Już od pierwszych minut było jasne, że nie będzie to grzeczna rozmowa o literaturze. „Persona non grata, czyli Sołtys w wielkim mieście” okazała się jedynie pretekstem – punktem startowym do opowieści o Polsce, którą każdy zna, ale rzadko ogląda w tak krzywym, a jednocześnie trafnym zwierciadle.
Dąbrowski operuje humorem jak chirurg skalpelem. Z jednej strony śmiech – szczery, głośny, momentami nie do opanowania. Z drugiej – celne obserwacje, które potrafią ukłuć. Bo kiedy mówi o „słoikach”, miejskich przyzwyczajeniach czy zderzeniu mentalności, trudno oprzeć się wrażeniu, że opowiada historię nas wszystkich.
Publiczność w Tkaczu reagowała żywiołowo. Były salwy śmiechu, ale też momenty refleksji – takie, w których żart nagle odsłaniał drugie dno. Jak w dobrym kinie – trochę „Dnia świra”, trochę „Rancza”, a wszystko podszyte autentycznością, której nie da się wyreżyserować.
Sołtys Lubelszczyzny nie udaje eksperta od wielkich teorii. Jego siłą jest codzienność – ta zwykła, czasem absurdalna, czasem wzruszająca. To właśnie ona staje się materiałem do opowieści, które trafiają do mieszkańców zarówno wsi, jak i miast.
W Tomaszowie ten przekaz wybrzmiał szczególnie mocno. Bo przecież to miasto, które – jak wiele w Polsce – stoi gdzieś pomiędzy. Między tradycją a nowoczesnością, między „swojskością” a miejskim tempem życia.
Wieczór w MCK Tkacz pokazał jedno: granica między wsią a miastem jest dziś bardziej umowna niż kiedykolwiek. A w każdym z nas – niezależnie od adresu – faktycznie drzemie trochę Sołtysa.
I może właśnie dlatego było tak śmiesznie. I tak prawdziwie.


























































Napisz komentarz
Komentarze