanego przez dorosłych. A potem usłyszało, że może za bardzo przejęło się regułami tej gry.
To trochę tak, jakby urządzić maraton, rozdać numery startowe, mierzyć czas co do sekundy, a na mecie powiedzieć zwycięzcom: właściwie to bieganie nie jest najważniejsze.
Owszem, nie jest. Ale skoro przez cały rok ustawiamy szkołę jak stadion, nie dziwmy się, że dzieci biegną.
Czerwony pasek nie jest problemem. Problemem jest samotność innych talentów
W sporze o czerwony pasek bardzo łatwo wpaść w tanią wojnę plemienną. Z jednej strony: „nie zabierajcie dzieciom nagród”. Z drugiej: „pasek krzywdzi tych, którzy go nie mają”. Tymczasem prawdziwy problem leży głębiej.
Nie w tym, że szkoła docenia najlepsze wyniki w nauce. Problem w tym, że bardzo często docenia niemal wyłącznie je.
A przecież w każdej klasie są dzieci, które nie kończą roku ze średnią 5,0, ale potrafią godzić zwaśnionych kolegów. Są uczniowie, którzy nie zapamiętują dat jak bohaterowie encyklopedii, ale mają niezwykłą wyobraźnię techniczną. Są tacy, którzy nie błyszczą przy tablicy, ale potrafią pracować w grupie, wziąć odpowiedzialność, pomóc słabszemu, poprowadzić innych, podnieść klasę po porażce.
Tego na świadectwie najczęściej nie widać.
I tu pojawia się pomysł „kolorowych pasków” – nie jako infantylna zabawa w nagradzanie wszystkich za wszystko, ale jako próba powiedzenia: szkoła powinna widzieć więcej niż średnią arytmetyczną.
Zielony pasek za koleżeństwo? Niebieski za postęp? Żółty za działalność społeczną? Brzmi może jak rekwizyt z filmu familijnego, ale pytanie jest poważne: dlaczego przez lata uznaliśmy, że niemal jedynym widzialnym symbolem sukcesu ucznia ma być wynik z przedmiotów?
„Lody za pasek” i spór, który odsłonił coś większego
Dyskusja wróciła z nową siłą przy okazji głośnej sprawy „lodów za pasek”, gdy przedsiębiorcy i instytucje oferowały nagrody dzieciom ze świadectwem z wyróżnieniem, a Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak zwracała uwagę, że nie każde dziecko ma taki sam start i takie same warunki do osiągania wysokich ocen.
I tu również warto uniknąć histerii.
Nie chodzi o to, by dziecku z czerwonym paskiem powiedzieć: „twoja praca nic nie znaczy”. Znaczy. Często bardzo dużo. Za wysokimi ocenami stoją godziny nauki, konsekwencja, ambicja, samodyscyplina, rezygnacja z wielu przyjemności. Tego nie wolno deprecjonować.
Ale nie wolno też udawać, że pasek jest czystą miarą wysiłku. Bo nie jest.
Na wynik ucznia wpływa talent, dom, rodzice, korepetycje, zdrowie, warunki mieszkaniowe, stres, środowisko, dostęp do wsparcia, a czasem zwykły przypadek. Jedno dziecko ma przy biurku ciszę, pomoc i spokojną rozmowę. Inne odrabia lekcje między hałasem, konfliktem i problemami dorosłych. Jedno słyszy: „dasz radę”. Drugie: „nie zawracaj głowy”.
A potem oboje stają przed tą samą średnią.
Nie zabierajmy dzieciom paska. Zabierzmy dorosłym złudzenia
Dr Aleksandra Piotrowska trafia w sedno: jeśli nie zmieniamy całego systemu, zostawmy czerwony pasek. Bo w szkole, która codziennie mówi językiem ocen, czerwony pasek jest logiczną konsekwencją. Nie da się przez cały rok budować ołtarza średniej, a w czerwcu ogłaszać, że ten ołtarz jest niepotrzebny.
To nie dzieci trzeba tu wychowywać z ambicji. To dorosłych trzeba wychowywać z hipokryzji.
Jeśli naprawdę chcemy szkoły mniej opresyjnej, bardziej uważnej, mądrzejszej, to nie zaczynajmy od wojny z czerwonym paskiem. Zacznijmy od pytania, dlaczego ocena wciąż bywa ważniejsza niż informacja zwrotna. Dlaczego postęp ucznia przegrywa z porównywaniem. Dlaczego dziecko, które zrobiło ogromny krok do przodu, nadal może wyglądać w systemie jak przeciętniak, bo nie przeskoczyło magicznej granicy 4,75.
Zmiana jednego symbolu niczego nie załatwi. Podniesienie średniej wymaganej do paska też będzie tylko kosmetyką. Jak przemalowanie drzwi w domu, w którym pękają fundamenty.
Szkoła powinna być czymś więcej niż fabryką średnich
Spór o czerwony pasek to tak naprawdę spór o wyobrażenie szkoły.
Czy szkoła ma być miejscem, w którym dzieci ścigają się o wynik, czy przestrzenią, w której uczą się rozumieć świat i samych siebie? Czy ma wychowywać ludzi ciekawych, odważnych i odpowiedzialnych, czy wytrenowanych w zdobywaniu punktów? Czy ma widzieć tylko tych, którzy dobrze pasują do tabeli, czy także tych, którzy mają talent trudniejszy do zmierzenia?
Czerwony pasek może zostać. Nie jest wrogiem. Wrogiem jest myślenie, że poza nim niewiele warto zauważyć.
Bo w każdej szkole są dzieci, które nie staną w pierwszym rzędzie podczas rozdania świadectw z wyróżnieniem, a mimo to wygrały w tym roku coś ważnego. Przełamały lęk. Nauczyły się systematyczności. Pomogły komuś słabszemu. Wróciły po kryzysie. Poprawiły się. Uwierzyły w siebie. Znalazły pasję.
Tylko że dla takich zwycięstw polska szkoła wciąż zbyt często nie ma paska.
A szkoda. Bo czasem największy sukces ucznia nie świeci czerwienią na świadectwie. Czasem jest cichy, niewidoczny i dużo ważniejszy niż średnia.




Napisz komentarz
Komentarze