Jego zdaniem źródłem obecnego sporu jest zasadnicza różnica między polską i ukraińską pamięcią historyczną.
PAP: Dlaczego Ukraina odwołuje się dziś do postaci i organizacji, które budzą tak silne emocje w Polsce, jak przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów?
Roman Romaniuk: Jeśli mówimy o Andriju Melnyku, Jewhenie Konowalcu czy Stepanie Banderze, to dla znacznej części Ukraińców są oni bohaterami narodowymi. Dlatego się do nich odwołujemy. Dlatego też podejmowane są działania, by ich szczątki spoczęły w ojczystej ziemi, o której niepodległość walczyli.
Nie jestem historykiem, lecz dziennikarzem politycznym. Mam jednak wrażenie, że źródłem wielu nieporozumień jest założenie obecne w części polskiej opinii publicznej, że gdy prezydent nadaje jednostce wojskowej nazwę „Bohaterów UPA”, to automatycznie gloryfikuje osoby odpowiedzialne za zbrodnie popełnione na Polakach na Wołyniu. To jest błędne założenie.
Nikt w Ukrainie nie gloryfikuje ludzi odpowiedzialnych za czystki etniczne czy inne zbrodnie. Naród, który sam przeżył Wielki Głód, represje sowieckie i deportacje, nie może czcić sprawców podobnych zbrodni.
Problem polega na tym, że przez wielu Polaków UPA jest postrzegana wyłącznie przez pryzmat zbrodni wołyńskiej. Tymczasem w Ukrainie pamięta się przede wszystkim tysiące ludzi, którzy walczyli w jej szeregach o niepodległość kraju.
W przypadku Andrija Melnyka – nie miał on żadnego związku z wydarzeniami na Wołyniu. Stepan Bandera w czasie kulminacji tych wydarzeń przebywał w niemieckim obozie koncentracyjnym.
Wielu Ukraińców uważa również, że skoro nie istnieją dokumenty świadczące o zaangażowaniu całego kierownictwa UPA czy całej organizacji w planowanie zbrodni, nie można automatycznie przypisywać odpowiedzialności wszystkim członkom tej formacji.
Nikt nie próbuje negować ani usprawiedliwiać zbrodni wołyńskiej. W Ukrainie panuje przekonanie, że były to tragiczne i zbrodnicze wydarzenia. Prosimy jedynie, by nie obarczać winą całej UPA za działania części jej członków oraz by nie przenosić odpowiedzialności za te wydarzenia na cały współczesny naród ukraiński.
PAP: Pan sam pochodzi z Wołynia.
R.R.: Tak, pochodzę z Wołynia i nie znam ludzi, którzy twierdziliby, że to, co wydarzyło się na Wołyniu, nie było zbrodnią.
Mam jednak wrażenie, że Polacy i Ukraińcy patrzą dziś na różne fragmenty tej samej historii. W Polsce UPA kojarzona jest przede wszystkim z ludźmi odpowiedzialnymi za zbrodnie. W Ukrainie pamięta się przede wszystkim walkę o niepodległość.
Zdarzały się przypadki przemocy wobec Ukraińców ze strony oddziałów Armii Krajowej. Ukraina nie domaga się z tego powodu, by Polacy przestali czcić AK. Podobnie dla wielu Ukraińców kontrowersyjną postacią jest Roman Dmowski, ale nikt nie żąda od Polaków usuwania jego pomników czy zmiany nazw miejsc związanych z jego pamięcią. To jest suwerenne prawo każdego narodu.
Ukraina wielokrotnie przepraszała Polaków za tragiczne wydarzenia na Wołyniu. Jednocześnie oczekujemy zrozumienia dla faktu, że wielu Ukraińców postrzega UPA nie przez pryzmat zbrodni, dokonanych przez jej oddzielne jednostki, lecz walki o niepodległość.
Jeżeli nawet Wołodymyr Zełenski, człowiek wychowany w rosyjskojęzycznym Krzywym Rogu, który przez lata był daleki od środowisk nacjonalistycznych, doszedł do przekonania, że w UPA było wielu ludzi zasługujących na szacunek, świadczy to o czymś szerszym. Nie jest to stanowisko jednej partii czy jednego środowiska, lecz szeroki społeczny konsensus. W Ukrainie panuje przekonanie, że w szeregach UPA było wielu ludzi, którzy poświęcili życie walce o wolność i niepodległość kraju. Ich właśnie się czci, a nie tych, którzy popełniali zbrodnie.
PAP: Czy Ukraina jest zaskoczona skalą emocji, jakie ta sprawa wywołała w Polsce?
R.R.: Szczerze mówiąc, o samej decyzji dotyczącej nazwy jednostki dowiedziałem się głównie dzięki polskim mediom. Prezydent regularnie nadaje jednostkom wojskowym honorowe nazwy, wręcza sztandary i podejmuje podobne decyzje. Takich wydarzeń są dziesiątki każdego miesiąca. W Ukrainie poza bezpośrednio zainteresowanymi osobami zazwyczaj nie przyciągają one większej uwagi.
Zobaczyłem natomiast bardzo gwałtowną reakcję w Polsce i niemal całkowity brak zainteresowania tą sprawą w Ukrainie. Rozumiem polskie emocje, ponieważ wynikają one z przekonania, że UPA jako całość ponosi odpowiedzialność za zbrodnie. Z ukraińskiej perspektywy jest to jednak założenie błędne. Trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś celowo chciał wywołać konflikt z Polską w momencie, gdy po latach napięć udało się wznowić dialog historyczny, rozpocząć ekshumacje ofiar i poprawić atmosferę we wzajemnych relacjach. Nie widzę w tym żadnej świadomej prowokacji.
PAP: W Polsce pojawiają się także opinie, że Wołodymyr Zełenski chciał w ten sposób przypodobać się nacjonalistycznemu elektoratowi przed przyszłymi wyborami.
R.R.: Trzeba zacząć od podstawowego faktu: w Ukrainie istnieje szacunek dla UPA jako organizacji oraz dla wielu ludzi, którzy walczyli w jej szeregach o niepodległość państwa. Nie ma natomiast szacunku dla osób odpowiedzialnych za zbrodnie. To rozróżnienie jest dziś akceptowane praktycznie przez całe ukraińskie środowisko polityczne.
Kiedyś istniały prorosyjskie środowiska, które próbowały przedstawiać UPA wyłącznie jako organizację zbrodniczą. Dziś takich sił praktycznie już nie ma. Dominuje przekonanie, że ludzie ci walczyli o niepodległość Ukrainy i po dziesięcioleciach represji, deportacji oraz prześladowań mają prawo do upamiętnienia. I przede wszystkim: obecnie nie ma w Ukrainie żadnych wyborów. Po drugie, środowiska nacjonalistyczne nie stanowią elektoratu, który Zełenski mógłby w ten sposób zdobyć. Mają one własnych bohaterów współczesnej wojny, związanych z Azowstalą, Bachmutem i innymi miejscami walk.
Po trzecie, w Polsce jest to duże wydarzenie medialne, natomiast w Ukrainie niemal nikt nie zwrócił na nie uwagi. Twierdzenie, że decyzja o nazwie jednej jednostki wojskowej mogłaby wpłynąć na notowania prezydenta, świadczy raczej o niezrozumieniu tego, czym żyje dziś ukraińskie społeczeństwo.
* * *
Wołodymyr Zełenski 27 maja nadał jednej z jednostek sił zbrojnych swego kraju imię „Bohaterów UPA”, co wywołało falę krytyki w Polsce. Prezydent Ukrainy mówił, że chciał „przywrócić historyczne tradycje narodowego wojska”. Dodał, że decyzję powziął „uwzględniając wzorowe wykonywanie powierzonych jej zadań podczas obrony integralności terytorialnej i niepodległości Ukrainy”.
Premier Tusk, komentując w miniony piątek sprawę, zaznaczył, że decyzja Zełenskiego jest niepokojąca z punktu widzenia relacji między oboma państwami, narusza polską wrażliwość historyczną, i „niepotrzebnie znowu wynosi na dość niepokojący poziom kwestie różnic historycznych”, a reakcja prezydenta Karola Nawrockiego „jest podobnym krokiem”. Dodał, że „bardzo by chciał, żeby prezydenci obu krajów mądrze dbali o to, żeby nasze relacje były jak najlepsze” i oczekiwałby od obu prezydentów, żeby potrafili wznieść się ponad historyczne emocje.
Sprzeciw wobec decyzji Zełenskiego wyraził Instytut Pamięci Narodowej, podkreślając, że Ukraińska Powstańcza Armia jest odpowiedzialna za ludobójstwo na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.
Ukraińska Powstańcza Armia pozostaje jednym z najbardziej spornych tematów w relacjach polsko-ukraińskich. Według polskich historyków, w lipcu 1943 r. oddziały UPA przeprowadziły skoordynowane ataki na około 150 miejscowości zamieszkanych przez Polaków na Wołyniu, co stało się kulminacją zbrodni określanej w Polsce jako ludobójstwo wołyńskie. Za sprawców uznawani są członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów frakcji Stepana Bandery oraz podporządkowanej jej UPA.
Warszawa i Kijów od lat różnią się w ocenie tych wydarzeń. Polska uznaje zbrodnie popełnione na ludności polskiej za ludobójstwo, natomiast wielu ukraińskich historyków i polityków interpretuje je jako element szerszego konfliktu polsko-ukraińskiego, za który odpowiedzialność ponosiły obie strony. Jednocześnie w ukraińskiej pamięci historycznej OUN i UPA są często postrzegane jako symbole walki o niepodległość oraz powojennego oporu przeciwko Związkowi Sowieckiemu.
Rozmawiał w Kijowie Jarosław Junko (PAP)
jjk/ kj/ mhr/



Komentarze