Do księgarń trafia książka Marcina Napiórkowskiego „Polska jest życzliwa”, wydana przez Znak. To nie jest jednak pocztówka z lukrowanym uśmiechem ani poradnik pod hasłem „bądźmy mili dla siebie”. To raczej opowieść o pracy, którą trzeba wykonać na żywym organizmie społeczeństwa. Bo — jak mówi autor w rozmowie z Polską Agencją Prasową — życzliwość jest jak mięsień. Trzeba ją ćwiczyć.
Życzliwość, czyli solidarność bez fanfar
Napiórkowski przypomina, że życzliwość nie jest czymś obcym polskiej kulturze. Przeciwnie — tkwi głęboko w dawnym prawie gościnności, w doświadczeniu wspólnotowego pomagania sobie w kryzysach, w pamięci „Solidarności”, ale też w zwykłym codziennym odruchu: podać rękę, zauważyć człowieka, nie zostawić go samego.
To ważne, bo w ostatnich latach przywykliśmy opowiadać o sobie inną historię. Że Polacy są skłóceni. Że wszystko musi natychmiast przejść przez polityczny filtr. Że sąsiedzka rozmowa coraz częściej przypomina komentarze pod postem, gdzie wystarczy jedno zdanie, aby ktoś wyciągnął z kieszeni cały arsenał oskarżeń.
Napiórkowski proponuje inną perspektywę. Nie naiwną, lecz trudniejszą. Mówi, że życzliwość nie polega na udawaniu, że różnice nie istnieją. Polega na tym, żeby z tymi różnicami umieć żyć. Jak w dobrze napisanej partyturze — czasem głosy idą zgodnie, czasem w dysonansie, ale dopiero razem tworzą pełną opowieść.
Nieprzypadkowo autor przywołuje doświadczenie pracy nad musicalem „1989”, którego był współtwórcą. Musical — mówi Napiórkowski — wymusza wielogłosowość. Lech Wałęsa, Anna Walentynowicz, Jacek Kuroń: każdy ma własny motyw, własne brzmienie, własną rację. Dopiero gdy te głosy wybrzmią razem, zaczynamy rozumieć złożoność historii.
To cenna lekcja także dla lokalnych wspólnot. W Tomaszowie Mazowieckim, w powiecie, w małych ojczyznach, gdzie ludzie mijają się na tych samych ulicach, stoją w tych samych kolejkach, posyłają dzieci do tych samych szkół i spotykają się na tych samych uroczystościach. Tu polaryzacja nie jest abstrakcyjnym pojęciem z telewizyjnego studia. Tu może zatruć relacje sąsiedzkie, rodzinne i zawodowe.
Wirus z kosmosu, czyli horror, który dzieje się naprawdę
Jednym z najmocniejszych obrazów w rozmowie Napiórkowskiego z PAP jest metafora „wirusa z kosmosu”. Profesor sięga po język horroru, ale nie dla efektu. Horror — jak zauważa — często pokazuje najstarsze lęki i najgłębsze prawdy o wspólnocie.
Tym wirusem jest polaryzacja. Pasożyt karmiący się wrogością, nienawiścią, sensacją i skandalem. W świecie mediów społecznościowych jego naturalnym środowiskiem są algorytmy, które nagradzają to, co wywołuje natychmiastową reakcję: gniew, oburzenie, szyderstwo, poczucie moralnej wyższości.
To nie jest problem jednego środowiska politycznego. Napiórkowski wymienia Donalda Tuska, Jarosława Kaczyńskiego, Karola Nawrockiego i Włodzimierza Czarzastego nie po to, by ustawić ich w jednym szeregu winnych, ale by pokazać, że wirus polaryzacji próbuje mówić przez wszystkich. Polityków, dziennikarzy, artystów, naukowców i zwykłych użytkowników internetu.
W tym sensie spór publiczny zaczyna przypominać film Johna Carpentera: niby widzimy znajome twarze, ale coraz częściej mamy wrażenie, że mówi przez nie coś obcego. Coś, co każe nam traktować drugiego człowieka nie jak rozmówcę, ale jak zagrożenie.
Umieć się nie zgadzać
Jedna z najważniejszych myśli Napiórkowskiego brzmi: życzliwość i niezgoda nie są przeciwieństwami. Przeciwnie — mogą być najlepszym połączeniem.
Kiedy czytamy w internecie wpis osoby o innych poglądach, mamy dwie drogi. Możemy czytać w złej wierze, czyli tak, by każde zdanie przeciwnika wydawało się głupie, złe albo moralnie podejrzane. Możemy też czytać życzliwie, zakładając, że po drugiej stronie nie siedzi potwór, lecz człowiek. Człowiek, który może mieć inne doświadczenie, inne lęki, inną wiedzę albo po prostu inny punkt widzenia.
To nie oznacza zgody na wszystko. Nie oznacza rezygnacji z zasad, prawdy, odpowiedzialności czy stanowczości. W debacie publicznej obowiązuje przecież nie tylko wolność słowa, zapisana w art. 54 Konstytucji RP, ale także odpowiedzialność za słowo — zwłaszcza wtedy, gdy słowo może ranić, wykluczać albo podsycać nienawiść. Z kolei art. 1 Konstytucji przypomina, że Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Wszystkich, a nie tylko tych, którzy głosują, myślą i mówią tak jak my.
Życzliwość nie jest więc miękką watą cukrową. Bardziej przypomina pracę przy moście. Trzeba znać ciężar konstrukcji, naprężenia, pęknięcia i ryzyko zawalenia. Ale trzeba też wierzyć, że przejście na drugą stronę ma sens.
Uśmiech, który nie wyklucza
Napiórkowski zwraca uwagę na jeszcze jeden ważny znak naszych czasów: uśmiech. W Polsce uśmiech coraz częściej bywa politycznie obciążony. Stał się etykietą, obelgą, znakiem przynależności do jednego z obozów. A przecież uśmiech może znaczyć coś zupełnie innego.
Profesor odróżnia uśmiech satysfakcji od uśmiechu życzliwości. Ten pierwszy bywa wykluczający. Mówi: „nam się udało, a jeśli tobie nie, to pewnie twoja wina”. Ten drugi mówi: „widzę cię także w twojej porażce, lęku, biedzie, samotności i nie zostawię cię samego”.
To szczególnie ważne w lokalnej Polsce. W miastach takich jak Tomaszów Mazowiecki życzliwość nie musi mieć wielkich haseł. Czasem ma twarz nauczyciela, który zauważył wycofane dziecko. Sąsiadki, która zainteresowała się starszą osobą z klatki. Strażaka ochotnika, który jedzie w nocy do zdarzenia. Bibliotekarki, która robi z czytania małe święto. Wolontariusza, który nie pyta o poglądy, tylko o to, komu trzeba pomóc.
Właśnie takie drobne gesty tworzą tkankę społeczną. Nie są widowiskowe, nie wygrywają zasięgów, nie przebijają się przez algorytm jak polityczna awantura. Ale bez nich wspólnota usycha.
Świętować razem, nie przeciw komuś
W rozmowie pojawia się również wątek świąt narodowych. Napiórkowski zauważa, że jako społeczeństwo tracimy umiejętność wspólnego świętowania. Nie zawsze wiemy, co zrobić z 11 listopada, 2 maja czy innymi datami, które mogłyby być przestrzenią spotkania.
To mocne spostrzeżenie. Polska pamięć historyczna często świetnie radzi sobie z żałobą, martyrologią i upamiętnianiem klęsk. Gorzej bywa z radością, wspólnym śpiewem, stołem, ulicą, piknikiem, biblioteką, szkołą, domem kultury. Z takim świętowaniem, które nie służy temu, by komuś coś udowodnić, ale by przez chwilę zobaczyć w sobie wspólnotę.
Tu jest ogromne pole działania dla samorządów, szkół, instytucji kultury, organizacji społecznych i lokalnych mediów. Wspólnota nie rodzi się sama. Potrzebuje miejsc. Potrzebuje rytuałów. Potrzebuje okazji, by ludzie mogli być razem bez partyjnych sztandarów nad głowami.
Nie chodzi o sztuczne pojednanie ani o „wszyscy się kochajmy” śpiewane fałszywie na trzy głosy. Chodzi o stworzenie takich przestrzeni, gdzie można się różnić bez natychmiastowego sięgania po pogardę.
Polska jako dobre miejsce do życia — ale nie powód do samozadowolenia
Napiórkowski nie ucieka też od pytania, czy Polska jest obiektywnie dobrym miejscem do życia. Odpowiada: tak. Jeśli spojrzymy globalnie na bezpieczeństwo, długość życia, dochody, śmiertelność niemowląt czy rozwój po 1989 roku i po wejściu do Unii Europejskiej, Polska przeszła ogromną drogę.
Ale natychmiast dodaje rzecz kluczową: statystyka nie może być plastrem na czyjeś konkretne cierpienie. To, że kraj rozwija się dobrze, niewiele pocieszy samotną matkę z dwójką dzieci, osobę bez pracy, seniora czekającego miesiącami na specjalistę czy rodzinę, której codzienność rozbija się o ceny, chorobę i samotność.
W tym miejscu jego opowieść o życzliwości staje się najbardziej konkretna. Życzliwość nie jest estetyką dobrego nastroju. Jest sposobem organizowania życia społecznego tak, by człowiek w kryzysie nie słyszał: „radź sobie sam”.
Szczepionka przeciw rozpadowi
„Polska jest życzliwa” brzmi jak zdanie optymistyczne, ale w gruncie rzeczy jest też ostrzeżeniem. Bo jeśli życzliwości nie będziemy ćwiczyć, zwycięży jej przeciwieństwo: obojętność, pogarda, automatyczne czytanie innych w złej wierze.
Napiórkowski mówi o potrzebie regulacji platform społecznościowych, najpewniej na poziomie europejskim. Porównuje obecny model działania mediów społecznościowych do sytuacji, w której ktoś dodawałby heroinę do płatków kukurydzianych, bo zwiększa to sprzedaż. Mocne porównanie, ale trudno nie zrozumieć intencji: skoro mechanizmy cyfrowe uzależniają nas od gniewu, trzeba przestać udawać, że to wyłącznie kwestia indywidualnej silnej woli.
Jednak regulacje to tylko część odpowiedzi. Druga część zaczyna się bliżej — przy rodzinnym stole, w szkole, w pracy, na lokalnym forum, w komentarzu pod artykułem, w rozmowie z kimś, kto myśli inaczej. To tam można codziennie ćwiczyć mięsień życzliwości.
Nie po to, żeby zrezygnować z własnych poglądów. Po to, żeby nie oddać własnego języka wirusowi, który żywi się nienawiścią.
Puenta
W świecie, który coraz częściej przypomina rozkręcony do granic możliwości feed, życzliwość może wyglądać staroświecko. Trochę jak list pisany piórem w epoce krótkich, nerwowych komunikatów. Ale może właśnie dlatego jest tak potrzebna.
Bo Polska nie stanie się życzliwa od wielkiego hasła na plakacie. Stanie się taka wtedy, gdy zaczniemy ją praktykować. Zdanie po zdaniu. Rozmowa po rozmowie. Komentarz po komentarzu. Sąsiedztwo po sąsiedztwie.
Jak mięsień.
A mięsień, którego się nie używa, słabnie.
Źródło
Na podstawie rozmowy Anny Kruszyńskiej z prof. Marcinem Napiórkowskim dla Polskiej Agencji Prasowej.



Komentarze