Są słowa, które brzmią jak deklaracja. I są czyny, które brzmią jak ich zaprzeczenie.
Na stronie Łódzkiego Kuratorium Oświaty pojawia się apel podpisany przez Janusza Brzozowskiego – przypomnienie, że „szkoła powinna być miejscem wolnym od agitacji politycznej”. Padają konkretne podstawy prawne: Karta Nauczyciela, art. 86 ust. 1 Prawa oświatowego, obowiązek neutralności światopoglądowej. Wszystko brzmi jak dobrze znana melodia – poważna, państwowa, wręcz podręcznikowa.
A potem wchodzimy do sali gimnastycznej.
Szkoła jako scena polityczna
Trasa „Reforma 26. Kompas Jutra” – oficjalnie konsultacje, rozmowa z nauczycielami, dyskusja o przyszłości edukacji. W praktyce coraz częściej przypomina coś, co z edukacją ma wspólnego tyle, co scenografia z teatrem: tło jest szkolne, ale spektakl – polityczny.
Na spotkaniach pojawiają się posłowie, działacze partyjni, osoby jednoznacznie kojarzone z aktualną władzą. Nie jako goście prywatni, nie jako eksperci z dystansu – ale jako współgospodarze narracji. A wszystko to dzieje się w murach szkół, które – zgodnie z prawem – powinny pozostawać przestrzenią wolną od partyjnej ekspozycji.
To nie jest problem jednego miasta. To schemat.
Tomaszów zna ten scenariusz
W Tomaszowie Mazowieckim pamięć jest krótka, ale nie aż tak krótka, by nie dostrzec powtarzalności.
Jeszcze niedawno w szkolnych murach pierwsze skrzypce grał Antoni Macierewicz, a lokalne placówki stawały się miejscem wydarzeń z wyraźnym politycznym kontekstem. Media ogólnopolskie wielokrotnie opisywały przypadki wizyt polityków w szkołach, które – zamiast lekcji obywatelskości – przypominały jednostronne wystąpienia.
Dziś zmieniły się nazwiska. Adrian Witczak zastępuje Macierewicza w tej samej roli – obecnego, widocznego, politycznego uczestnika wydarzeń odbywających się na terenie szkół.
Zmienia się dekoracja. Scenariusz pozostaje ten sam.
Prawo mówi jasno. Praktyka – już nie
Nie trzeba interpretacji. Wystarczy przeczytać:
- art. 86 ust. 1 Prawa oświatowego – zakaz działalności partii politycznych w szkołach,
- obowiązek neutralności światopoglądowej nauczycieli i dyrektorów,
- rola szkoły jako miejsca kształtowania postaw obywatelskich, a nie partyjnych.
To nie są przepisy „do uznania”. To fundament.
A jednak rzeczywistość skręca w inną stronę – tak jakby ktoś uznał, że jeśli wydarzenie nazwie się „spotkaniem” albo „konsultacją”, to przestaje ono być polityczne.
Hipokryzja systemowa
Najbardziej uderza jednak coś innego: dysonans między deklaracją a działaniem.
Ten sam kurator, który apeluje o apolityczność szkół, firmuje wydarzenia, w których polityka jest obecna aż nadto. Ten sam system, który przypomina o neutralności, pozwala – a czasem wręcz ułatwia – jej obchodzenie.
To już nie jest tylko kwestia interpretacji prawa. To kwestia wiarygodności państwa.
Bo jeśli zasady obowiązują wybiórczo, to przestają być zasadami. Stają się narzędziem.
Nie chodzi o to, kto rządzi
Najprościej byłoby sprowadzić ten problem do bieżącej polityki. Ale to byłoby wygodne – i nieprawdziwe.
Bo problem nie polega na tym, kto wchodzi do szkoły z politycznym przekazem. Problem polega na tym, że w ogóle do tego dochodzi.
Wczoraj PiS. Dziś Koalicja. Jutro ktoś inny.
Szkoła nie powinna być przystankiem na trasie żadnej kampanii – nawet tej nazwanej „reformą”.
Lekcja, której nikt nie planował
Uczniowie patrzą. I uczą się szybciej, niż mogłoby się wydawać.
Widzą, że zasady można naginać. Że prawo można interpretować „w zależności od sytuacji”. Że neutralność jest wartością… warunkową.
To być może najgorsza lekcja, jaką można wynieść ze szkoły.
Czas na konsekwencję
Jeśli szkoła ma być naprawdę apolityczna, to musi to dotyczyć wszystkich – bez względu na szyld partyjny, nazwisko czy aktualny układ sił.
Nie można jednego dnia przypominać o zakazie działalności politycznej, a drugiego organizować wydarzeń, które ten zakaz obchodzą.
Bo wtedy „kompas jutra” przestaje wskazywać kierunek.
Zaczyna się kręcić w kółko.





























































Napisz komentarz
Komentarze