W śmigłowcu nie ma „ciszy przed burzą”. Jest hałas, drgania kadłuba i ten charakterystyczny podmuch, który wciska powietrze w płuca, jakby ktoś nagle odkręcił wiatr na maksimum. Kiedy żołnierze z 7 Batalionu Kawalerii Powietrznej trenują desantowanie z wykorzystaniem technik linowych, wszystko dzieje się szybko, ale nic nie jest przypadkowe. W takich ćwiczeniach nie chodzi o efektowny obrazek z helikoptera, tylko o to, by w realnej sytuacji każdy ruch był automatyczny, a decyzje podejmowane „na zimno”, nawet gdy organizm krzyczy adrenaliną.
Na zewnątrz może wygląda to jak popis odwagi: lina, wysokość, otwarta przestrzeń i kolejne osoby znikające poza krawędzią. Od środka to raczej praca w reżimie precyzji. Żołnierze mówią wprost, że tu nie ma miejsca na wahanie. „Każde nasze słowo i ruch muszą być bardzo precyzyjne, nie ma tu miejsca na żadne niedomówienia” – podkreśla st. szer. Sławomir Galara z 25 Brygady Kawalerii Powietrznej, opisując szkolenie, w którym procedury i komunikacja są równie ważne jak sama technika.
I właśnie dlatego pytanie o lęk wraca jak bumerang. Czy żołnierze się boją? Czy strach znika po setnym treningu? Z odpowiedzi żołnierzy wynika, że lęk nie jest „wpadką” ani wstydliwą tajemnicą – częściej jest sygnałem ostrzegawczym, który pomaga zachować czujność. Kpt. Łukasz Bywalec, instruktor spadochronowy, mówi wprost: „niezależnie od posiadanego doświadczenia każdy żołnierz czuje lęk”. I dodaje, że to normalne – dlatego przed każdym desantowaniem wraca się do podstaw i utrwala procedury na ziemi, zanim przyjdzie moment wyjścia w powietrze.
To zdanie świetnie oddaje atmosferę podobnych szkoleń: odwaga nie polega na braku strachu, tylko na tym, że potrafisz działać mimo niego. Czasem lęk ma też bardzo osobisty wymiar. Por. Magdalena Żur-Rajewska, wspominając swój pierwszy skok do wody ze śmigłowca, przyznaje: „świadomość, że zaraz wpadnę do wody, była dla mnie stresująca”, a potem dodaje coś jeszcze mocniejszego – „Topiłam się jako dziecko i uraz do wody pozostał”. Mimo to zgłosiła się na skoki, żeby ten lęk przełamać.
W treningach linowych jest podobnie. Jednego dnia wszystko „klika” – ręce pracują pewnie, ciało słucha, a głowa jest zadziwiająco spokojna. Drugiego dnia wraca napięcie: wiatr, zmęczenie, świadomość wysokości. To nie jest równa linia, tylko sinusoida, którą żołnierze uczą się kontrolować. Po to jest powtarzalność i praca w realistycznych warunkach – żeby w chwili, gdy serce przyspiesza, nie zaczynać myśleć od zera, tylko oprzeć się na nawykach.
Żołnierze często mówią też o emocjach po wszystkim – kiedy stopy znowu są na ziemi, a napięcie schodzi jak powietrze z balonu. „Było super” – ocenia por. Żur-Rajewska, już po desantowaniu, a por. Wiktoria Krzyształa podsumowuje krótko: „Emocje były ogromne”. To brzmi jak proste zdania, ale między wierszami jest cała prawda o takich ćwiczeniach: stres jest częścią procesu, a satysfakcja przychodzi właśnie dlatego, że było trudno.
Czy lęk jest zawsze obecny? Raczej nie w tej samej formie. Czasem to wyraźne ukłucie w brzuchu, czasem tylko podniesiona czujność. Z relacji żołnierzy wynika jednak coś konsekwentnego: strach nie znika jak przełącznik „OFF”. Zmienia się w kontrolę, w koncentrację, w rytm procedur i współpracę zespołu. I o to w kawalerii powietrznej chodzi najbardziej – żeby gotowość do działania nie była deklaracją, tylko wyćwiczonym odruchem.






























































Napisz komentarz
Komentarze