Kyuss – „Wretch”. Gdzie kończy się asfalt, zaczyna pustynny rock
Kyuss powstali w Palm Desert w Kalifornii, w środowisku młodych muzyków organizujących koncerty na pustyni, z dala od klubów Los Angeles i zasad narzucanych przez przemysł rozrywkowy. Ich wczesna działalność związana była z legendarnymi generator parties, czyli występami zasilanymi agregatami prądotwórczymi. Liczyła się głośność, bezpośredni kontakt z publicznością i możliwość eksperymentowania bez ograniczeń. Historia grupy rozpoczęła się pod nazwą Katzenjammer, później muzycy występowali jako Sons of Kyuss, aby ostatecznie skrócić nazwę do Kyuss. Inspiracji dostarczyła gra fabularna Dungeons & Dragons, ale muzyka nie miała nic wspólnego z fantastyczną estetyką. Jej fundamentami były ciężkie gitarowe riffy, punkowa gwałtowność oraz wpływy Black Sabbath, Blue Cheer, MC5 i The Stooges. W składzie, który ukształtował debiut, znaleźli się John Garcia, Josh Homme, Nick Oliveri i Brant Bjork – muzycy o wyraźnie odmiennych temperamentach, połączeni fascynacją ciężkim, bezkompromisowym rockiem.
Album „Wretch” ukazał się 23 września 1991 roku nakładem Dali Records. Zawiera jedenaście kompozycji, z których część powstała jeszcze pod szyldem Sons of Kyuss. Dwa utwory, „Black Widow” i „Deadly Kiss”, pochodzą z wcześniejszej EP-ki i zostały nagrane z basistą Chrisem Cockrellem, poprzednikiem Oliveriego. Wydawnictwo dokumentuje zatem różne etapy formowania się zespołu, co wyraźnie wpływa na jego stylistyczną nierówność. W tym samym czasie świat rocka przeżywał gwałtowne przemiany. Nirvana rozpoczynała marsz ku światowej popularności, Metallica zdobywała nową publiczność dzięki czarnemu albumowi, a Soundgarden i Alice in Chains wyznaczali kierunki rozwoju ciężkiego grania. Kyuss pozostawali poza głównym nurtem. Ich muzyka nie była ani klasycznym heavy metalem, ani grunge’em. Opierała się na przesterowanych gitarach, powtarzanych motywach i rytmicznym ciężarze. Dopiero później ten sposób grania zostanie powszechnie skojarzony ze stoner rockiem i desert rockiem.
„Hwy 74”, „Love Has Passed Me By” i „Son of a Bitch”. Ciężar rozgrzanego asfaltu
Album otwiera „(Beginning of What's About to Happen) Hwy 74”, utwór niezwykle trafnie zapowiadający charakter całego wydawnictwa. Gitarowy riff Josha Homme’a pojawia się bez wprowadzenia, uderzając surowym, mocno przesterowanym brzmieniem. John Garcia śpiewa z niemal punkową agresją, a Brant Bjork nadaje kompozycji gwałtowny rytm. Słychać wpływy Black Sabbath, Motörhead i amerykańskiego hardcore punka, ale całość posiada własną energię. Muzyka jest szorstka, dynamiczna i pozbawiona producenckiego wygładzenia. W „W drodze” Jacka Kerouaca podróż stanowiła symbol wolności i nieustannego poszukiwania nowych doświadczeń. „Hwy 74” wywołuje podobne skojarzenia. Nie chodzi o konkretny cel, lecz o sam ruch, niecierpliwość i przekonanie, że za następnym zakrętem może wydarzyć się wszystko.
„Love Has Passed Me By” jest bardziej bezpośredni. Krótka, energiczna kompozycja opiera się na prostym riffie i gwałtownym wokalu. Garcia śpiewa z ekspresją przywołującą Henry’ego Rollinsa, a instrumenty podporządkowane są niemal punkowej dynamice. Utwór nie posiada szczególnie oryginalnej konstrukcji, ale nadrabia to intensywnością wykonania. Znacznie ciekawszy jest „Son of a Bitch”, w którym zespół wyraźnie zwalnia. Ciężki gitarowy motyw rozwija się stopniowo, bas nadaje mu masę, a perkusja buduje wyrazisty puls. Tutaj szczególnie dobrze słychać, że Kyuss zaczynali rozumieć znaczenie tempa i rytmicznego napięcia. Potęga brzmienia nie wynika wyłącznie z głośności. Równie ważna okazuje się umiejętność konsekwentnego rozwijania prostego motywu. „Son of a Bitch” przywołuje Black Sabbath z okresu „Master of Reality”, ale nie sprawia wrażenia zwyczajnej imitacji.
„Black Widow”, „Katzenjammer” i „Deadly Kiss”. Garażowa anarchia
„Black Widow” pochodzi z wcześniejszego okresu działalności grupy i posiada niemal garażowe brzmienie. Na basie gra Chris Cockrell, a kompozycja rozwija się wokół powtarzanego gitarowego motywu i pulsującej sekcji rytmicznej. Nie jest to utwór szczególnie złożony, ale ma charakterystyczną surowość. Muzycy wyraźnie przedkładają energię nad precyzję, pozwalając riffowi dominować nad pozostałymi elementami aranżacji. „Katzenjammer” przynosi jeszcze większą intensywność. Krótka, brutalna kompozycja przywołuje amerykański hardcore, a momentami również wczesny thrash metal. Bjork gra z ogromną siłą, Homme odpowiada ostrymi riffami, a Garcia niemal wykrzykuje kolejne frazy. Utwór posiada spontaniczność charakterystyczną dla zespołów, które bardziej niż studyjną doskonałość cenią bezpośredni kontakt z publicznością.
„Deadly Kiss” jest bardziej rozbudowany i wyraźniej zakorzeniony w tradycji hard rocka lat siedemdziesiątych. Można odnaleźć tutaj wpływy Black Sabbath oraz surową estetykę MC5. Gitarowe motywy bywają interesujące, ale nie wszystkie zostały właściwie rozwinięte. Poszczególne fragmenty nie zawsze tworzą przekonującą całość, a kompozycja cierpi z powodu niedostatecznej selekcji pomysłów. To jeden z przykładów podstawowego problemu debiutu: Kyuss potrafili stworzyć znakomity riff, ale nie zawsze umieli zbudować wokół niego równie dobrą piosenkę. Niedostatki nie przekreślają jednak wartości nagrań. Pozwalają usłyszeć muzyków jeszcze przed momentem, w którym ich styl został podporządkowany konsekwentnej wizji artystycznej.
„The Law”. Osiem minut, które pokazują możliwości zespołu
„The Law” jest jedną z najważniejszych kompozycji „Wretch”. Trwający niemal osiem minut utwór posiada rozmach wykraczający poza bezpośrednie, punkowe fragmenty albumu. Gitary rozwijają ciężkie motywy, sekcja rytmiczna stopniowo buduje napięcie, a muzyka nabiera niemal hipnotycznego charakteru. Zespół nie ogranicza się do tradycyjnej struktury zwrotka–refren. Pozwala poszczególnym pomysłom wybrzmieć, wykorzystując powtórzenia i zmiany dynamiki. Właśnie tutaj Josh Homme pokazuje szczególny talent do budowania monumentalnych struktur z kilku prostych dźwięków. Jego gitara nie musi nieustannie zmieniać melodii. Wystarczy odpowiednio prowadzone napięcie, aby powtarzany motyw nabierał coraz większej siły.
Można odnaleźć tutaj psychodeliczną swobodę Hawkwind, ciężar Black Sabbath i improwizacyjne podejście Cream. Najważniejsze pozostaje jednak stopniowe kształtowanie się własnego języka zespołu. Brant Bjork nie ogranicza się do utrzymywania tempa. Jego perkusja nadaje kompozycji charakter niemal rytualny, a bas tworzy solidny fundament dla gitarowych eksperymentów. „The Law” nie jest jeszcze dziełem w pełni dojrzałym, ale wyraźnie pokazuje, że Kyuss dysponowali możliwościami wykraczającymi poza prosty, garażowy hard rock. To utwór wymagający cierpliwości, nagradzający ją coraz bardziej wciągającą atmosferą.
„Isolation”, „I'm Not” i „Big Bikes”. Rytm ważniejszy od prędkości
„Isolation” przywraca szybsze, bardziej agresywne granie. Kompozycja opiera się na zdecydowanym riffie, a całość posiada niemal hardcore’ową intensywność. Garcia śpiewa gwałtownie, Homme gra ostro, a sekcja rytmiczna utrzymuje wysoką dynamikę. Utwór nie należy do najbardziej odkrywczych na albumie, ale stanowi skuteczny przykład zespołowej energii. Znacznie ciekawszy jest „I'm Not”, oparty na ciężkim, średnim tempie i charakterystycznym gitarowym groove. Instrumenty tworzą zwartą, pulsującą konstrukcję, w której szczególnie dobrze współpracują bas i perkusja. John Garcia wykorzystuje chropowatość głosu bardziej kontrolowanie, a gitara Homme’a nie dominuje nad całością. To jedna z najlepiej zrównoważonych kompozycji debiutu, pokazująca, że muzycy potrafili osiągnąć znacznie więcej, kiedy rezygnowali z nieustannego przyspieszania.
„Big Bikes” posiada bardziej bluesrockowy charakter. Motocyklowa symbolika i ciężki rytm przywołują świat amerykańskich szos, ale muzyka pozostaje znacznie bardziej surowa niż klasyczne nagrania ZZ Top. Kompozycja nie jest szczególnie wyszukana, a niektóre fragmenty sprawiają wrażenie nadmiernie rozwiniętych. Warto jednak zwrócić uwagę na perkusję Bjorka. Jego wyczucie groove’u należało do największych atutów Kyuss, ponieważ pozwalało nadać masywnym riffom rytmiczną swobodę. Dzięki temu ciężka muzyka nie zamieniała się w mechaniczną demonstrację siły. Posiadała naturalny puls, który odróżniał ją od wielu tradycyjnych zespołów doommetalowych.
„Stage III”. Finał otwierający nowe możliwości
Album zamyka „Stage III”, kompozycja wyraźnie odmienna od większości wcześniejszego materiału. Zamiast gwałtownego gitarowego ataku pojawia się bardziej przestrzenna, instrumentalna atmosfera. Muzycy wykorzystują psychodeliczne brzmienia i improwizacyjną swobodę, stopniowo budując nastrój. To jeden z najbardziej interesujących fragmentów debiutu, ponieważ pokazuje umiejętność operowania nie tylko ciężarem, ale również ciszą i przestrzenią pomiędzy dźwiękami. Gitara przestaje być wyłącznie narzędziem agresji. Staje się elementem szerszego, niemal filmowego krajobrazu.
„Stage III” stanowi odpowiednie zakończenie albumu. Nie oferuje wielkiego finału ani efektownego podsumowania. Pozostawia raczej poczucie otwartości, jakby muzycy dopiero zaczynali rozumieć, dokąd mogą zaprowadzić ich eksperymenty. Rok później ukaże się „Blues for the Red Sun”, na którym podobne pomysły zostaną wykorzystane w znacznie bardziej konsekwentnej formie. Na „Wretch” pozostają zapowiedzią, ale już wystarczająco interesującą, aby uzasadnić uwagę poświęconą temu wydawnictwu.
Krytycy o „Wretch”. Niedojrzały debiut czy narodziny nowego brzmienia?
„Wretch” należy do albumów, których znaczenie zaczęto szerzej doceniać dopiero po sukcesie późniejszych wydawnictw Kyuss. W chwili premiery grupa funkcjonowała poza głównym nurtem, a jej muzyka nie mieściła się w obowiązujących podziałach gatunkowych. Eduardo Rivadavia z AllMusic ocenił płytę na 2,5/5, wskazując zarówno na jej potencjał, jak i poważne problemy produkcyjne. Napisał: „A paltry production job fails to capture the band's earth-shaking guitar rumble”, czyli „Mizerna produkcja nie potrafi oddać potężnego gitarowego łoskotu zespołu”. To trafna uwaga. Nagrania często brzmią płasko, a instrumenty nie posiadają odpowiedniej głębi. Rivadavia docenił jednak „I'm Not”, „Big Bikes” i „Son of a Bitch”, zwracając uwagę na ich ciężki, pulsujący groove.
W retrospektywnym omówieniu „Rolling Stone” pojawiło się spostrzeżenie: „Wretch shows that the band had the requisite pieces in place early on, though not necessarily in the right order” – „Wretch pokazuje, że zespół od początku dysponował wszystkimi potrzebnymi elementami, choć niekoniecznie ułożonymi we właściwej kolejności”. Trudno o celniejsze podsumowanie. Muzycy posiadali charakterystyczne brzmienie i energię, ale brakowało im doświadczenia pozwalającego wykorzystać te możliwości. Znacznie bardziej entuzjastyczny był RaMoNe z polskiego portalu Rockmetal.pl, który 30 września 2000 roku przyznał albumowi 9/10, określając go jako „dawkę bardzo surowej, mocno sabbathowej twórczości”. Wyróżnił „Katzenjammer”, „Isolation”, „Black Widow” i „Stage III”. Z kolei niemiecki Metal.de w retrospektywnej recenzji z 2012 roku podkreślił połączenie doommetalowego ciężaru, rockowych riffów i ekspresyjnego wokalu Garcii. Rozbieżność opinii pokazuje, że „Wretch” można odbierać zarówno jako niedopracowany zbiór kompozycji, jak i dokument narodzin nowego stylu.
Josh Homme, John Garcia, Nick Oliveri i Brant Bjork. Cztery temperamenty
Josh Homme już na debiucie prezentuje charakterystyczne podejście do gitary. Zamiast technicznej wirtuozerii wybiera ciężkie, nisko strojone riffy, których siła wynika z rytmu i odpowiedniego brzmienia. Nie wszystkie pomysły są jeszcze w pełni rozwinięte, ale jego styl posiada wyraźną osobowość. Brant Bjork nadaje muzyce rytmiczną elastyczność, łącząc punkową gwałtowność z wyczuciem groove’u kojarzonym z funkiem i klasycznym hard rockiem. Dzięki temu nawet najbardziej masywne kompozycje zachowują naturalny puls. John Garcia wnosi wokalną ekspresję opartą na szorstkości i gwałtownych emocjach. Jego interpretacje bywają nierówne, ale trudno odmówić im autentyczności. Nick Oliveri odpowiada za agresywny, bezkompromisowy bas, który nadaje muzyce dodatkowy ciężar. Na „Wretch” te cztery osobowości nie zawsze potrafią osiągnąć pełną równowagę, lecz właśnie ich odmienne temperamenty stają się źródłem wyjątkowej energii.
Nie można jednak sprowadzać znaczenia Kyuss wyłącznie do późniejszej kariery Homme’a w Queens of the Stone Age. Brant Bjork był jednym z głównych architektów rytmicznej tożsamości zespołu, Garcia nadawał muzyce rozpoznawalny charakter wokalny, a Oliveri wnosił intensywność, której trudno byłoby szukać w bardziej tradycyjnych zespołach hardrockowych. „Wretch” jest przede wszystkim albumem grupy, a nie zapowiedzią kariery jednego muzyka. To ważne, ponieważ późniejsza popularność Homme’a nie powinna przesłaniać wkładu jego dawnych współpracowników.
Zamiast zakończenia. Zanim pustynia otrzymała własną ścieżkę dźwiękową
„Wretch” nie jest albumem doskonałym. Produkcja nie oddaje potęgi zespołu, część kompozycji pozostaje chaotyczna, a niektóre pomysły zbyt mocno przypominają klasyczne nagrania Black Sabbath, Motörhead czy amerykańskiego hard rocka. Brakuje konsekwencji, która stanie się najważniejszym atutem późniejszych wydawnictw. Nie należy jednak oceniać debiutu wyłącznie jako niedoskonałej wersji „Blues for the Red Sun”. Posiada własną osobowość – bardziej punkową, gwałtowną i bezpośrednią. Przypomina koncert w garażu, podczas którego techniczne niedostatki przestają mieć znaczenie wobec energii wspólnego grania.
W „Krwawych południkach” Cormaca McCarthy’ego pustynia jest przestrzenią bezwzględną, obojętną wobec ludzkich ambicji. Nie stanowi romantycznego krajobrazu, lecz miejsce, w którym człowiek zostaje skonfrontowany z własną kruchością. Muzyka Kyuss posiada podobną surowość. Nie próbuje być elegancka ani szczególnie przystępna. Jej podstawowym środkiem wyrazu pozostaje ciężar, a największą zaletą – autentyczność. W czasach, gdy rock przechodził kolejną stylistyczną rewolucję, czterech młodych muzyków z Palm Desert tworzyło własne brzmienie, nie oglądając się na obowiązujące trendy.
„Wretch” jest albumem, na którym pustynia jeszcze nie przemawia własnym głosem. Słychać czterech młodych ludzi próbujących przekrzyczeć wiatr, silniki samochodów i własną niecierpliwość. Nie wszystko im się udaje, ale ich muzyka posiada siłę, której nie sposób zignorować. Rok później nagrają „Blues for the Red Sun” i pokażą, jak wielki potencjał krył się w tych pierwszych, niedoskonałych próbach.
Ocena końcowa: 7,5/10
„Wretch” (1991) to surowy, nierówny, ale niezwykle interesujący debiut Kyuss i ważny dokument wczesnej historii stoner rocka oraz desert rocka. Jedenaście kompozycji łączy doom metal, hard rock, punkową energię i psychodeliczne eksperymenty. Najciekawsze utwory to „Hwy 74”, „Son of a Bitch”, „Black Widow”, „Katzenjammer”, „The Law”, „I'm Not” i „Stage III”. Największymi atutami albumu są ciężkie gitarowe riffy Josha Homme’a, wokal Johna Garcii, rytmiczna swoboda Branta Bjorka i agresywny bas Nicka Oliveriego. Najpoważniejsze słabości to niezadowalająca produkcja, nierówny poziom kompozycji i brak pełnej stylistycznej spójności.
Werdykt: „Wretch” nie dorównuje późniejszym „Blues for the Red Sun”, „Welcome to Sky Valley” czy „...And the Circus Leaves Town”, ale posiada własny, bezkompromisowy charakter. Dla miłośników Black Sabbath, Queens of the Stone Age, Fu Manchu, Monster Magnet i Sleep pozostaje istotnym punktem wyjścia do poznawania historii pustynnego rocka.
Kyuss – „Wretch” (Dali Records, 1991). Jedenaście utworów, około 49 minut. Skład: John Garcia, Josh Homme, Nick Oliveri i Brant Bjork; w dwóch starszych nagraniach na basie wystąpił Chris Cockrell. Przywołane opinie krytyczne pochodzą z AllMusic, „Rolling Stone”, Rockmetal.pl i Metal.de. Cytaty zachowano w oryginale lub uzupełniono polskim tłumaczeniem. Odniesienia literackie, interpretacje i ocena końcowa stanowią autorski komentarz redakcyjny.
Skróć recenzję do wersji internetowejUsuń powtarzające się porównania muzyczne



Napisz komentarz
Komentarze