I wtedy przyszła kartka wyborcza. Mały, papierowy przedmiot, który tego dnia stał się czymś więcej niż dokumentem. Stał się narzędziem obywatelskiego odwetu — spokojnego, legalnego, ale bezlitosnego. Nie było szturmu na pałace, nie było barykad jak z „Nędzników” Victora Hugo, nie było dymu rewolucji znanego z filmowych kronik. Były lokale wyborcze, długopisy, skreślenia i cisza ludzi, którzy po latach upokorzeń postanowili powiedzieć władzy: dość.
Po latach Lech Wałęsa podsumował ten dzień słowami: „Wybraliśmy nową Polskę. Komuniści dostali czerwoną kartkę. Tym razem ten kolor nie mógł ich cieszyć. W zasadzie zostali wyrzuceni z boiska”. Trudno o bardziej trafną metaforę. Bo przecież system, który przez dekady sam pisał regulamin meczu, obsadzał sędziów, liczył punkty i decydował, kto może wejść na murawę, nagle zobaczył, że publiczność przestała się bać. A kiedy pokazano czerwoną kartkę, okazało się, że tym razem kolor czerwony nie oznacza zwycięstwa, lecz polityczne upokorzenie.
Okrągły Stół, czyli kontrakt pod presją historii
Wybory 4 czerwca 1989 roku były rezultatem porozumień zawartych przy Okrągłym Stole. Po jednej stronie siedziała władza PRL, z Wojciechem Jaruzelskim i Czesławem Kiszczakiem jako symbolami systemu, który tracił oddech. Po drugiej — przedstawiciele opozycji solidarnościowej, ludzie Kościoła katolickiego i środowiska obywatelskie, które po stanie wojennym, internowaniach, szykanach i latach podziemia wracały do legalnej gry.
Prof. Andrzej Paczkowski nazwał porozumienie zawarte przy Okrągłym Stole „kontraktem stulecia”. To określenie dobrze pokazuje istotę tamtej konstrukcji. Nie była to pełna demokracja. Nie był to jeszcze wolny wybór w zachodnim sensie tego słowa. Była to umowa polityczna, zawarta w warunkach kryzysu gospodarczego, presji społecznej i niepewności geopolitycznej. Dlatego parlament wybrany w czerwcu 1989 roku przeszedł do historii jako Sejm kontraktowy.
Kontrakt miał swoją cenę. Dla jednych był dowodem realizmu, dzięki któremu Polska uniknęła rozlewu krwi. Dla innych — aktem zbyt daleko idącego kompromisu z ludźmi systemu. Ten spór nie skończył się do dziś. Wraca w rocznice, w publicystyce, w polityce, w rodzinnych rozmowach. Wraca, bo narodziny III RP nie były czystym początkiem zapisanym na białej kartce. Były raczej poprawianiem starego zeszytu, w którym część stron wyrwano, część przepisano, ale część dawnych zapisków nadal przebijała spod świeżego atramentu.
System chciał zachować pakiet kontrolny
Największy paradoks wyborów czerwcowych polegał na tym, że były one jednocześnie przełomem i konstrukcją głęboko ograniczoną. Wszystkie miejsca w Senacie oraz 35 procent miejsc w Sejmie miały zostać obsadzone w wolnej rywalizacji. Pozostałe 65 procent mandatów w Sejmie zagwarantowano PZPR i ugrupowaniom od niej zależnym, przede wszystkim Zjednoczonemu Stronnictwu Ludowemu i Stronnictwu Demokratycznemu.
Władza sądziła, że w ten sposób zachowa „kontrolny pakiet” państwa. Miała mieć większość sejmową, wpływ na wybór prezydenta i możliwość pilnowania transformacji tak, by stary system nie runął zbyt gwałtownie. W praktyce PZPR próbowała przejść przez historyczną bramkę z własnym bramkarzem, własnym regulaminem i przekonaniem, że wynik da się utrzymać pod kontrolą.
Tyle że społeczeństwo potraktowało te wybory nie jako ćwiczenie z kompromisu, ale jako pierwszy od dziesięcioleci realny plebiscyt nad PRL-em. I w tym plebiscycie partia przegrała z kretesem.
Czy kompromis Okrągłego Stołu był ceną konieczną za pokojowe przejście do wolności? Czy był początkiem długiego sporu o niedokończoną dekomunizację? Uczciwa odpowiedź wymaga uznania obu prawd naraz. Bez kompromisu być może nie byłoby tak spokojnego demontażu systemu. Ale kompromis sprawił też, że w wolną Polskę weszli ludzie, instytucje, interesy i nawyki wyniesione z PRL. Historia nie zamknęła drzwi z hukiem. Raczej uchyliła je skrzypiącymi zawiasami.
Kampania Solidarności: Wałęsa, plakaty i ściągawki dla wyborców
Obóz solidarnościowy nie dysponował aparatem państwa, telewizją, radiem ani większością gazet. Miał jednak coś, czego nie miała władza: społeczną energię i wiarygodność zrodzoną z oporu. Kampanię prowadził Komitet Obywatelski „Solidarność”. Ponieważ wielu kandydatów opozycji było szerzej nieznanych, postawiono na prosty i skuteczny znak rozpoznawczy: zdjęcie z Lechem Wałęsą.
Fotografie kandydatów z liderem Solidarności stały się jednym z najmocniejszych symboli tamtej kampanii. Jak w kinowym kadrze z epoki przełomu: zwykli ludzie, często bez wielkiej medialnej rozpoznawalności, stawali obok człowieka, który dla milionów Polaków był twarzą buntu przeciw systemowi.
Ogromne znaczenie miało również wydawanie od 8 maja 1989 roku „Gazety Wyborczej”, początkowo w nakładzie 150 tysięcy egzemplarzy. Do tego dochodziły pierwsze audycje telewizyjne Solidarności, emitowane od 9 maja. Opozycja nadrabiała brak dostępu do mediów pomysłowością, dyscypliną i prostym przekazem: głosować na kandydatów Solidarności, skreślać resztę, odrzucić listę krajową.
Trzeba pamiętać, że po dekadach fikcyjnych wyborów obywateli należało uczyć głosowania od podstaw. Kolportowano więc instrukcje, swoiste wyborcze ściągawki. W kraju, w którym przez lata obywatel miał tylko potwierdzać wolę władzy, nagle trzeba było wyjaśniać, jak skutecznie użyć karty do głosowania przeciwko tej władzy.
Solidarność wsparli również ludzie kultury, także z zagranicy, między innymi Jane Fonda, Yves Montand i Stevie Wonder. Brzmiało to niemal jak ironiczna puenta historii: system, który lubił mówić o internacjonalizmie i postępie, musiał patrzeć, jak światowa kultura symbolicznie staje po stronie polskiej opozycji.
Wynik, który przewrócił stolik
Pierwsza tura wyborów odbyła się w niedzielę, 4 czerwca 1989 roku. Frekwencja wyniosła około 62 procent. Dziś można się dziwić, że nie była wyższa, skoro ważyły się losy państwa. Ale Polska była zmęczona. Po latach upokorzeń część ludzi nie wierzyła już w żadne wybory. Inni bali się, że to tylko kolejna dekoracja przygotowana przez władzę. Tym bardziej wynik okazał się ciosem.
W Senacie kandydaci Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” zdobyli już w pierwszej turze 92 mandaty. Strona rządowa nie zdobyła ani jednego. W Sejmie Solidarność uzyskała 160 ze 161 możliwych do zdobycia miejsc. Kandydaci koalicji rządowej, mimo zagwarantowanej im puli mandatów, ponieśli kompromitującą porażkę tam, gdzie musieli realnie zmierzyć się z wyborcami.
Najbardziej spektakularna była klęska listy krajowej. Spośród 35 kandydatów umieszczonych na tej liście tylko dwóch uzyskało wymagane poparcie ponad 50 procent głosów: Mikołaj Kozakiewicz z ZSL oraz Adam Zieliński. Pozostali zostali wyeliminowani. A to oznaczało, że 33 mandaty poselskie pozostawały nieobsadzone.
To była polityczna katastrofa PZPR. Partia, która przez dziesięciolecia występowała jako jedyny reżyser sceny publicznej, nagle odkryła, że widownia wstała i wyszła z teatru. Albo inaczej: że mecz, który miał być ustawiony, wymknął się spod kontroli po pierwszym gwizdku.
Panika w obozie władzy
Po stronie rządowej nie było już pewności siebie. Była konsternacja, gniew i strach. W dzienniku Mieczysława F. Rakowskiego widać atmosferę narastającej paniki. Pod datą 16 maja 1989 roku zapisał: „Jest źle”. Zauważał, że w wielu miejscowościach Kościół jednoznacznie stanął po stronie opozycji, a opozycja nawołuje do skreślenia listy krajowej. Pada tam zdanie bardzo znamienne: „Jeśli 10 mln ludzi posłucha wezwań opozycji, to wszyscy przepadniemy”.
To nie jest język ludzi pewnych swojej historycznej misji. To język obozu, który nagle zobaczył, że fasada może runąć szybciej, niż przewidywano.
Po wyborach Czesław Kiszczak mówił, że „wybory do Senatu to nasza całkowita klęska”. Stanisław Ciosek przyznawał, że nie rozumie przyczyn porażki i zwracał uwagę na problem wyboru prezydenta, który zgodnie z umową Okrągłego Stołu miał przypaść obozowi rządowemu. Wojciech Jaruzelski oceniał z kolei, że PZPR była partią urzędników, kierowników i emerytów, której zabrakło instynktu samozachowawczego.
To niezwykle mocny obraz schyłku systemu. Partia, która przez 45 lat rządziła bez prawdziwej konkurencji, nie umiała walczyć w prawdziwej kampanii. Przyzwyczajona do monopolu, nie rozumiała mechanizmu obywatelskiego sprzeciwu. Jak bokser, który całe życie walczył tylko z cieniem, a potem po raz pierwszy dostał cios od realnego przeciwnika.
Dekret po porażce, czyli prawo elastyczne jak partyjna potrzeba
Kontekst prawny tamtych wydarzeń pokazuje, jak niezwykły i zarazem jak kruchy był to moment. 7 kwietnia 1989 roku Sejm przyjął ustawę o zmianie Konstytucji PRL, wprowadzającą między innymi Senat oraz urząd Prezydenta PRL. 13 kwietnia Rada Państwa wyznaczyła termin wyborów na 4 i 18 czerwca. 17 kwietnia zalegalizowano NSZZ „Solidarność”, a 20 kwietnia „Solidarność” Rolników Indywidualnych.
Ale najbardziej wymowny pozostaje 12 czerwca 1989 roku. Po klęsce listy krajowej Rada Państwa wydała dekret zmieniający ordynację wyborczą do Sejmu X kadencji. Na jego podstawie 33 mandaty z listy krajowej przekazano do okręgów, aby obsadzić je w drugiej turze.
Trudno o bardziej wyrazisty przykład tego, jak władza traktowała prawo, gdy obywatele powiedzieli coś innego, niż partia chciała usłyszeć. Prawo miało być stabilnym fundamentem państwa, ale w praktyce okazało się narzędziem dostosowywanym do politycznej potrzeby chwili. Gdy kartka wyborcza zadziałała zbyt skutecznie, system sięgnął po korektę reguł.
To właśnie ten moment sprawia, że opowieść o 4 czerwca nie może być wyłącznie rocznicową laurką. Tak, społeczeństwo zwyciężyło. Tak, upadek PRL stał się realny. Ale jednocześnie stary aparat nie zniknął natychmiast. Próbował negocjować, zabezpieczać się, poprawiać mechanizmy, ratować wpływy. Czerwona kartka została pokazana, ale zawodnik długo jeszcze schodził z boiska.
Polska i Chiny: urny kontra czołgi
Tego samego dnia, gdy Polacy głosowali przeciwko komunizmowi przy urnach, w Pekinie doszło do masakry na placu Tiananmen. Ten kontrast należy do najmocniejszych obrazów XX wieku. W Polsce system zaczął przegrywać wyborami. W Chinach został obroniony czołgami.
Timothy Garton Ash pisał, że niedziela 4 czerwca była punktem zwrotnym nie tylko dla powojennej historii Polski i Europy Wschodniej, lecz dla całego świata komunistycznego. A jednocześnie zauważał mieszaninę egzaltacji, niedowierzania i przerażenia po stronie przywódców Solidarności. Bo zwycięstwo nie oznaczało końca problemów. Oznaczało początek odpowiedzialności.
To ważne. Łatwo patrzeć na 4 czerwca z perspektywy szkolnego plakatu: data, flaga, hasło, uśmiechnięte twarze. Ale wtedy nikt nie miał pewności, dokąd to wszystko pójdzie. W Moskwie rządził Michaił Gorbaczow, który sygnalizował odejście od brutalnej ingerencji w sprawy państw bloku wschodniego, ale nikt nie mógł mieć stuprocentowej gwarancji, że historia nie cofnie się nagle jak źle puszczona taśma magnetofonowa.
Tomaszów Mazowiecki: wielka historia w lokalnym rytmie
Także w takich miastach jak Tomaszów Mazowiecki wybory czerwcowe były czymś więcej niż aktem politycznym — były sprawdzianem pamięci, odwagi i społecznego zmęczenia systemem. Wielka historia nie działa przecież wyłącznie w Warszawie, przy okrągłych stołach, w gmachach komitetów i redakcjach gazet. Ona wchodzi do zakładów pracy, mieszkań, kolejek po mięso, rozmów przy kuchennym stole, autobusów jadących rano przez miasto.
Tomaszów, miasto o silnym robotniczym doświadczeniu, znał ciężar schyłkowego PRL nie z podręczników, lecz z codzienności. Zmęczenie systemem nie było abstrakcją. Miało twarz ludzi wracających z pracy, stojących w kolejkach, kombinujących, jak przeżyć od wypłaty do wypłaty, słuchających oficjalnych komunikatów i prywatnych rozmów, w których prawda brzmiała zupełnie inaczej niż w dzienniku telewizyjnym.
Dla wielu mieszkańców takich miast 4 czerwca nie był ideologicznym fajerwerkiem. Był raczej cichym westchnieniem: może wreszcie coś się zmieni. Może państwo przestanie traktować obywatela jak petenta. Może praca, godność i wolność przestaną być hasłami z przemówień, a staną się częścią zwykłego życia.
- Świętowanie tej rocznicy? To bardzo dyskusyjne zwycięstwo. Nie chodzi o samą zmianę ustroju i PZPR z jego wszystkimi patologiami, czy podległość Związkowi Radzieckiemu. Dla Tomaszowa to początek upadku przemysłu, szkolnictwa, ale też relacji społecznych. Kiedy spojrzymy na to szerzej, to bardzo szybko ludzie zaczęli tęsknić za komunistami i zaczęli głosować na nich w kolejnych wyborach. Stąd sukcesy Kwaśniewskiego i Millera - mówi działacz Solidarności z lat 80, pracujący w nieistniejącej już Mazovii.
Ten lokalny wymiar jest ważny, bo bez niego rocznice łatwo zamieniają się w akademie. A przecież 4 czerwca 1989 roku dokonał się nie tylko w Warszawie. Dokonał się także w Tomaszowie Mazowieckim, w powiecie tomaszowskim, w mniejszych miejscowościach, w sercach ludzi, którzy może nie trafili do podręczników, ale poszli do lokalu wyborczego i zrobili swoje.
Druga tura i gorzki smak kompromisu
18 czerwca odbyła się druga tura wyborów. Frekwencja spadła do około 25 procent. Solidarność zdobyła jedyny brakujący mandat poselski oraz 7 z 8 pozostałych mandatów senatorskich. Ostatecznie kandydaci Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” uzyskali 260 miejsc w 560-osobowym Zgromadzeniu Narodowym.
Ale równolegle trwała gra o ciągłość państwa, o prezydenturę, o granice zmiany. Wybór Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta stał się jednym z najbardziej symbolicznych momentów tej epoki: generał stanu wojennego obejmujący najwyższy urząd w państwie, które właśnie zaczynało wychodzić z komunizmu. Dla jednych był to element politycznej konieczności. Dla innych — rana, która nigdy do końca się nie zabliźniła.
I właśnie dlatego 4 czerwca trzeba czytać w dwóch porządkach. W pierwszym — jako wielkie zwycięstwo obywateli. W drugim — jako początek trudnej transformacji, w której wolność mieszała się z kompromisem, nadzieja z rozczarowaniem, a historia z rachunkami, których nie wystawiono od razu.
Czerwona kartka nie kończy meczu
37 lat po tamtych wydarzeniach wciąż spieramy się o sens wyborów czerwcowych. I dobrze, że się spieramy, jeśli robimy to uczciwie. Narody, które nie rozmawiają o własnych przełomach, oddają je w ręce sloganów. A 4 czerwca nie zasługuje ani na slogan, ani na zapomnienie.
To był dzień wielkiego obywatelskiego zwycięstwa. Dzień, w którym kartka wyborcza okazała się mocniejsza niż partyjna legitymacja. Dzień, w którym system usłyszał z milionów gardeł nie krzyk, lecz skreślenie. Ciche, chłodne, precyzyjne. Jak podpis pod wyrokiem historii.
Ale nie był to koniec historii. Był początkiem długiej drogi. Polska wybrała wolność, lecz weszła w nią z bagażem kompromisów, dawnych układów, niezamkniętych rachunków i sporów, które wracają do dziś. 4 czerwca otworzył drzwi, ale nie posprzątał całego domu. Wpuścił świeże powietrze, lecz kurz PRL-u jeszcze długo unosił się w korytarzach.
Komuniści dostali czerwoną kartkę. Tym razem nie mogli jej zawiesić na sztandarze. Musieli ją zobaczyć taką, jaka była naprawdę: jako znak końca epoki, w której obywatel miał milczeć, a partia mówić za wszystkich. Tego dnia boisko zaczęło należeć do ludzi. I choć mecz o Polskę trwa do dziś, 4 czerwca 1989 roku padł gol, którego nie dało się już cofnąć.



Komentarze