W marcu średnia wartość koszyka zakupowego osiągnęła poziom 338,21 zł. To nie tylko symboliczna granica – to konkret. O ponad 23 zł więcej niż rok wcześniej i o niewiele ponad 1 proc. więcej niż jeszcze w lutym. Niby ruch niewielki, ale wystarczy spojrzeć szerzej: ten wzrost nie jest jednorazowy. To kolejny rozdział tej samej historii.
Bo gdy zajrzeć głębiej w dane, widać coś jeszcze bardziej znaczącego. Podwyżki objęły niemal cały rynek – 12 z 13 analizowanych sieci handlowych. To nie jest efekt jednej decyzji, jednej polityki cenowej. To system. Mechanizm, który działa równolegle w całym handlu detalicznym.
Różnice między sklepami wciąż są wyraźne, choć – paradoksalnie – zaczynają się zacierać. W marcu najtaniej było w Auchan, gdzie koszyk kosztował nieco poniżej 300 zł. To jedyne miejsce, w którym udało się zejść pod tę psychologiczną barierę. Na drugim końcu zestawienia znalazł się POLOmarket z wynikiem przekraczającym 360 zł. Różnica między najtańszą a najdroższą siecią przekroczyła 23 proc. I choć to sporo, analitycy zauważają, że dystans ten stopniowo maleje.
Nie oznacza to jednak, że robi się taniej. Raczej – że ceny zaczynają się do siebie upodabniać. Konkurencja między sieciami rośnie, ale odbywa się już nie na poziomie „kto taniej”, tylko „kto mniej drogo”. Jak zauważa Kamil Kruk z ASM SFA, mamy do czynienia z coraz bardziej uporządkowaną presją cenową. To ważne rozróżnienie – oznacza stabilizację tempa wzrostów, ale nie ich zatrzymanie.
Najmocniej ceny rosły w ostatnich miesiącach w sieciach typu cash & carry, szczególnie w Selgrosie, gdzie skala podwyżek przekroczyła 11 proc. rok do roku. Z kolei pojedyncze obniżki – jak w przypadku Biedronki czy Netto – mają raczej charakter punktowy i nie zmieniają ogólnego obrazu rynku.
Warto przy tym zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół, który w statystyce łatwo umyka. Oficjalna inflacja według GUS wyniosła w marcu 3 proc. rok do roku. Tymczasem koszyk zakupowy zdrożał ponad dwukrotnie szybciej. To właśnie ten rozdźwięk sprawia, że wielu konsumentów ma poczucie, że „w sklepie jest drożej niż w telewizji”.
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta, choć mało pocieszająca. Największy wpływ na codzienne zakupy mają produkty pierwszej potrzeby – żywność, chemia, podstawowe artykuły. A to właśnie one w ostatnich miesiącach drożały najbardziej. Do tego dochodzą koszty paliw i transportu, które – jak w systemie naczyń połączonych – przekładają się na ceny na półkach.
Zmienia się też zachowanie klientów. Coraz więcej osób porównuje ceny, zmienia sklepy, planuje zakupy z większą precyzją. To już nie jest spontaniczne wrzucanie produktów do koszyka. To strategia. Cicha, codzienna walka o to, żeby rachunek na końcu był choć trochę niższy.
I choć analitycy uspokajają, że tempo wzrostu cen powinno w kolejnych miesiącach się stabilizować, jedno jest pewne: era tanich zakupów nie wróci szybko.
A paragon – ten mały, często zmięty świstek papieru – pozostaje dziś jednym z najbardziej wiarygodnych komentarzy do rzeczywistości.






























































Napisz komentarz
Komentarze