To nie jest już margines. To zjawisko, które – jak pokazują dane NASK – dotyka co piątego młodego człowieka. A więc nie peryferia, lecz środek pokoju nastolatka, ekran telefonu, codzienność.
Dwie wizje jednego zakazu
W Sejmie ścierają się dziś dwa projekty – Koalicji Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości. Oba chcą tego samego: penalizacji patostreamingu. Ale diabeł, jak to zwykle bywa, siedzi w szczegółach.
Projekt KO idzie szerzej. Nie tylko zakazuje publikowania treści pokazujących przemoc czy upokorzenie, ale też uderza w zjawiska, które patostreaming napędzają – jak promocja hazardu przez influencerów. Co więcej, próbuje objąć ochroną także te istoty, które dotąd były poza prawnym marginesem – jak głowonogi. Brzmi egzotycznie? Może. Ale w świecie, gdzie granice etyki rozmywają się szybciej niż regulacje, nawet ośmiornica staje się symbolem luki w prawie.
Z kolei PiS proponuje ostrzejsze podejście tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze. Jeśli ktoś zarabia na patologii – kara ma być wyższa. Jednocześnie projekt wprowadza furtkę: nie będzie odpowiadał karnie ten, kto działa „w interesie publicznym”. To zapis, który może budzić pytania. Gdzie kończy się dokumentowanie patologii, a zaczyna jej reprodukowanie?
Granica cienka jak ekran telefonu
W tle tej legislacyjnej debaty pobrzmiewa pytanie znacznie poważniejsze: czy prawo nadąża za rzeczywistością cyfrową?
Bo patostreaming to nie tylko transmisja przemocy. To teatr upokorzenia, który żywi się kliknięciami. To współczesna wersja rzymskiego cyrku – tyle że gladiatorzy nie walczą na arenie, tylko w kawalerce z kamerą w telefonie.
Posłanka Małgorzata Kołodziejczak trafnie zauważyła, że dziś bardziej karalne może być pokazanie przemocy niż jej dokonanie. To paradoks, który pokazuje, jak bardzo system prawny nie przystaje do świata transmisji „na żywo”.
Między „Dniem Świra” a TikTokiem
Gdy Marek Koterski tworzył „Dzień świra”, pokazywał Polskę zanurzoną w absurdzie codzienności. Dziś ten absurd przeniósł się do sieci – i zyskał widownię liczoną w setkach tysięcy.
Patostreamerzy nie są tylko twórcami. Są produktem. Algorytmów, zaniedbań wychowawczych, braku granic i – nie oszukujmy się – naszej zbiorowej ciekawości. Bo ktoś te transmisje ogląda. Ktoś je lajkuje. Ktoś za nie płaci.
Prawo to początek, nie finał
Nowe przepisy – jeśli powstaną – mogą być ważnym krokiem. Wprowadzenie kar od 3 miesięcy do 5 lat więzienia to jasny sygnał: państwo przestaje udawać, że problemu nie ma.
Ale samo prawo nie wystarczy.
Bez edukacji, bez odpowiedzialności platform, bez rozmowy z młodymi ludźmi – zakaz może okazać się tylko kolejnym martwym przepisem. Jak wiele innych, które brzmią dobrze na papierze, a w praktyce rozmywają się w cyfrowym chaosie.
Bo prawdziwe pytanie nie brzmi dziś: czy zakazać patostreamingu.
Tylko: dlaczego tak wielu chce go oglądać.



























































Napisz komentarz
Komentarze