Zięć to stan zawieszenia. Trochę jak bohater Kafki – niby już w środku systemu, ale do końca nie wiadomo na jakich zasadach. Z jednej strony „nasz chłopak”, z drugiej – zawsze ten, który „kiedyś był obcy”.
Bo przecież każdy zięć ma w życiu ten moment:
pierwszy obiad u teściów, gdzie rosół smakuje jak egzamin państwowy, a pytanie „czy dokładkę?” brzmi jak test lojalności.
Zięć to także człowiek od zadań specjalnych:
– trzeba przenieść lodówkę? Zięć.
– telewizor nie działa? Zięć.
– ktoś musi przyznać, że „mama robiła to lepiej”? …no, tu akurat cisza.
Jest w tym jednak pewna przewrotna sprawiedliwość. Bo z czasem role się zmieniają. Zięć, który kiedyś siedział sztywno przy stole, zaczyna się rozsiadać. Najpierw nieśmiało, potem coraz śmielej – aż któregoś dnia łapie się na tym, że sam mówi:
„Za moich czasów…”
I wtedy wiesz, że proces został zakończony. Zięć awansował. Już nie jest „tym nowym”. Jest częścią systemu.
Z dystansem, z lekkim uśmiechem, z tą specyficzną zdolnością przetrwania rodzinnych obiadów, gdzie każdy wie wszystko najlepiej.
Morał?
Zięciem się bywa, ale człowiekiem trzeba być zawsze.
A jeśli potrafisz przeżyć święta u teściów i jeszcze się uśmiechnąć – to znaczy, że jesteś gotowy na wszystko.
Nawet na kolejną dokładkę rosołu.
Dzisiaj także dzień... sekretarki





























































Napisz komentarz
Komentarze