To nie jest opowieść abstrakcyjna, z warszawskich gabinetów i ministerialnych korytarzy. To historia, którą zna także pacjent z Tomaszowa Mazowieckiego, Smardzewic, Ujazdu, Będkowa czy Żelechlinka. Najpierw telefon do przychodni. Potem skierowanie. Potem kolejka. Potem specjalista. Potem badanie, na które znów trzeba czekać. A gdzieś po drodze człowiek — często starszy, chory, przestraszony — zaczyna mieć wrażenie, że jest nie pacjentem, lecz przesyłką przekazywaną z okienka do okienka.
Nie jeden system, lecz kilka osobnych światów
Anna Gołębicka zwraca uwagę, że polska ochrona zdrowia nie działa jak jeden mechanizm. Podstawowa opieka zdrowotna, ambulatoryjna opieka specjalistyczna i szpitale funkcjonują według różnych zasad finansowania, rozliczania i odpowiedzialności. Każdy segment ma własną logikę. Każdy pilnuje własnego budżetu. Każdy broni własnego terytorium.
W efekcie pacjent — jak mówi ekspertka — staje się „kulą bilardową”, odbijaną między kolejnymi elementami systemu. Lekarz rodzinny nie zawsze ma narzędzia, by poprowadzić diagnostykę do końca. Specjalista często pracuje pod presją niskiej dostępności terminów. Szpital z kolei musi kalkulować procedury, łóżka, personel i kontrakt z NFZ.
Ten opis szczególnie mocno wybrzmiewa w miastach średnich i powiatowych. W Tomaszowie Mazowieckim lokalnym filarem opieki jest Tomaszowskie Centrum Zdrowia, które według informacji placówki obejmuje m.in. szpital, przychodnie, poradnie specjalistyczne, diagnostykę, SOR i nocną pomoc lekarską. TCZ podaje, że działa tam 16 oddziałów i 22 poradnie, co pokazuje skalę odpowiedzialności, jaka spoczywa na jednej powiatowej strukturze ochrony zdrowia.
Kolejka to nie tylko liczba. To lęk, niepewność i czas, którego choroba nie oddaje
Jednym z najbardziej dotkliwych objawów systemowego chaosu są kolejki. W teorii pacjent może sprawdzić pierwszy wolny termin w informatorze NFZ. Fundusz prowadzi publiczny serwis, który ma ułatwiać wyszukiwanie terminów leczenia, a placówki mają obowiązek przekazywać oddziałom wojewódzkim NFZ informacje o pierwszych wolnych terminach.
W praktyce pacjenci dobrze wiedzą, że sama informacja nie zawsze rozwiązuje problem. Co z tego, że termin istnieje, jeśli jest za kilka miesięcy? Co z tego, że poradnia przyjmuje, jeśli pacjent nie wie, czy powinien czekać, szukać prywatnie, jechać do Łodzi, Piotrkowa Trybunalskiego albo dalej?
Tu właśnie pojawia się jeden z najważniejszych wątków rozmowy: pacjent potrzebuje nie tylko świadczenia, ale prowadzenia. Kogoś — albo dobrze zaprojektowanego systemu cyfrowego — kto powie mu, co dalej. W przeciwnym razie człowiek zostaje sam w labiryncie, trochę jak bohater Kafki: niby drzwi są otwarte, ale nikt nie tłumaczy, przez które wejść.
Pieniędzy jest za mało? Ekspertka: samo dosypywanie nie wystarczy
W debacie publicznej często pojawia się najprostsza odpowiedź: trzeba więcej pieniędzy. Gołębicka nie neguje problemu finansowania, ale ostrzega przed złudzeniem, że sam większy budżet naprawi źle zaprojektowany mechanizm.
Według danych przywoływanych w analizach raportu OECD „Health at a Glance 2025”, Polska przeznacza na ochronę zdrowia około 8,1 proc. PKB, przy średniej OECD wynoszącej około 9,3 proc. To pokazuje, że dystans finansowy wciąż istnieje, ale jednocześnie nie tłumaczy wszystkiego.
Problem polega na tym, że pieniądze wpuszczone do nieszczelnego systemu często nie trafiają tam, gdzie powinny. Mogą wzmacniać te obszary, które już są silne, dobrze wycenione i mają największą siłę negocjacyjną. Tymczasem geriatria, interna, psychiatria, opieka długoterminowa czy pielęgniarstwo nadal zmagają się z deficytami, które pacjent odczuwa najbardziej.
Lekarzy przybywa, ale czasu dla pacjenta wciąż brakuje
W rozmowie z PAP ekspertka zwraca uwagę na ważny paradoks. Polska przez lata była przedstawiana jako kraj dramatycznie niedoborowy pod względem liczby lekarzy. Tymczasem najnowsze dane OECD pokazują, że osiągnęliśmy poziom 3,9 lekarza na 1000 mieszkańców, czyli wskaźnik zbliżony do średniej OECD.
Nie oznacza to jednak, że pacjent nagle odczuje poprawę. Bo w ochronie zdrowia nie kupuje się samej „liczby lekarzy”. Liczy się realny czas ich pracy: przy pacjencie, przy diagnozie, przy rozmowie, przy podejmowaniu decyzji. Jeżeli ten czas pożera biurokracja, źle działające systemy informatyczne, powielanie dokumentacji i chaos organizacyjny, to nawet większa liczba medyków nie przełoży się automatycznie na krótsze kolejki.
To lekcja bolesna, ale konieczna: można mieć więcej ludzi w systemie, a mimo to nadal marnować ich energię.
Pielęgniarki — cichy kręgosłup systemu, który się starzeje
Jeszcze trudniej wygląda sytuacja pielęgniarek i położnych. Gołębicka wskazuje, że choć zainteresowanie studiami pielęgniarskimi rośnie, struktura wieku tej grupy zawodowej pozostaje poważnym wyzwaniem. W materiale PAP przywołano dane Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych: średni wiek pielęgniarki w 2025 roku miał wynosić ponad 55 lat, a położnej ponad 52 lata.
To oznacza, że system opiera się na grupie zawodowej, która przez lata była niedoceniana, przeciążana i zbyt często traktowana jak zaplecze, a nie jeden z fundamentów leczenia. Tymczasem starzenie się społeczeństwa będzie zwiększać zapotrzebowanie właśnie na opiekę pielęgniarską, długoterminową, domową, geriatryczną i rehabilitacyjną.
W Tomaszowie Mazowieckim, gdzie według danych GUS przywoływanych przez serwis Polska w Liczbach na koniec 2024 roku mieszkało 57 016 osób, a średni wiek mieszkańców wynosił 44,7 lat, ten problem nie jest odległą prognozą. To już codzienność rodzin, które opiekują się starszymi rodzicami, dziadkami, osobami przewlekle chorymi.
Ustawa płacowa i spór o wynagrodzenia. Minimum miało chronić, ale nie uporządkowało systemu
Ważnym elementem rozmowy jest także ustawa o najniższych wynagrodzeniach w ochronie zdrowia. Akt z 8 czerwca 2017 roku określa sposób ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego pracowników wykonujących zawody medyczne oraz innych pracowników działalności podstawowej zatrudnionych w podmiotach leczniczych. Mechanizm opiera się m.in. na współczynnikach pracy i przeciętnym wynagrodzeniu w gospodarce narodowej.
W założeniu miała to być gwarancja minimum. W praktyce — jak twierdzi Gołębicka — regulacja nie rozwiązała problemu nierówności wewnątrz systemu. Tam, gdzie procedury są wysoko wycenione, rośnie siła negocjacyjna specjalistów. Tam, gdzie opieka jest trudna, długotrwała, mniej spektakularna i gorzej finansowana, nadal brakuje rąk do pracy.
To trochę jak w orkiestrze, w której najgłośniejsze instrumenty dostają najlepsze kontrakty, a sekcja rytmiczna, bez której całość się rozpadnie, gra na granicy wytrzymałości.
Za dużo łóżek, za mało opieki tam, gdzie pacjent naprawdę jej potrzebuje
Ekspertka podkreśla, że pytanie „czy mamy za dużo szpitali?” jest źle postawione. Właściwe pytanie brzmi: jakiej opieki naprawdę potrzebujemy?
Postęp medycyny sprawia, że wiele świadczeń można wykonywać ambulatoryjnie, krócej, bez długiej hospitalizacji. Jednocześnie rośnie potrzeba opieki długoterminowej, domowej, geriatrycznej i środowiskowej. W starzejącym się kraju klasyczne łóżko szpitalne nie zawsze jest odpowiedzią. Czasem odpowiedzią jest pielęgniarka środowiskowa, opiekun medyczny, rehabilitant, lekarz rodzinny z realnym wsparciem diagnostycznym i system, który nie porzuca pacjenta po wypisie.
Dla powiatów takich jak tomaszowski to szczególnie ważne. Szpital powiatowy nie może być jednocześnie wszystkim: izbą przyjęć, miejscem leczenia ostrych stanów, przechowalnią problemów społecznych, zastępstwem dla opieki senioralnej i ostatnią deską ratunku dla pacjentów, których nie udało się sprawnie poprowadzić wcześniej.
Cyfryzacja może być światełkiem w tunelu, ale nie zastąpi zaufania
Gołębicka widzi szansę w cyfryzacji i sztucznej inteligencji. AI mogłaby pomagać w analizie wyników badań, zarządzaniu kolejkami, wstępnym triażu, wykrywaniu interakcji lekowych czy prowadzeniu pacjenta przez kolejne etapy leczenia.
To nie jest fantastyka naukowa rodem z „Łowcy androidów”. To narzędzia, które w wielu branżach już porządkują procesy. W medycynie stawką jest jednak coś więcej niż wygoda: bezpieczeństwo danych, odpowiedzialność prawna, jakość decyzji i zaufanie pacjenta.
Technologia może wskazać drogę, ale nie zastąpi empatii. Może przypomnieć o badaniu, ale nie spojrzy choremu człowiekowi w oczy. Może przyspieszyć analizę, ale nie odbuduje relacji między pacjentem a systemem, jeśli ten system nadal będzie traktował człowieka jak numer w kolejce.
Największy deficyt? Zaufanie
Najmocniejszy fragment rozmowy dotyczy atmosfery w ochronie zdrowia. Ekspertka mówi o „dzikim zachodzie”, o walce wszystkich ze wszystkimi, o braku wspólnej odpowiedzi na pytanie, jaki model systemu chcemy zbudować.
To brzmi brutalnie, ale wielu pacjentów i pracowników ochrony zdrowia mogłoby się pod tym podpisać. Lekarze są przeciążeni. Pielęgniarki zmęczone. Dyrektorzy liczą budżety. NFZ liczy kontrakty. Ministerstwo zapowiada reformy. Pacjent liczy dni do wizyty.
A przecież ochrona zdrowia nie jest taśmą produkcyjną. To jedna z ostatnich przestrzeni, w których państwo spotyka obywatela w jego największej słabości — kiedy boli, kiedy strach zagląda pod skórę, kiedy rodzina czeka na diagnozę.
Jeśli ten moment zostanie sprowadzony do procedury, kodu, kolejki i rozliczenia, przegramy coś więcej niż debatę o finansowaniu. Przegramy elementarną umowę społeczną.






























































Komentarze