Stare powiedzenie mówi, że podróże kształcą. Brzmi pięknie, trochę jak sentencja wyjęta z albumu z pożółkłymi fotografiami albo z przedwojennego przewodnika, w którym świat był jeszcze obietnicą, a nie listą atrakcji do odhaczenia. Tyle że — jak zauważa psycholog Konrad Schroeder z Akademii Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi — samo przemieszczanie się z punktu A do punktu B nie czyni jeszcze nikogo bardziej otwartym, mądrzejszym ani bardziej wrażliwym.
Podróż może być lekcją. Może być też jedynie zakupionym pakietem: lot, hotel, śniadanie, zdjęcie przy fontannie, magnes na lodówkę i krótki filmik wrzucony do internetu z podpisem: „tu trzeba być”. Różnica nie leży w cenie wyjazdu, odległości od domu ani liczbie odwiedzonych muzeów. Leży w sposobie patrzenia.
Turysta z listą, turysta za szybą i podróżnik, który naprawdę chce zrozumieć
Schroeder wyróżnia trzy typy urlopowiczów. Pierwszy to turysta-konsument. Człowiek FOMO, czyli lęku przed tym, że coś go ominie. Jedzie tam, gdzie „wszyscy byli”, fotografuje to, co „trzeba sfotografować”, kupuje to, co „warto przywieźć”. Miejsca nie tyle poznaje, co zalicza. Jak bohater gry komputerowej zbierający punkty na mapie.
Dla niego podróż jest często komunikatem społecznym. Nie chodzi tylko o to, by gdzieś być. Chodzi o to, by inni wiedzieli, że się tam było. W epoce relacji na Instagramie i filmików kręconych szybciej niż myśl, świat bywa zamieniany w dekorację do własnego profilu.
Drugi typ to turysta-obserwator. Jest bardziej uważny, planuje świadomie, chce doświadczać, ale wciąż zachowuje bezpieczny dystans. Patrzy na świat trochę jak z okna autokaru albo zza szyby muzealnej gabloty. Kolekcjonuje wrażenia, ale nie zawsze pozwala im wejść głębiej. Chce zobaczyć jak najwięcej, lecz czasem ilość wygrywa z jakością.
Dopiero trzeci typ to eksplorator — podróżnik uczący się. Nie szuka wyłącznie miejsc oczywistych. Potrafi zrezygnować z wygody, wejść w boczną uliczkę, usiąść tam, gdzie jedzą miejscowi, zapytać, posłuchać, pomylić się, zawstydzić własną niewiedzą i mimo to iść dalej. To ktoś, kto nie traktuje innej kultury jak egzotycznej tapety, lecz jak tekst, który trzeba próbować przeczytać.
Żeby coś zobaczyć, trzeba najpierw coś wiedzieć
Ważne zdanie pada w wypowiedzi eksperta: aby cokolwiek naprawdę zobaczyć, trzeba najpierw coś wiedzieć. Brzmi to jak antidotum na turystykę błyskawiczną, w której historia miasta zaczyna się od parkingu, a kończy przy kasie z pamiątkami.
Psycholog tłumaczy, że człowiek łatwiej zapamiętuje informacje, które może połączyć z tym, co już wie. Wiedza tworzy sieć skojarzeń. Bez niej widzimy fasady, place, kościoły, pomniki i ruiny. Z nią zaczynamy rozumieć, dlaczego te miejsca są takie, a nie inne.
Schroeder podaje przykład Czech. Bez znajomości historii ruchu husyckiego, europejskiej reformacji i głębokich procesów społecznych trudno zrozumieć współczesną czeską religijność — albo raczej jej brak. Podobnie jest wszędzie. W Rzymie można widzieć tylko kolumny i marmur, albo imperium, chrześcijaństwo, władzę, sztukę i politykę splecione w jeden wielki teatr historii. W Berlinie można zobaczyć mur jako atrakcję turystyczną, albo jako ranę po XX wieku. W małym miasteczku można minąć stary cmentarz bez emocji, albo odczytać z niego opowieść o dawnych mieszkańcach, wojnach, migracjach i zapomnianych sąsiadach.
Także u nas, lokalnie, działa ta sama zasada. Kto jedzie nad Pilicę tylko zrobić zdjęcie zachodu słońca, zobaczy ładny kadr. Kto zna historię rzeki, Spały, Inowłodza, dawnych traktów, przemysłu, schronów, dworów i rodzinnych opowieści, zobaczy więcej. Podróż nie musi prowadzić na drugi koniec świata. Czasem wystarczy jeden dzień i kilka kilometrów od domu.
Podróż może otworzyć głowę. Może też zamknąć ją jeszcze mocniej
Największe złudzenie polega na tym, że kontakt z inną kulturą automatycznie poszerza horyzonty. Nie zawsze. Bez ciekawości i refleksji może zadziałać odwrotnie. Człowiek zobaczy coś innego, niezrozumiałego, sprzecznego z własnym przyzwyczajeniem — i zamiast zapytać „dlaczego?”, powie: „dziwni ludzie”.
Tak rodzą się stereotypy. Nie z braku podróży, ale czasem właśnie z podróży źle przeżytej. Z pośpiechu, wyższości, niecierpliwości, braku języka, braku przygotowania i przekonania, że własny sposób życia jest naturalną miarą świata.
Dlatego najważniejszym narzędziem podróżnika jest nie aparat fotograficzny, ale ciekawość. To ona każe zatrzymać się przy zwyczajnej scenie na ulicy, zapytać o lokalne jedzenie, sprawdzić, dlaczego ludzie żyją właśnie tak, skąd wzięły się ich święta, konflikty, rytuały, aspiracje i lęki. Jak mówi psycholog, nawet zwykły spacer może stać się lekcją socjologii, ekonomii, sztuki czy psychologii społecznej.
Wakacje jako lustro
W podróży poznajemy nie tylko innych. Poznajemy również siebie. To, jak reagujemy na chaos, inne tempo życia, spóźniony autobus, niezrozumiałe menu, obcy język, religijne obrzędy, biedę, bogactwo, ciszę albo tłum.
Dla jednych wakacje są przerwą od codzienności. Dla innych — próbą charakteru. Trochę jak w filmach drogi, od „Easy Ridera” po „Dzienniki motocyklowe”, gdzie najważniejsze nie jest samo dotarcie do celu, lecz to, co po drodze dzieje się z człowiekiem. Podróż może nas rozbroić, zdjąć z nas pozę, zmusić do porzucenia wygodnych schematów. Ale tylko wtedy, gdy jej na to pozwolimy.
Bo można wrócić z walizką pełną pamiątek i głową pustą jak hotelowy korytarz po sezonie. Można też wrócić z jednodniowej wyprawy po okolicy i patrzeć na świat inaczej.
To od nas zależy, co przywieziemy z drogi
Konrad Schroeder podsumowuje sprawę jasno: to, co dadzą nam podróże, zależy wyłącznie od nas. Nie od biura podróży, nie od liczby gwiazdek przy hotelu, nie od ceny biletu i nie od tego, czy polecimy za granicę, czy pojedziemy rowerem do sąsiedniej miejscowości.
Podróże kształcą tych, którzy chcą się uczyć. Reszcie dostarczają głównie zdjęć.
A zdjęcia, choć piękne, nie zawsze są dowodem, że naprawdę byliśmy w miejscu, które odwiedziliśmy. Czasem dowodzą tylko tego, że przez chwilę staliśmy obok.




Napisz komentarz
Komentarze