Chorzy po zmianie władzy
W powiecie tomaszowskim coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że zwolnienie lekarskie dla niektórych przestało być czasem leczenia, a stało się wygodnym parasolem ochronnym na okres politycznej zawieruchy. Ma służyć nie tylko unikaniu zwolnienia z pracy, ale też zainkasowaniu świadczenia z ZUS-u. Co w przypadku na przykład Starosty stanowi sporą kwotę. Po zmianie władzy okazało się bowiem, że liczni działacze i osoby kojarzone z poprzednim obozem nagle podupadli na zdrowiu. Zwolnienia chorobowe objęły między innymi ludzi zatrudnionych w szpitalu i innych jednostkach publicznych. Na L4 znalazł się również były starosta Mariusz Węgrzynowski. Rozchorowali się także dyrektorzy, w tym osoby pełniące jednocześnie mandat radnych.
Cudowne ozdrowienie na sesję
Sama choroba nie jest oczywiście niczyją winą i nikt nie ma prawa szydzić z czyjegoś stanu zdrowia. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy rzekoma niezdolność do pracy dziwnie nie przeszkadza w aktywności publicznej. Bo oto ci sami ludzie, którzy nie są w stanie wykonywać obowiązków zawodowych, odzyskują siły, gdy przychodzi czas politycznych starć, posiedzeń komisji i sesji rady. Wśród tych osób są również radni, którzy mimo zwolnień lekarskich uczestniczą w obradach i zabierają głos w sprawach publicznych. Obok Mariusza Węgrzynowskiego wskazywana jest także Paulina Socha.
Czy można być chorym wybiórczo
Powstaje pytanie, którego nie da się uczciwie zbyć wzruszeniem ramion: czy można jednocześnie być zbyt chorym do pracy i wystarczająco zdrowym do działalności publicznej? Czy można pobierać zasiłek chorobowy, a równocześnie inkasować dietę radnego i brać udział w politycznym życiu powiatu? Nawet jeśli ktoś będzie próbował schować się za formalnymi definicjami, sens całej sprawy pozostaje oczywisty dla każdego mieszkańca. Zwolnienie lekarskie nie jest przecież nagrodą ani okresem politycznej rekonfiguracji. Ma służyć leczeniu i powrotowi do zdrowia.
Co mówi prawo
Prawo w tej sprawie wcale nie jest tak bezradne, jak mogłoby się wydawać. Zgodnie z art. 17 ustawy o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa ubezpieczony traci prawo do zasiłku chorobowego za cały okres zwolnienia, jeśli w tym czasie wykonuje pracę zarobkową albo wykorzystuje zwolnienie w sposób niezgodny z jego celem. Oczywiście można spierać się, czy udział radnego w sesji jest klasyczną pracą zarobkową. Dieta radnego formalnie nie jest pensją. Tyle że z punktu widzenia zwykłego obywatela to rozróżnienie brzmi jak wygodna sztuczka językowa. Ktoś uczestniczy w oficjalnych posiedzeniach, wykonuje publiczną aktywność, pobiera z tego tytułu pieniądze, a jednocześnie korzysta ze świadczenia przeznaczonego dla osoby chorej i niezdolnej do wykonywania obowiązków.
Etyka ważniejsza niż paragrafy
Jeszcze poważniejszy od aspektu prawnego jest jednak wymiar etyczny. Osoby pełniące funkcje publiczne powinny podlegać standardom surowszym niż przeciętny mieszkaniec, a nie łagodniejszym. Tymczasem w takich sytuacjach obywatele dostają fatalny sygnał: dla zwykłego pracownika zwolnienie lekarskie ma oznaczać rzeczywiste leczenie, ostrożność i ryzyko kontroli, ale dla politycznego działacza może stać się elastycznym stanem zawieszenia, w którym nie trzeba chodzić do pracy, za to można bez przeszkód uczestniczyć w publicznych awanturach. Trudno o bardziej jaskrawy przykład podwójnych standardów.
Publiczne pieniądze, społeczna odpowiedzialność
Nie chodzi zresztą wyłącznie o pieniądze, choć i one mają znaczenie. Zasiłek chorobowy nie bierze się znikąd. Finansowany jest z systemu, do którego dokładają się obywatele. Diety radnych również wypłacane są z publicznych środków. W takiej sytuacji mieszkaniec ma pełne prawo zapytać, czy nie dochodzi do moralnie wątpliwego, a być może także prawnie ryzykownego łączenia dwóch porządków: deklarowanej niezdolności do pracy i faktycznej aktywności publicznej.
Czas na reakcję
To właśnie dlatego sprawa powinna zainteresować nie tylko opinię publiczną, ale także odpowiednie instytucje. ZUS ma prawo kontrolować, czy zwolnienie lekarskie wykorzystywane jest zgodnie z jego celem. Jeżeli osoba przebywająca na L4 podejmuje aktywność, która stoi w sprzeczności z charakterem tego zwolnienia, konsekwencje mogą być poważne. Ale nawet wtedy, gdy ostatecznie nie zapadnie formalne rozstrzygnięcie o naruszeniu prawa, niesmak pozostaje.
Do pracy chorzy, do polityki zdrowi
Bo w tej historii najbardziej uderza nie literalne brzmienie przepisów, lecz obraz władzy i polityki, jaki zostaje w oczach mieszkańców. Obraz ludzi, którzy, gdy trzeba wykonywać obowiązki służbowe, nagle tracą siły, ale gdy nadchodzi moment politycznej konfrontacji, przechodzą zadziwiająco szybki proces ozdrowienia. Takie sytuacje niszczą resztki zaufania do samorządu bardziej niż niejeden partyjny spór. Mieszkańcy widzą bowiem coś prostego i czytelnego: do pracy chorzy, do polityki zdrowi.
I właśnie dlatego nie jest to wyłącznie temat o zwolnieniach lekarskich. To temat o standardach życia publicznego. O tym, czy funkcja publiczna jest służbą, czy tylko wygodnym przywilejem. O tym, czy etyka w samorządzie ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie. I wreszcie o tym, czy mieszkańcy powiatu tomaszowskiego mogą oczekiwać od swoich reprezentantów choćby minimum przyzwoitości.




























































Napisz komentarz
Komentarze