Kyuss – „Wretch” (1991). Zanim pustynia zaczęła przemawiać. Brud, benzyna i narodziny stoner rocka
Na pustyni nie ma miejsca na sentymenty. Słońce wypala skórę, wiatr zasypuje drogi piaskiem, a nocą cisza potrafi być głośniejsza od najbardziej przesterowanego wzmacniacza. Wystarczy jednak kilku młodych ludzi z gitarami, agregat prądotwórczy i przekonanie, że Black Sabbath powinni grać jeszcze ciężej, aby pustynia przestała być martwym krajobrazem. Zaczyna drżeć. W takim właśnie świecie narodził się Kyuss. Ich debiutancki album „Wretch” z 1991 roku przypomina stary motocykl uruchamiany po wieloletnim postoju: silnik kaszle, wydech strzela, spod maszyny cieknie olej, ale kiedy wreszcie rusza, trudno pozostać obojętnym. Josh Homme buduje riffy ciężkie niczym stalowe konstrukcje, John Garcia śpiewa z młodzieńczą wściekłością, Nick Oliveri nadaje basowi brutalną siłę, a Brant Bjork prowadzi całość z niezwykłym wyczuciem rytmu. „Wretch” nie jest arcydziełem ani nawet w pełni ukształtowanym artystycznym manifestem. To zapis zespołu, który dysponował ogromną energią, ale dopiero uczył się przekuwać ją w muzykę posiadającą własną tożsamość.
Dzisiaj, 18:07