Wielki Dzień Pszczół obchodzony jest w Polsce 8 sierpnia. Jego podstawowym przesłaniem jest przypomnienie, że pszczoła to znacznie więcej niż producentka miodu do porannej herbaty.
FAO szacuje, że zapylacze wpływają na około 35 procent światowej produkcji roślinnej, a około 75 procent typów upraw żywności na świecie jest przynajmniej częściowo zależnych od ich pracy.
Innymi słowy: gdy słyszymy brzęczenie nad kwitnącą jabłonią, nie słyszymy jedynie dźwięku lata. Słyszymy fragment mechanizmu, od którego zależy rolnictwo, ceny żywności, bioróżnorodność i to, co za kilka miesięcy znajdziemy na sklepowych półkach.
To nie jest wyłącznie święto pszczoły miodnej
W powszechnej wyobraźni pszczoła mieszka w ulu, ma królową i produkuje miód. Przyroda napisała jednak znacznie bogatszy scenariusz.
W Polsce występuje blisko 500 gatunków dzikich pszczół, często zupełnie niepodobnych do znanej wszystkim pszczoły miodnej. Są wśród nich m.in. murarki, porobnice czy zadrzechnie. Nie produkują słoików miodu dla człowieka, ale wykonują pracę, bez której wiele roślin miałoby poważny problem z rozmnażaniem.
Dlatego Wielki Dzień Pszczół powinien być raczej świętem całej wielkiej armii zapylaczy niż wyłącznie okazją do fotografowania ula.
A okolice Tomaszowa mają z pszczołami historię wyjątkowo ciekawą.
Łazisko. Historia zaczęła się od ula
Dziś Pasieka Jaros kojarzy się przede wszystkim z miodami pitnymi, charakterystycznymi ceramicznymi butelkami i nagrodami zdobywanymi na międzynarodowych konkursach. Początek był znacznie skromniejszy.
Maciej Jaros zaczął zajmować się pszczołami jako trzynastolatek i sam zbudował swój pierwszy ul. Rodzinna firma powstała w 1978 roku, początkowo koncentrując się na hodowli pszczół i produktach pszczelich. W najlepszym okresie gospodarstwo Jarosów liczyło około 450 uli.
Przełom przyszedł wraz z początkiem lat 90. Dawny system skupu się załamywał, rynek zmieniał się właściwie z miesiąca na miesiąc, a rodzina została z dużą ilością miodu i pytaniem, co dalej.
Odpowiedź okazała się tyleż ryzykowna, co dalekowzroczna: miód pitny.
Produkcję rozpoczęto w 1991 roku. Marcin Jaros, obecny główny technolog firmy, po latach wspominał początki ojca bardzo krótko:
„Uczył się na własnych błędach, był pionierem polskiego miodosytnictwa”.
To właściwie gotowy scenariusz na opowieść o polskiej przedsiębiorczości początku lat 90. Trochę jak film drogi bez mapy: stary system właśnie się skończył, nowego jeszcze nikt nie znał, więc pozostawały wiedza, odwaga i metoda prób i błędów.
Staropolski trunek, ale myślenie dalekie od skansenu
Można było zatrzymać się na produkcji klasycznego trójniaka czy dwójniaka. Jarosowie wybrali jednak inną drogę.
Pasieka zaczęła eksperymentować.
Powstawały miody owocowe, edycje limitowane oraz miody dojrzewające w różnych rodzajach beczek. Wiśniak i Czeremszak produkowane są w niewielkich ilościach z wykorzystaniem soków owocowych, w tym starych odmian wiśni. W innych eksperymentach ten sam miód dojrzewał w beczkach związanych wcześniej z bourbonem, brandy czy czerwonym winem.
Jeszcze ciekawszy był Lipiec Perlisty. Według producenta i opisujących miodosytnię branżowych mediów Jarosowie jako pierwsi w Polsce stworzyli miód pitny nasycany dwutlenkiem węgla. Wieloletnio dojrzewający trunek został poddany saturacji – w pewnym sensie dostał drugą młodość.
Tradycja spotkała się tutaj z eksperymentem.
I właśnie dlatego określenie „staropolski miód pitny” może być mylące. W Łazisku nie chodzi o odtwarzanie eksponatu z muzeum. Bardziej przypomina to jazzową improwizację na starym temacie: melodia pozostaje rozpoznawalna, ale wykonanie potrafi zaskoczyć.
Od miodu do destylarni
Kolejny rozdział rozpoczął się w 2021 roku, kiedy Pasieka Jaros uruchomiła własną mikrodestylarnię. Z czasem pojawiła się m.in. Okowita Miodowa Królewska, a później jej wersje dojrzewające w beczkach.
Eksperyment okazał się czymś więcej niż ciekawostką.
W 2026 roku do butelek trafiła limitowana partia Okowity Miodowej Królewskiej dojrzewającej przez cztery lata w dębowej beczce po miodzie pitnym. Powstało zaledwie około 300 butelek. Trunek zdobył następnie złoty medal Mead Madness Cup 2026.
To już daleka droga od pierwszego ula zbudowanego przez nastoletniego Macieja Jarosa.
A jednak początek całej tej historii nadal siedzi na kwiatku i zbiera nektar.
Z Łaziska do Boulder, Santiago i Kopenhagi
Lista nagród zdobywanych przez produkty Pasieki Jaros jest długa.
Trójniak Trybunalski zdobył m.in. złoty medal międzynarodowego festiwalu w Boulder w 2004 roku. Koronny otrzymał złoto Mazer Cup w 2021 roku oraz srebro podczas kongresu Apimondia w Chile w 2023 roku. Dwójniak AM zdobył z kolei brązowy medal podczas Apimondii w Kopenhadze w 2025 roku.
Właśnie ten ostatni sukces przypomniano także w tym roku w lokalnych mediach.
To ciekawy paradoks lokalności. Łazisko nie jest ani Bordeaux, ani szkockim Speyside, ani włoską Toskanią. Leży kilka kilometrów od Tomaszowa Mazowieckiego, przy trasie S8.
A mimo to produkty powstające właśnie tutaj są oceniane na imprezach skupiających pszczelarzy i producentów z wielu krajów świata.
Lokalność wcale nie musi oznaczać prowincjonalności.
Ceramika, której nie zamawia się z katalogu
Jarosowie poszli jeszcze krok dalej.
W 1991 roku powstała także własna pracownia ceramiczna. Butelki oraz naczynia wykonywane są ręcznie, szkliwione, a następnie wypalane w temperaturze około 1250 stopni Celsjusza.
To detal, ale dobrze pokazuje filozofię całego przedsięwzięcia.
Można kupić gotową butelkę. Można zamówić opakowanie. Można zrobić produkt szybciej.
Tutaj zdecydowano się budować własny język wizualny.
Zresztą w 2016 roku Marcin Jaros opowiadał portalowi INNPoland również o współpracy związanej z marką „Wiedźmin” i ceramicznymi butelkami przypominającymi naczynia na eliksiry.
I nagle z sadu pod Tomaszowem robi się całkiem niedaleko do świata Geralta z Rivii.
Sienkiewiczowski Zagłoba zapewne zaakceptowałby miód. Geralt prawdopodobnie wybrałby butelkę.
Miodosytnia staje się także atrakcją turystyczną
Pasieka Jaros coraz mocniej wykorzystuje również potencjał turystyki kulinarnej i przemysłowej.
Zaledwie tydzień temu, 1 sierpnia 2026 roku, podczas Międzynarodowego Dnia Miodu Pitnego w Łazisku organizowano bezpłatne wycieczki po pasiece, miodosytni i pracowni ceramicznej. Zwiedzający mogli zobaczyć, jak powstaje miód pitny i wykonywane są ceramiczne naczynia.
To kierunek szczególnie interesujący dla całego powiatu tomaszowskiego.
Mamy Spałę, Inowłódz, Pilicę, Groty Nagórzyckie, Skansen Rzeki Pilicy i wyjątkowe tereny przyrodnicze. Do tego krajobrazu można dopisywać kolejne miejsca, w których turysta nie tylko „ogląda”, ale poznaje smak, zapach i historię regionu.
Lokalny produkt staje się wtedy opowieścią o miejscu.
Tomaszów też próbował pomagać pszczołom
Temat ochrony zapylaczy nie jest w Tomaszowie nowy.
W 2018 roku miasto informowało o przystąpieniu do inicjatywy Gmin Przyjaznych Pszczołom. Na terenach miejskich prowadzono nasadzenia roślin przyjaznych zapylaczom, a w przedszkolach planowano spotkania z pszczelarzem.
Rok później przy Galerii Tomaszów pojawiła się pasieka składająca się z pięciu uli. W kolejnych latach wokół niej rozwijano łąki kwietne oraz ustawiano hotele dla dzikich zapylaczy. W samym sezonie 2022 zebrano tam prawie 72 litry miodu.
Warto o tych przedsięwzięciach przypominać właśnie 8 sierpnia.
Bo ochrona pszczół nie polega na udostępnieniu w mediach społecznościowych zdjęcia sympatycznego owada.
Prawo też stoi po stronie zapylaczy
Szczególną odpowiedzialność ponoszą użytkownicy środków ochrony roślin.
Obowiązujące w Polsce regulacje wymagają stosowania preparatów zgodnie z ich etykietą oraz w sposób, który nie powoduje zagrożenia dla ludzi, zwierząt i środowiska. Istotne są również zasady integrowanej ochrony roślin. W etykietach preparatów mogą znajdować się m.in. zakazy stosowania podczas kwitnienia oraz okresy prewencji dla pszczół.
Inspekcja Ochrony Roślin wskazuje również jako dobrą praktykę wykonywanie zabiegów po zakończeniu aktywności pszczół, najlepiej wieczorem, unikanie oprysków podczas oblotu oraz zwracanie uwagi także na kwitnące chwasty znajdujące się w opryskiwanej uprawie.
Prawo prawem, ale często decyduje zwykły rozsądek.
Kilka godzin różnicy w wykonaniu zabiegu może mieć dla pasieki ogromne znaczenie.
Balkon też może być małą stołówką
Żeby pomóc zapylaczom, nie trzeba od razu zakładać pasieki.
Ministerstwo Rolnictwa zachęca do sadzenia roślin miododajnych oraz ustawiania bezpiecznych poideł dla pszczół – z kamykami lub żwirem pozwalającymi owadom napić się bez ryzyka utonięcia.
Dobrym rozwiązaniem są także ograniczenie nadmiernego koszenia części trawników, pozostawianie kwitnących fragmentów ogrodów oraz tworzenie łąk kwietnych. Takie miejsca dostarczają zapylaczom pokarmu przez znacznie dłuższy okres niż regularnie koszony trawnik.
Czasami więc najprostsza ekologiczna decyzja brzmi:
nie kosić wszystkiego do wysokości pola golfowego.
Bez wielkich słów
Wielki Dzień Pszczół ma w nazwie słowo „wielki”, choć jego bohaterki mierzą niewiele ponad centymetr.
Może właśnie dlatego warto zatrzymać się przy nich na chwilę.
Historia Pasieki Jaros pokazuje bowiem niezwykły łańcuch zależności. Najpierw jest kwiat. Potem pszczoła. Później miód. Dalej wiedza człowieka, fermentacja, lata dojrzewania, ceramiczna butelka, rodzinne przedsiębiorstwo, miejsca pracy, turyści i medal przywieziony z drugiego końca świata.
Na początku tego wszystkiego znajduje się jednak coś pozornie banalnego.
Brzęczenie w sadzie.
I dopiero kiedy któregoś dnia go zabraknie, możemy zrozumieć, jak bardzo było ważne.



Napisz komentarz
Komentarze